piątek, 28 czerwca 2013

ROZDZIAŁ 1. Szlachcianka i stajenny.




Odkąd to się zaczęło, byłem obdarzony przekleństwem.
I na dobre i na złe urodziłem się w karawanie.
Wiem, że powiedziałem, że moje serce bije dla Ciebie. Kłamałem dziewczyno, ono bije za dwóch.
Bo mam Twoją miłość, i te wszystkie wady.
Cofam każde słowo, które powiedziałem, każde wypowiedziane do Ciebie.
Bring Me The Horizon "Blessed with a curse"





Lata mijały. Veronique z noworodka zmieniła się w śliczną dziewczynkę.
Burza kruczoczarnych loków oplatała białą jak marmur twarz. Wysokie, ładnie zarysowane kości policzkowe nadawały jej szlacheckiego wyglądu. Mały, zgrabny, prosty nos niejednokrotnie się marszczył, gdy młoda dama nie dostała tego, czego pragnęła. Oczy miała zawsze jakby zadymione; naturalnie szaro-sine powieki kontrastowały z głębią błękitnych tęczówek. Kiedyś, zaraz po narodzinach, były koloru granatowego, ale z biegiem czasu coraz bardziej jaśniały. Za wiele lat, kiedy będzie już dorosłą kobietą, gdy jej wiek przekroczy parę setek, lazur zniknie, by zamienić się w biel lub szarość okalaną czarnym okręgiem.
Veronique, dorastając, nie rozumiała nic z tego, co wpajali jej rodzice o ich dziedzictwie i przodkach. Szczerze mówiąc, sześcioletnią dziewczynkę niewiele to interesowało. W tamtym okresie wolała chować się, gdzie popadło, biegać po wszystkich komnatach; chciała się bawić, co było naturalne, zaważając na to, że była tylko dzieckiem.
Właśnie wtedy jeszcze tak myślała – że była zwyczajną dziewczynką, która mogła mieć przyjaciół, z którymi będzie się beztrosko bawić. Jednak prawda okazała się przytłaczająca.
Kupcy, mieszczanie, służba i reszta dworskiej świty na widok młodej dziedziczki robili znak krzyża, gdy prowadzono jakiekolwiek rozmowy i gdzieś zza rogu wyłoniła się burza czarnych loków, wszyscy milkli.
Nie pozwalano Veronique bawić się z innymi dziećmi, a nawet gdyby mogła,  one i tak same uciekały przed nią z przeraźliwym piskiem.
Był tylko jeden chłopak traktujący ją inaczej. Pewnego dnia przeprowadził się  wraz z rodziną na teren zamku, ponieważ jego siostra, Makenna, została służką oraz pokojówką małej szlachcianki. Właśnie ten chłopczyk, słodki jasnowłosy urwis o oczach w kolorze pszenicy, nigdy nie wytykał młodej szlachcianki palcem. Nie uciekał z krzykiem, nie panikował w jej obecności. Wręcz przeciwnie.
Kiedy matka Makenny zaniemogła, dziewczyna zabierała młodszego brata ze sobą do komnat Veronique. Gdy dzieci zostawały same, chłopak zawsze obserwował każdy najdrobniejszy ruch bladej dziedziczki. Tak jakby ją badał, podziwiał, jakby go fascynowała.
Byli w tym samym wieku, więc mała Veronique nie rozumiała, dlaczego była takim autorytetem dla chłopca. Już nawet nie chodziło o jej szlachetne pochodzenie, bo przecież dzieci nie zwracały na to uwagi.
Veronique długo nie znała imienia swego cichego towarzysza ani on nie znał imienia dziewczynki, którą tak podziwiał, nikomu ze służby nie wolno było bowiem mówić poza dworem o sprawach związanych z rodem Vigee-Lebrun.
Pewnego dnia, w ósmą rocznicę urodzin Veronique, chłopiec się do niej odezwał, gdy oboje siedzieli na dziedzińcu, który miał kształt owalu. Usypano go jasnym piaskiem. W równej od siebie odległości stały trzy kamienne ławy,  gdzie można było w spokoju spocząć w cieniu wysokich murów.
– Dziś masz urodziny, prawda? – Usłyszała dziewczynka.
W pierwszej chwili Veronique nie wiedziała, jak miała zareagować. Zawsze jej wpajano, by się trzymała w miarę możliwości z dala od innych ludzi, jednak gdy było to niemożliwe, miała się do nich po prostu nie odzywać.
Zszokowana skierowała duże błękitne oczy na ładną twarzyczkę chłopca. Jego roześmiana buzia dodawała jej otuchy oraz napawała pozytywną energią. Już wtedy można było zauważyć, że chłopczyk ten wyrośnie na przystojnego młodzieńca, o którego będą się zabijać panny.
– T-tak, ósme – wyjąkała, wstając z miejsca.
Czujnym okiem, które rejestrowało każdy najdrobniejszy ruch, obserwowała nieznajomego znajomego.
– To tak jak ja! – Chłopak klasnął w dłonie wesoło. – Jestem Alexander. – Uśmiechnął się szeroko, ukazując braki paru mlecznych zębów.
I stało się. Tamtego dnia Veronique poznała imię chłopca, który był do tej pory dla niej jak cień. Tamtego dnia świat stał się dla niej piękniejszy, bardziej pasjonujący i fascynujący.
– Alexander – powtórzyła szeptem, spuszczając nieśmiało głowę. – Ja jestem Veronique – powiedziała półgłosem bardziej w ziemię pod stopami, niżeli do nowo poznanego przyjaciela.
Po chwili uniosła głowę, zadzierając wysoko brodę.
W jednym z okien ujrzała poważną twarz z głęboko osadzonymi białymi oczami. Lekko haczykowaty nos nadawał srogiego wyglądu męskiej urodzie. Wąskie blade usta zacisnęły się lekko, a oczy zwęziły dziko, patrząc na dwoje dzieci.
Veronique zamarła. To był jej ojciec. Jedyna osoba na całym zamku, której szczerze się obawiała, ale równocześnie szanowała.
– Wybacz, muszę już iść. – Veronique poruszyła się niespokojnie.
 Chłopiec podążył za wzrokiem dziewczynki.
– Rozumiem – powiedział cicho, jakby się bał, że Armand był w stanie usłyszeć go przez gruby mur. – Wybacz, jeśli przeze mnie będziesz mieć jakieś kłopoty.
Veronique kiwnęła tylko głową i czym prędzej wybiegła z dziedzińca, kierując się wprost do drewnianych bram prowadzących w głąb ogromnego zamku. Zanim minęła ostatni filar, do jej uszu dobiegło wołanie Alexandra. Szlachcianka przystanęła, obracając się w kierunku chłopaka.
– Do zobaczenia, Veronique!
Błękitnym oczom ukazał się rozczulający widok.
Mały, niewysoki chłopiec stał na skalnej ławce wysoko zadzierając dłoń, machając nią energicznie w stronę spłoszonej dziewczyny. Brązowozłote oczy były przymrużone na rozśmianej twarzy. Potargany i połatany w wielu miejscach brudny, wełniany sweter podciągnął się, ukazując opaloną skórę na brzuchu.
Veronique uśmiechnęła się lekko, czując, jak kły nieznacznie wbijają się w delikatną skórę malinowych warg. Odmachała mu, a wokół jej serca rozlało się przyjemne ciepło.
Tamtego dnia ojciec ostro wziął się za nauczanie pierworodnej córki. Wtedy Veronique dowiedziała się, dlaczego ona i inni jej podobni byli tacy wyjątkowi. Poznała prawdę o sobie, że nie była człowiekiem. Nauki ojca tak mocno ją absorbowały, że nie widywała za często małego chłopca o jasnych włosach. Nie miała pojęcia, co się stało z przesympatycznym Alexandrem. Natomiast Makenna, wypytywana, milczała jak grób.
Veronique nie wiedziała, że jej przyjaciel także pobierał nauki u Armanda, że tak samo jak ona poznawał historię szlachetnego rodu, że tak samo jak ją uczył władania wszelaką bronią i jazdy konnej. Całe jej życie od chwili narodzin owiane było tajemnicą. Tylko czemu w tę tajemnicę pan Vigee-Lebrun wplątał zwykłego śmiertelnika? Tego nie wiedziała.
Jedyne czego była pewna, to tego, że ona i Alexander zbliżali się do siebie.
Chłopak, po każdych zajęciach konnej jazdy, spędzał czas w zamkowych stajniach, czym zaskarbił sobie przychylność głowy rodu. Armand dał młodzieńcowi pracę jako stajenny. To było dla Veronique okazją do poznania Alexandra; okazją, której nie mogła przepuścić.
I tak, dwie osoby, z dwóch różnych światów, śmiertelnik i wampirzyca, nawiązało nić porozumienia. Nić, która z początku zespoiła ich w przyjaźni, by z biegiem czasu połączyć innym, silniejszym uczuciem. W ciągu zaledwie paru lat, za murami Porte de Demons, zakwitła miłość i pożądanie.







– Myślisz, że Armand na to zezwoli? – spytała wampirzyca córkę, kroczącą przy jej boku po żwirowych ścieżkach zamkowej szklarni.
Miejsce to było azylem Divy. Mogła się tu wyciszyć i zrelaksować. Niestety dzisiejszego dnia została skazana na towarzystwo nader energicznej córki.
Diva była kobietą o chłodnych rysach twarzy; wąskie czerwone usta miała zawsze wykrzywione choćby w grymasie niezadowolenia. Szczupła twarz, kształtem przypominająca smukły trójkąt, zwróciła się w stronę młodej i pięknej czarnowłosej dziewczyny.
Niespełna dziewiętnastoletnia Veronique zerknęła na rodzicielkę z tajemniczym błyskiem w oku. Przyglądała się matce niczym drapieżnik. 
Pani Vigee-Lebrun stała wyprostowana, pielęgnując krzew ukochanych białych róż. Pomimo ponad czterystu lat życia jędrne piersi kusiły uwydatnione w sztywnym gorsecie szarej sukni sięgającej kostek. Dama dworu miała włosy uwiązane w ciasny kok na czubku głowy. Rozpuszczone sięgały za pas, wijąc się po plecach i szczuplej sylwetce jak czarne nieokiełznane węże.
Veronique tak jak matka miała mocno falowane włosy, które często, jak sprężynki, przy każdym ruchu podrygiwały wesoło, obijając się o ramiona.
Czarnowłosa dziewczyna naburmuszona podeszła do małej, okrągłej grządki, gdzie rosły wszelakie zioła – lecznicze oraz zabójczo trujące. Tajemnicze kwiaty o jasnoróżowych płatkach przykuły uwagę niesfornej dziedziczki. Werbena.
Zaciekawiona Veronique, pochyliła się i czubkiem palca wskazującego dotknęła łodygi kwiatu. W tamtym momencie poczuła, jakby same ognie piekielnie raniły jej skórę, a żar wdarł się do krwiobiegu. Ostra woń kwiatu drażniła nieprzyjemnie płuca młodej wampirzycy.
Zaintrygowana cofnęła dłoń. Czujne oczy spojrzały na zwęglony palec, który w niecałą minutę powrócił do pierwotnej formy. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się nadtopiona i spalona skóra, narosła blada warstwa nowej, nieskalanej.
Veronique uśmiechnęła się tajemniczo. Chyba nigdy nie przestanie ją to zadziwiać. Szybka regeneracja. Niejeden mógłby o tym pomarzyć, z drugiej strony wizja nieśmiertelności trochę przytłaczała nieposłuszną córkę pana Rivalu.
Szlachcianka zaśmiała się pod nosem, łapiąc tym razem całą dłonią parzący ją kwiat.
– Veronique! Oszalałaś! – Mocne szarpnięcie obróciło zdezorientowaną dziewczynę od rośliny.
Wpatrywały się w nią wściekłe białe oczy matki.
– Matko – jęknęła, wyrywając ramię z mocnego uścisku matczynej dłoni. – To tylko mała rana. Już się zagoiła. – Dziewczyna spojrzała na swoją dłoń, nie widząc żadnej skazy, wyciągnęła ją przed siebie, ku twarzy rodzicielki. – Widzisz?
– Skarbie, to jest werbena. Nie igraj z czymś, co może cię zabić – warknęła kobieta.
Dziedziczka Porte de Demons odprowadziła złośliwym spojrzeniem kobietę kierującą kroki z powrotem do różanych przyjaciół.
– Matko, dlaczego ojciec się nie zgodzi? – Szlachcianka niczym uparty osioł znów podjęła temat, którego jej rodzicie tak bardzo nie chcieli poruszać.
Zbliżało się kolejne Elizjum. Zebranie rady najstarszych wampirów najpotężniejszych rodów. Omawiane były tam sytuacje polityczne, gospodarcze i ekonomiczne Francji, które mogły mieć wpływ na ich gatunek. Elizjum odbywało się co roku, jednak nie miało określonej daty.
Z tego, co młoda wampirzyca podsłuchała, w tym roku organizowano je tu, w Saint-Rivalu, zimą.
Elizjum to nie tylko zebranie najstarszych, odbywał się tam także rytuał, na którym oficjalnie się uznawano młodego wampira jako pełnoprawnego  członka wampirzej społeczności. Chodziły słuchy, że podczas ceremonii przejścia często wprowadzano do wampirzych rodów śmiałków, którzy wyrazili chęć, by odrzucić swe człowieczeństwo, przybierając tym samym jedno z wampirzych rodowych nazwisk.
Veronique nurtował ten fakt, wiedziała bowiem, że Alexander został przez jej ojca wychowany na jednego z nich.
Na ceremonii tej śmiertelnik musiał przekonać radę, że był godzien otrzymać dar nieśmiertelności. W innym przypadku – śmierć. Drastyczne, lecz konieczne.
Wampiry, pomimo że żyły wiecznie, nie były niezniszczalne. Rodziły się, kochały, nienawidziły, żyły i obdarowywały nowym życiem, funkcjonowały jak ludzie. Można było je skaleczyć, przebić kołkiem, spalić lub posłużyć się werbeną. Sposobów na zabicie nieśmiertelnego znano wiele, a Rada Wampirów musiała dbać o to, by cała ta wiedza została utrzymana w tajemnicy.
Veronique bała się, że ojciec przedstawi Alexandra jako potencjalnego kandydata do rodu Vigee-Lebrun.
– Nie mamy pewności, czy twój ojciec ma jakieś poważniejsze zamiary względem tego chłopca. Przecież on jest tylko naszym stajennym. – Diva, jak na szlachciankę przystało, wzbraniała się przed obcowaniem z ludźmi niższych statusów, którzy mieli wyłącznie wykonywać jej polecenia.
– Tylko stajennym? – prychnęła oburzona dziedziczka, podchodząc do matki. – Ten, jak ty go nazwałaś, tylko stajenny, wie o nas wszystko. O naszej rodzinie, naszych zwyczajach. Nie wspominając już, jak dobrze walczy mieczem. Naprawdę dziwne, bo to przecież tylko stajenny. – Błękitne oczy zajarzyły się zwierzęcym blaskiem.
Dostojna kobieta spojrzała karcąco na córkę.
– Nie tym tonem, młoda damo! – Diva podeszła do dziewczyny i ujęła jej ładną twarz w zimne dłonie. – Kochanie, wiem że zależy ci na tym chłopcu, to zrozumiałe, bo to twój przyjaciel, ale obie wiemy, że jeśli Armand podejmie jakąś decyzję, to my go od niej nie odciągniemy. – Złożywszy delikatny, niczym muśnięcie skrzydeł motyla, pocałunek na czole córki, oddaliła się do swoich komnat, zostawiając jedyne dziecko z mieszanymi uczuciami.
Zdenerwowana dziewczyna spojrzała w niebo, na którym gdzieniegdzie kłębiły się czarne chmury. Słonce powoli chyliło się ku zachodowi.  Zaczęło się robić coraz ciemniej. Błękitne oczy jarzyły się w mroku, odstraszając ludzi.
– Przyjaciel – powiedziała cicho w mrok, akcentując każdą sylabę, jakby sama chciała sobie wmówić, że to prawda.
Co by się stało, gdyby jej rodzice odkryli prawdę, prawdę o tym, że ich córka obdarzyła uczuciem śmiertelnika? Na dodatek w ich mniemaniu nic nieznaczącego śmiertelnika, który był tylko stajennym.
Veronique uśmiechnęła się lekko.
Jeszcze go nie zauważyła, ale usłyszała, jak usiłował się do niej podkraść. Było to na nic. Jego serce biło jak oszalałe ze zdenerwowania, że zostanie zdemaskowany.
– Witaj, Alexandrze – powiedziała, obracając się za siebie.
Spojrzenie złotobrązowych oczu nie wyrażało przerażenia, widząc jarzące się jak u drapieżnika ślepia.
– Veronique. – Młodzieniec odziany w skórzane spodnie oraz ciemną bawełnianą koszulę wyciągnął w stronę wampirzycy dłoń.
Dziewczyna bez wahania zacisnęła zimne palce wokół ciepłej ręki. Chłopak pociągnął bliską przyjaciółkę na dziedziniec.
– Jak się miewa twoja matka? – Do uszu Veronique doszedł ciepły ton głosu Alexandra.
– Dobrze – powiedziała bez zastanowienia, wymijając towarzysza. Z wyrazem oburzenia na twarzy usiadła na pobliskiej kamiennej ławce. – Nie musisz być taki protekcjonalny. Zważywszy na to, że jesteś tylko człowiekiem – powiedziała obrażonym głosem.
Jej oczy świeciły pełnym blaskiem. Na dworze było już ciemno. Gdzieniegdzie paliły się pojedyncze pochodnie, oświetlając zamkowe mury. W Porte de Demons noc zapadała szybciej z powodu góry, która rzucała cień na okolice.
Dziewczyna patrzyła po oknach, w których paliło się pomarańczowe światło świec. Widok ten zawsze zapierał jej dech w piersi. Alexander podążył wzrokiem za spojrzeniem wampirzycy.
– Wrota Demonów. Czy to miejsce naprawdę jest tak postrzegane, pomimo tego majestatycznego widoku? – Melodyjny dziewczęcy głos zmącił nocną ciszę.
– Ludzie tu ginęli – odpowiedział chłopak stojący nieopodal. – Jeszcze długo przed tym, nim twoja rodzina się tu osiedliła. Od 1200 roku jest tu spokojnie.
– To wtedy tu przybyły wampiry? – spytała zdziwiona.
– Widać pan Armand nie opowiedział ci tej historii – odpowiedział z pobłażliwym uśmiechem. – Więc musisz ją usłyszeć – powiedział, przysiadając obok pięknej wampirzycy.

11 komentarzy:

  1. Opowiadanie zaczyna się ciekawie. Na pewno jeszcze tutaj wrócę. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapowiada się nieźle, z chęcią przeczytam kolejne rozdziały;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No powiem, że mnie wciągnęło :) Zapowiada się obiecująco. Gratuluję i oby tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i mam nadzieję, że zostani4esz stałą czytelniczka i zostawisz jakiś komentarz pod innymi rozdziałami :) Pozdrawiam

      Usuń
  4. Jeszcze nieobeznana w tym temacie jestem, lecz z pewnością, gdy będę czytać następne rozdziały wpadnę w rytm i już nie będzie odwrotu.
    Veronique jest ciekawą postacią. Jeszcze młoda z niej wampirzyca, bardzo młoda, lecz wiem, że to tylko początki. Alexander jest dobrym przyjacielem, a może coś więcej? I co ma jej powiedzieć? Kurczę, chcę już to wiedzieć. I Ver jest ciekawska świata, oby jej to w nim nie zgubiło.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uuuuu.... bardzo sympatycznie się zaczyna... i ta ironia: przecież to tylko stajenny xD lecę czytać dalej :p

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,
    czyżby to Alexander miał wejść do ich rodziny, między dziedziczką, a Alexandrem narodziła się miłość...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam ;)
    Nigdy nie byłam jakąś wielką fanką opowieści o wampirach. Sama nie wiem czemu, po prostu nie ciągnęło mnie do tych istot. Ale muszę przyznać, że Twoja historia mnie wciągnęła ;) Podba mi się styl, którym piszesz i ogólnie cała struktura opowiadania. Zapisałam sobie link i z przyjemnością obwieszczam, że tu zostaję i napewno będę wpadać. A teraz biorę się za nadrabianie rozdziałów ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak jak podejrzewałam, wciągająca historia :D Czytam dalej...

    OdpowiedzUsuń
  9. Cześć! Zabieram się w końcu za czytanie bloga. Wiem, że zaczęłaś pisać dawno, ale mimo to od początku będę komentować, co i jak moim zdaniem.

    - Po pierwsze wydaje mi się, że kości policzkowe mogą nadać szlachetny wygląd, a nie szlachecki.
    - „gdy jej wiek przekroczy parę setek lat” – tutaj miałam takie wuut? I okej, domyśliłam się, o co chodzi, ale moim zdaniem brak opisuj „przypadłości” Ver rzutuje na cały rozdział. Moim zdaniem jest tego za mało. Tak samo jak „wolała biegać po wszystkich komnatach” – trzeba się domyślić, że mieszkała w zamku i że była szlachcianką (później jest o tym wspomniane, ale moim zdaniem trochę chaotycznie jej historia jest wprowadzona).
    - „Czujnym okiem, które rejestrowało każdy najdrobniejszy ruch, obserwowała nieznajomego znajomego” – wydaje mi się, że dzieci w wieku 8 lat wcale tak nie patrzą na inne dzieci. W ogóle ich podejście do siebie wydaje mi się… no nieadekwatne do wieku. Fascynacja, autorytet? W wieku 8 lat? No i dziwne dla mnie jest, że oboje znali się tak długo, a dopiero po jakimś czasie się do siebie odezwali. Jeżeli była to kwestia różnicy statusu (szlachcianka i syn chłopa najpewniej), to nie jest to jasno opisane.
    - „Veronique długo nie znała imienia swego cichego towarzysza ani on nie znał imienia dziewczynki, którą tak podziwiał, nikomu ze służby nie wolno było bowiem mówić poza dworem o sprawach związanych z rodem Vigee-Lebrun”. – no ale przecież oboje byli na jednym dworze, w jednym zamku. Tam chyba już mogli ze sobą rozmawiać? No i krycie imienia jako sprawy związane z rodem? Szczególnie, że potem piszesz, że Aleksander dowiedział się wszystkiego od ojca Ver, dosłownie wszystkiego.
    „Jedyne czego była pewna, to tego, że ona i Alexander zbliżali się do siebie.” A wcześniej: „nie miała pojęcia, co się stało z przesympatycznym Alexandrem.” To jak się zbliżali do siebie, skoro się nie widywali? A skoro się widywali w stajniach, to czemu nie wiedzieli, że się uczą u tej samej osoby? I właściwie dlaczego szlachcic uczył syna chłopki? Nie ma wyjaśnień!

    - „I tak, dwie osoby, z dwóch różnych światów, śmiertelnik i wampirzyca, nawiązało nić porozumienia. Nić, która z początku zespoiła ich w przyjaźni, by z biegiem czasu połączyć innym, silniejszym uczuciem. W ciągu zaledwie paru lat, za murami Porte de Demons, zakwitła miłość i pożądanie.” – nnie, nie, nie, nie, nie! Budowanie historii między tą dwójką mogło być czymś świetnym! Problemy, tajemne spotkania przed ojcem, który najwidoczniej nie chciał ich przyjaźni, tajemnice. Ale ok! to dopiero pierwszy rozdział.
    - „Chłodne rysy twarzy” i „smukły trójkąt” to trochę nietrafione opisy, moim zdaniem, bo raczej twarz nie ma chłodnych rysów, a trójkąt nie jest smukły.
    - „jakby same ognie piekielnie raniły jej skórę, a żar wdarł się do krwiobiegu. Ostra woń kwiatu drażniła nieprzyjemnie płuca młodej wampirzycy. Zaintrygowana cofnęła dłoń.” – zaintrygowana po tym, jak ognie piekielne raniły jej skórę? No ja bym była obolała i najpewniej zszokowana. Zwęglony paluch! Gdyby mi się zaczął regenerować, wtedy byłabym zaintrygowana.
    „Veronique nurtował ten fakt, wiedziała bowiem, że Alexander został przez jej ojca wychowany na jednego z nich”. – a skąd ona to wiedziała? Podobno ojciec szkolił Alexandra w tajemnicy. Zresztą, czemu wybrał jakiegoś nieistotnego człowieka? Strasznie mnie to nurtuje. Córce nie opowiedział tajemnicy, a jakiemuś nieważnemu człowiekowi owszem? Szlachta raczej tak nie robi, a jeśli już, to brakuje mi wyjaśnień
    Opis Elizjum bajeczka. <3

    Podsumowując: trochę chaosu w historii. Niby wszystko jest, ale jakoś tak nie po kolei. Generalnie jest bardzo ładnie, choć nie rozumiem kwestii podejścia ojca do Aleksandra, zważywszy na ich pochodzenie. No i z tą miłością to by mogła być jednak niespodziewajka!

    OdpowiedzUsuń