niedziela, 30 czerwca 2013

ROZDZIAŁ 2. Porte de Demons.


Dni wojny i noce miłości
Niebo płonie i ja uciekam
Tańcząc z diabłem w słońcu o północy
Zakochuje się, nadchodzę niespełniony
Papa Roach "Nights Of Love"



Błękitne oczy rozszerzyły się zdumienia.
O jakiej historii mówił Alexander? Czemu ten chłopak wiedział więcej o niej, o jej rodzinie, legendach i historiach niż ona sama?  Nie potrafiła tego pojąć. Czuła się lekko urażona postawą ojca, tym że tak bardzo odsunął ją od rodzinnych tajemnic. Westchnęła, wstając przy tym z ławki.
Alexander patrzył z fascynacją w oczach na wampirzycę. Ludzie mówili, że to potwory, ale on w to nie wierzył, bo jak ktoś o takiej pięknej twarzy mógłby być demonem?
– Co mi się tak przyglądasz? – spytała dziewczyna, łapiąc się pod boki rękoma.
Młodzieniec uśmiechnął się lekko. Veronique dopiero teraz zauważyła, że Alexander już nie był chłopcem. Stał się mężczyzną. Rysy twarzy wyostrzyły się, nadając mu charakteru. Szeroka szczęka kontrastowała z niedużym nosem i figlarnym spojrzeniem.
– Bo jesteś piękna – powiedział Alexander, patrząc na swe dłonie, w których trzymał podłużny kwiat o fioletowych płatkach.
Veronique zmrużyła oczy.
Tojad.
– Nie interesowało cię, dlaczego w waszym ogrodzie hodujecie to? – spytał młodzieniec, podając roślinę szlachciance.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. – Spojrzała na niego jak mała dziewczynka. – Opowiesz mi? – spytała z nadzieją w głosie.
– To zależy – zaśmiał się Alexander, wstając i podchodząc do zakazanego owocu.
Delikatnie i stanowczo objął ją w pasie, przyciskając jej ciało do swego. Była zimna, a jednocześnie ciepła.
– Nie próbuj ze mną tych sztuczek – wyszeptała wprost w jego usta, po czym poczuła ciepły oddech młodzieńca na wargach.
Uśmiechał się.
– No dobrze – zamruczał, wypuszczając obiekt westchnień z objęć, skinął głową na ławkę, dając tym samym do zrozumienia, by dziewczyna na niej usiadła.
 Bez zbędnych pytań spoczęła na zimnej skale.
– Legendy mówią, że w tych górskich szczelinach nocami było słychać przeraźliwe wycie i krzyki, nie tylko ludzkie krzyki – przemówił, zwracając twarz w kierunku potężnych murów zamkowych. – Wrzaski te podobno niosły się na kilometry, mrożąc krew w żyłach wystraszonym ludziom. Najgłośniej było w takie noce jak ta. – Wskazał palcem niebo, gdzie na granatowym tle majestatycznie prezentował się księżyc w pełni, co i rusz zakrywany przez chmury. – Ludzie podczas takich nocy ginęli. Znajdowano zmasakrowane ciała porozrzucane po lasach i pustkowiach. Sądzono, że miejsce to jest nawiedzone przez demony. Zagrożenie zawsze wiązane było z tymi górskimi szczelinami, w których teraz znajdują się komnaty twego domu. Stąd ta nazwa, Porte de Demons. Później przybyli tu pierwsi z waszego rodzaju. – Alexander podszedł do ławki, siadając przy boku zasłuchanej w opowieść dziewczyny. – Wampiry miały już dosyć koczowniczego trybu życia. Pragnęły się w końcu gdzieś osiedlić na stałe. Ta góra wydawała się być dla nich idealnym do tego miejscem. Pobliskie wioski stały się gwarancją żywności i poddanych. Jednak ludzie przestrzegali twego ojca przed „demonami nocy”, które porywały niewinnych wieśniaków. Armand wiedział, z kim ma do czynienia. Zebrał swą świtę i wyruszył na poszukiwania niebezpiecznych istot, które nawet w twoim gatunku budzą strach i obrzydzenie. Wilkołaki są niebezpieczne. Za dnia ludzie, w nocy monstra, które polują na niewinnych pod postacią ogromnego wilka. Są tacy, co panują nad sobą, są tacy, co oddają się we władanie swych pierwotnych instynktów. Twój ojciec i inni z różnych rodów zaatakowali bestie, wybijając je do nogi. To była prawdziwa rzeźnia, wymordowano ponad trzystu wilkołaków, a swąd ich palonych ciał na długo został w pamięci tych, co przeżyli tamtą noc. I to jest cała historia. – Alexander zerknął z ukosa na Veronique, która miał wzrok utkwiony w potężnej górskiej skale.
– Nie znałam jej – przyznała szczerze zaskoczona tym, że ojciec nigdy jej o tym nie opowiadał.
– Może twój ojciec stwierdził, że nie jest to bajeczka dla małych dziewczynek. – Młodzieniec zaśmiał się pod nosem.
Veronique rzuciła się na przyjaciela. Oboje znaleźli się na zimnej ziemi. Wampirzyca przygwoździła ręce chłopaka, trzymając go za nadgarstki w potężnym uścisku. Była silna, jednak wiedziała, jak jej użyć, by go nie zranić. Uśmiechnęła się, odsłaniając kły, które w innych budziły takie przerażenie.
– Nie jestem malutką dziewczynką – powiedziała, odrzucając ruchem głowy włosy w tył.
Wyglądała zjawiskowo. Oczy jarzyły się w ciemności, a biała skóra zdawała się nie mieć pigmentu.
Veronique przyglądała się Alexandrowi, jak ten wpatrywał się w nią niczym w obrazek.
Nikły uśmiech zagościł na twarzy młodzieńca, a w jego oczy wkradł się ciepły blask, gdy zachłannym spojrzeniem pożerał siedzącą na nim dziewczynę.
– Zawsze, gdy powiem coś nie tak, ty się denerwujesz i lądujemy wtedy na ziemi. Ja przygwożdżony twym ciałem – powiedziawszy to, spojrzał na białe piersi wystające lekko z gorsetu niebieskiej sukni.
Wampirzyca nie lubiła, gdy tak na nią patrzył. Wzrokiem pełnym pożądania, żądzy, miłości. Wtedy czuła się podle. Czuła, jakby oszukiwała rodziców w bardzo szczególny i bezczelny sposób. W końcu miała tak wielu adoratorów z różnych wpływowych wampirzych rodów, a ona, Veronique Vigee-Lebrun, musiała się zakochać w śmiertelniku, w stajennym.
 – Coś się stało? – spytał Alexander, widząc nagłą zmianę nastroju na twarzy ukochanej.
Błękitne oczy przymknęły się, nie chcąc bardziej demaskować uczuć.
– Nic… tylko późno już. – Westchnęła, wstając z młodzieńca.
Szybkim ruchem ręki otrzepała ubrudzoną suknię.
– Muszę iść. Dobranoc, Alexandrze – powiedziawszy to, wybiegła, zostawiając za sobą chłopaka, który miał utkwiony w niej wzrok.
Do uszu nieśmiertelnej doszedł jeszcze jego szept:
– Dobranoc, Veronique.

     Dni mijały, a do urodzin Veronique, tak samo jak do Elizjum, zostało już niewiele czasu. Parę tygodni dla niektórych mogłoby się wydawać długim okresem, ale dla wampirzycy, która drżała o życie ukochanego, zdawało się, że czas był bezlitosny i gnał tak szybko, jak jeszcze nigdy dotąd.
Ze swym ojcem, dostojnym i poważnym Armandem, który nie okazywał uczuć, skrytych na dnie serca, nie widywała się za często. Większość dni spędzała w zamkowych stajniach, pomagając Alexandrowi w pracy lub, gdy pora była już odpowiednia, oddawali się sobie w szopie nad stajnią, dając się ponieść nocy. Każda chwila, jaką mogli spędzić razem, była dla niej cenniejsza niż jakiekolwiek bogactwo czy złoto.

Na dworze panował lekki chłód. Z ust młodej damy wydobywały się pojedyncze obłoczki pary. Zbliżała się zima. Można było to wyczuć w powietrzu, pozostało jedynie wyczekiwać, aż spadnie pierwszy śnieg, dając tym samym znak, że cykl życia dobiegł do ostatniego punktu, by wiosną znów się odrodzić i zacząć na nowo.
Veronique szła przez dziedziniec główny, gdzie zaraz przy frontowej bramie znajdowała się kuźnia i warsztaty. Często spotkano tu kupców. Przy domu kowala znajdywał się tajemniczy budynek, a raczej magazyn. To właśnie tam każdy wieśniak raz w miesiącu wchodził, by oddać część swej krwi panom Rivalu.
Wampirzyca odwróciła wzrok, spoglądając na Tajfuna idącego przy jej boku.
Tajfun to koń dziedziczki, którego umaszczenie było czarne jak węgiel. Jedynie przy potężnych kopytach miał szczotki białej sierści. Duże ciemnobrązowe oczy okalał wachlarz długich rzęs. Pysk zaś był delikatny i przyjemny w dotyku; teraz zdobił go skórzany kantar, za który trzymała go właścicielka. Rumak był najwyższy w całym zamku, wyrósł z chorowitego źrebięcia na silnego konia.
Veronique uratowała go parę lat temu przed śmiercią. Armand chciał zabić młode źrebię, które nie mogło utrzymać się na nogach, mimo że było już sporo czasu po porodzie. Młoda jeszcze wtedy wampirzyca sprzeciwiła się ojcu, stając na końcu ostrza , które godziło ją w brzuch. Osłoniła konia swym ciałem, nadała mu imię, opiekowała się nim. Teraz każdy zazdrościł jej pięknego i posłusznego wierzchowca.
Tajfun trącił pyskiem swą panią. Dziewczyna zerknęła za siebie w stronę stajni. Przy jej wejściu, oparty o drewniane wrota, stał on. Niezapięta koszula ukazywała w jego ciele to, co miał najlepsze. Długie blond włosy były rozpuszczone, spływając kaskadą aż do wysokości łopatek.
Alexander uśmiechnął się zaspany. Spojrzał na Veronique, a po chwili na niebo. Za dnia błękitne, teraz było granatowo-różowe, dopiero co zaczęło świtać, a ta szalona dziewczyna tak po prostu wymykała się z koniem, chcąc sobie umilić czas poranną jazdą. Zaśmiał się, zakładając na siebie rozciągnięty sweter.
Veronique stała tak jeszcze przez chwilę, obserwując młodzieńca, dopóki ten nie zniknął w stajni. Po chwili z nieba zaczął leniwie prószyć śnieg. Veronique uśmiechnęła się lekko, wyciągając przed siebie dłoń. Czuła, jak delikatne, zimne płatki topią się na jej skórze.
Nagle przez dziedziniec ktoś zaczął zmierzać w stronę szlachcianki. Błękitne oczy rozszerzyły się ze zdumienia, widząc znajome, ostre rysy twarzy oraz przeszywające szarobiałe spojrzenie. Mężczyzna odziany w czarny płaszcz, który łopotał przy każdym jego ruchu, dodawał mu powagi. Wysokie, brązowe buty zastawiały wyraźne ślady na cienkiej, białej warstwie śniegu, która zaczęła pokrywać ziemię. Był stanowczy, szedł wyprostowany, lustrując wzrokiem swą pierworodną córkę. Jedyne dziecko.
Jego wygląd przyprawiał o dreszcze nawet Veronique.
– Ojcze.– Pochyliła głowę na znak szacunku.
Na podbródku poczuła szorstką dłoń, która delikatnie ją chwyciła. Jej głowa została uniesiona, w stronę oblicza ojca.
– Córko moja najdroższa. – Uśmiechnął się, uradowany widokiem dziewczyny. – Gdzie zmierzasz o tak wczesnej porze?
– Chciałam trochę pojeździć konno – powiedziała, delikatnie głaszcząc czarną sierść zwierzęcia. – Tajfun dawno nie był poza zamkiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Jednak postanowiła zataić fakt, że całą noc była poza swymi komnatami. Wolała nie mówić, że zamiast spać w ciepłym łożu, spała wtulona w mężczyznę o jasnych włosach, leżąc u jego boku na stercie siana, okryta grubym wełnianym kocem. Ojciec nie musiał wiedzieć; owszem, nie był taki głupi, by się nie domyślać, że jej córkę coś łączyło ze stajennym, ale miał do tego inne podejście niżeli matka wampirzycy.
Armand może i nie akceptował takich związków – co innego, gdy młodzieniec będzie już jednym z nich, wtedy osobiście ich pobłogosławi, ale teraz? Teraz, gdyby ktoś się dowiedział, co wyprawiała córka z jednego z bardziej wpływowych rodów nieśmiertelnych w całej Francji, okryłoby to nazwisko rodzinne hańbą. Prawo już nie zakazywało związków wampir-człowiek, jednak starszyzna nadal uważała inaczej. Takie przekonanie  głęboko wyryło się w tradycji starych i szanowanych rodów.
Veronique naprawdę kochała Alexandra, ale nie czuła się gotowa, by zabrać mu człowieczeństwo, czyniąc go tym samym jednym z nich. Miała jednak cichą nadzieję, że to ojciec go przemieni. Nie była gotowa się z nim aż tak mocno wiązać; stwórca nim nauczył się panować nad impulsami łączącymi go z potomkiem czuł to, co nowonarodzony. Ból, przyjemność, każde wahanie nastroju odbijało się na obojgu. Bardzo trudno było to kontrolować i osłabić więź na tyle, by dało się normalnie funkcjonować. Jednak Armand był starym i doświadczonym wampirem, dla niego opanowanie takiej więzi było dziecinne proste.
– Powiadasz konno? – Dziewczyna usłyszała głos mężczyzny wyrywający ją z zamyślenia.
– Wybacz, ojcze. Mógłbyś powtórzyć? – Wampir spojrzał badawczo na córkę.
– Jest coś, o czym chciałabyś mi powiedzieć?
– Nie – powiedziała od razu, jednak po chwili spuściła głowę.
Przecież było tak wiele spraw, o których musiała porozmawiać z ojcem, tak wiele rzeczy, o które pragnęła spytać.
– Ojcze? Zechciałbyś mi potowarzyszyć? – spytała  cicho.
Armand uśmiechnął się lekko, gładząc policzek dziewczyny.
– Z największą przyjemnością.

8 komentarzy:

  1. Kilka razy zdarzyło Ci się napisać 'posiedzieć' zamiast 'powiedzieć', a tak ogólnie to jest kilka drobnych błędów interpunkcyjnych.
    Bardzo podoba mi się klimat tego tekstu, piszesz swobodnie i dlatego dobrze się go czyta.
    Czekam na dalsze rozdziały ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny bardzo ciekawy rozdział :) Tylko dwa zdania są dla mnie nie logiczne. Chodzi o to, że w pierwszym Rozdziale było napisane, że wampirzyca jest zimna (no oczywiście :), ale tutaj pisze o obłoczkach pary z jej ust bo jest zimno i o topniejącym śniegu na jej dłoniach. Ale to tylko moje zdanie. Poza tym parę literówek. Ale jak wydasz książkę to i tak ją kupię :D Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam, że ma zimne dłonie i palce :)

      Usuń
  3. Masz niebywałe rozbudowaną wyobraźnię. Aby wymyślić tak mrożącą krew w żyłach opowieść, trzeba się nielada wysilić. Alexander już kojarzyć mi się będzie z aniołem. To przez długie włosy i dobrze zbudowane ciało. Konie są naprawdę oddanymi zwierzętami, jednak ja wciąż się ich panicznie boję. Podziwiam Veronique, że jeździ konno. Jest to naprawdę fascynująca czynność i niezwykle umila czas. Miejmy nadzieję, że zapyta się ojca o swoje plany, zawsze warto spróbować.

    OdpowiedzUsuń
  4. Boje się ojca Veronique xD rozdział ogólnie bardzo bardzo dobry. Zazdroszczę talentu ^^

    magiatomojezycie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    mam wrażenie, że jej ojciec wie jakimi uczuciami córka darzy Alexandra, no i to, że Armand większa wiedzę przekazuje jemu a nie córce...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Wampiry? Historia miłosna? Jeszcze niedawno powiedziałabym, że to nie dla mnie. Ale twoja opowieść szczerze mnie wciągneła, mówię to z ręką na sercu. Lecę czytać kolejny rozdział i życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Lecimy dalej :D
    - „Veronique dopiero teraz zauważyła, że Alexander już nie był chłopcem. Stał się mężczyzną.” – no, ja to bym uważała z nazywaniem 19. latka mężczyzną.
    - Zastanawia mnie też, czy skoro oboje mieli zakaz spotykania się ze sobą (co wynika z rozdziału 1), to czy rzeczywiście powinni całować się w tak odsłoniętym miejscu? Czy po tylu latach każdy zaakceptował to, że ze sobą rozmawiali? Trochę się zgubiłam.
    - Nie no, naciągnę to dla mnie, że Aleksander wiedział o historii wampirów, a wampir nie.
    - „Duże ciemnobrązowe oczy okalał wachlarz długich rzęs.” – nie jestem pewna, czy taki opis pasuje do opisu… konia.
    - Kolejne WUT. Ver się boi ojca, darzy ją szacunkiem. Ale dlaczego? Przecież nazwał ją najdroższą córką, uradowany. Moim zdaniem nie ma powodów do obaw. I jeszcze ją głaszcze po policzku.
    - No i wydaje mi się też, że wymykanie się na całą noc nie uszłoby bez echa. Bo szlachta miała chyba służbę, która ciągle kręciła się obok. Ktoś by w końcu coś zauważył i ktoś by w końcu coś wygadał. Szczególnie, że wszyscy się Verki bali.
    - I kolejny argument za tym, że Armand nie powinien mówić o niczym Aleksandrowi. Chłop, zwykły stajenny (zero powodów do nauki walki mieczem itd.), no a wampiry to stary ród. O zakorzenionych wartościach. Moim zdaniem Aleksander byłby wzgardzany i nikt nie pomyślałby, żeby przemienić go w wampira w ważnym dla wszystkich wydarzeniu. No chyba, że Alex był wyjątkowy? Opis póki co na to nie wskazuje.

    Podsumowując:
    Kilka nieścisłości (oczywiście moim zdaniem), czy raczej po prostu brak większej ilości opisów i wyjaśnień. Choć jak zawsze - czyta się bardzo przyjemnie, właściwie leci się po tekście i kończy, nie wiedząc kiedy.

    OdpowiedzUsuń