czwartek, 4 lipca 2013

ROZDZIAŁ 3. Poprzez chłód.

Nie jestem sam
Jeszcze nie zostałem pokonany
Nie boję się
głosów w mojej głowie

W dół najciemniejszą drogą
Coś podąża za mną
Nie jestem sam
Bo nieszczęście kocha moje towarzystwo.
Three Days Grace "Misery loves my company"  




Na pustkowiach, poza murami zamku, gdzieniegdzie dało się zauważyć plamy śniegu.  Zima tego roku zapowiadała się na bardzo mroźną, pomimo że biały puch jeszcze nie zagościł na dobre w Rivalu. Armand, jako pan na tych włościach, martwił się, że jeśli mróz będzie zbyt srogi, to wyjałowi ziemię podwładnych, co mogło mieć drastyczne skutki w letnich zbiorach, które były podstawą wyżywienia wieśniaków, którzy z kolei żywili nieśmiertelnych.
Niebo zaczęło rozjaśniać się coraz bardziej. Delikatne jeszcze promienie słońca wychylające się na wschodzie usilnie starały się przegnać mrok nocy. Okolica była pusta. Większość ludności o tej porze spała w swych łożach, szczelnie opatulona ciepłą pierzyną.
Wąską drogą prowadzącą z zamku do dalszych wsi podążały dwie dostojne postaci, których czerń włosów mogła kojarzyć się z piekłem i nicością. Piękna, jeszcze młoda kobieta dosiadała potężnego karego wierzchowca. Natomiast towarzyszący jej mężczyzna o srogim spojrzeniu mocno trzymał lejce, prowadząc kasztana średniego wzrostu. 
Jadąc tak ramię w ramię ze swym ojcem, Veronique wspominała, jak to właśnie z tym mężczyzną spędzała niegdyś każdą wolną chwilę.  Kiedy, będąc małą dziewczynką, Armand pokazywał jej stare księgi, w których znajdowały się przerażające obrazki przedstawiające, jak prości ludzie wyobrażali sobie ich gatunek.
Pamiętała, gdy dostała od ojca drewniany miecz, którym niechcący stłukła ulubioną wazę matki. Musiała się natrudzić, by skryć się przed wściekłą rodzicielką. Armand zauważył wtedy małą zapłakaną Veronique, która w drobnych rękach ściskała zabawkową broń. Żal mu się zrobiło niesfornej rozrabiaki i wstawił się za nią u porywczej małżonki.
Wampirzyca spojrzała z ukosa na ojca. Miał spokojną twarz. Nie był młody ani stary. Biła od niego siła, duma, szacunek, ale też i strach.
Szczupłe dłonie niebieskookiej dziewczyny mocniej zacisnęły się na lejcach Tajfuna. Koń, czując mieszane uczucia swej pani, zwolnił kroku. Zdziwiony nagłą zmianą tempa jazdy Armand zerknął na córkę z nieukrywaną ciekawością. Spojrzenia rodzica i dziecka skrzyżowały się.
W tamtej chwili Veronique ujrzała w szarobiałych oczach coś, czego do tej pory nie widziała w ojcowskim wzroku – niepewność. Zaczęła się zastanawiać, skąd mogła się tam wziąć. Ten mężczyzna jadący obok niej nigdy przed niczym się nie wahał. Jego decyzje były dokładnie przemyślane.
Dziewczyna odwróciła wzrok i zerwała się do galopu, by móc wyprzedzić skołowanego ojca. Chłonęła nozdrzami zapach poranka, z ust wydobywała się para. Ściągnęła wodze mocno do siebie, zwracając rumaka w stronę Porte de Demons.
– Veronique? – Armand zatrzymał się nieopodal, przyglądając się córce.
– Czy to już koniec mojego dorastania? Czy zawsze pozostanę w tym miejscu i w tym czasie? – Wampirzyca przemówiła niepewnym głosem, nie racząc rodzica spojrzeniem.
Armand, słysząc dla niego absurdalne pytanie, uniósł lekko kąciki ust w rozbawieniu. Trącił łydką wierzchowca, dając mu tym samym znak, by podszedł do dziewczyny.
– Dlaczego tak sądzisz? – Zatrzymał się przy ramieniu pierworodnej, spoglądając na ich wspólny dom. – Nigdy nie zatrzymasz czasu, nawet jako wampirzyca – powiedział z uśmiechem. – W dniu Elizjum, kiedy przejdziesz rytuał dojrzałości, niektóre procesy znacznie się opóźnią.  Twoje ciało będzie się starzeć, ale nie tak jak do tej pory. Jeszcze długo będziesz piękna, moja córko.
Veronique spojrzała na ojca nieodgadnionym wzrokiem.
– Wieczna młodość w wiecznym życiu. – Westchnęła.
– Nie znowu takim wiecznym – zaczął Armand pouczającym tonem. – Dobrze wiesz, że możemy umrzeć, że można nas zabić…
– Zabić każdą bronią, wiedząc, jak zadać cios; jak zadać rany śmiertelne ostrzem wykutym ze specjalnej stali, która nie pozwala nam na regenerację. Można nas ogłuszyć dźwiękami o wysokiej częstotliwości, które ranią nasze umysły, czego mogą dokonać tylko czarownice. Możemy zginąć od ugryzienia wilkołaka. Możemy zabić się wzajemnie. – Dziewczyna przerwała ojcu, recytując zdania, jakby czytała książkę. – Pamiętam twoje nauki, ojcze. – Błękitne oczy utkwiły wzrok w zmęczonej twarzy mężczyzny. – Tylko nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy.
– Słucham? – Armand podświadomie już wiedział, co córka chciała powiedzieć.
Lekko ściągnął wodze konia i ruszył powoli w stronę domu.
– Dlaczego tę wiedzę posiadł też Alexander? Nie rób ze mnie głupiej, ojcze. Dobrze wiem, że pobierał u ciebie nauki, tylko w jakim celu? – Armand obrócił twarz w stronę córki, patrząc jej prosto w oczy.
Dziewczyna znów ujrzała w nich ten sam cień, co wcześniej.
– To nie jest takie proste, Veronique. Nie chcę, by nasze nazwisko skończyło się na tobie, bo jesteś moim jedynym dzieckiem, a każdy Nowonarodzony przejmuje nazwisko i pozycję społeczną stwórcy. Wiem, że jeśli poślubiłabyś innego z naszego rodzaju, to nasze nazwisko by przepadło. Dlatego chcę, by Alexander, mężczyzna, którego kochasz, był ojcem moich wnuków, by on, wstępując do naszej rodziny, przekazał nazwisko Vigee-Lebrun dalej.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia, gdy usłyszała prawdę z ust ojca.
 – Nie patrz tak, kochana. Myślałaś, że nie wiem? Że jestem ślepy? Zawsze chciałem tylko i wyłącznie twego szczęścia, a jeśli ten młodzieniec jest w stanie dać ci je, to jaki mam wybór?
– Więc to prawda? Zostanie przedstawiony na Elizjum? – spytała Veronique, czując, jak strach zaciska swe szpony wokół serca.
– Nie mam wyboru. Mnie również jest ciężko. Zrozum, nauczałem go, jakby był mym własnym synem.
– Ale dlaczego masz tę niepewność w oczach? – Wampirzyca powoli zaczęła podnosić głos. – Ciągle jesteś nieobecny, nawet w  tej chwili rozmawiasz ze mną, jesteś tu, ale tak jakby cię nie było.
Armand odwrócił wzrok i popędził konia. Veronique nie mogła teraz dać za wygraną. Ruszyła za ojcem i zajechała mu drogę z niebezpiecznym błyskiem w oku.
– Ojcze! Nie odpuszczę ci! – krzyknęła, po czym dodała już łagodniej: – O co chodzi?
Armand wciągnął zimne powietrze w płuca, po czym wypuścił je ze świstem.
– W tym chłopcu jest coś, co sprawia, że idealnie nadaje się na jednego z nas, ale ma w sobie też coś, co mnie przeraża i nie wiem, co za bestię może w nim wyzwolić przemiana. Doskonale wiesz, że Nowonarodzeni to szalone i nieobliczalne istoty, które pragną krwi bardziej niż czegokolwiek. Pragnienie i emocje, te dobre i te złe, które są spotęgowane do granic możliwości, kumulują się. Alexander będzie musiał nauczyć się żyć od nowa. – Armand skończył wypowiedź, patrząc wyczekująco na córkę.
Chciał usłyszeć, co ona miała na ten temat do powiedzenia.
Veronique wiedziała, o czym mówił ojciec. Alexander zawsze posiadał w sobie trochę mrocznej aury, ale nigdy nie był agresywny czy porywczy. Zawsze cechowała go czułość i spokój.
– Boisz się, że on nie da rady nad sobą zapanować? – Westchnęła. – Ten chłopak jest silny.
– I ta siła może go zgubić, córko. Wracajmy już.
Dziewczyna kiwnęła głową. Głuche uderzenia końskich kopyt odbijały się echem po budzącej się do życia wiosce. Na zamek wracali w ciszy. Mimo wczesnego poranka można było już zauważyć rozbudzonych wieśniaków opuszczających domostwa, by udać się na poranny obrządek. Gdy dwójka nieśmiertelnych mijała przydrożne chaty, chłopi kłaniali się im tak nisko, że gdyby tylko byli w stanie, to własnymi ustami dotknęliby chłodnej ziemi.
Pan Vigee-Lebrun nie zwracał najmniejszej uwagi na poddanych. Patrzył tylko dumnie przed siebie, w stronę murów, za którymi znajdował się jego dom. Veronique zawsze zastanawiało, czemu mimo strachu, jaki wzbudzali w wieśniakach, ci nadal się im kłaniali, oddając tym samym należyty szacunek swym panom.
Dwójka podróżnych minęła ostatnią, lichą, podupadającą chałupę. Szlachcianka szturchnęła konia łydkami i popędziła Tajfuna, by dogonić ojca. Przed nimi rozciągał się już tylko szlak wiodący wprost do zamkowej bramy, którą było widać z oddali. Skalne mury pięły się wysoko, okalając drewniane wrota straszące potężnymi gabarytami.
– Ojcze? – Armand podniósł wzrok na dziecko jadące przy jego lewym boku. – Czy oni, nasi podwładni, wiedzą, kim jesteśmy? Wiem, że panuje zakaz rozmawiania o naszej rodzinie poza Porte de Demons, ale niektórzy z nich – tu dziewczyna obróciła się za siebie – patrzyli na nas z takim strachem.
Armand długo się zastanawiał nad odpowiedzią. Wyglądała tak, jakby chciał ją odnaleźć w stukocie końskich kopyt.
– Veronique – zaczął po chwili. – Wielu z nich coś podejrzewa. Każdy szepcze coś do drugiego. Tak właśnie rodzą się opowieści, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Uwierz mi, dziecko, gdyby znali całą prawdę, to już dawno to, co zwiesz domem, trawiłyby płomienie i ociekałoby naszą krwią. – Pomimo że dziewczyna nie odczuwała chłodu tak dotkliwie jak inne istoty, jej ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy wyobraziła sobie tę przykrą scenę. 
Na szczęście  z mrocznych myśli wyrwał ją szczęk i zgrzyt otwieranych bram pnących się w górę na ponad trzy metry. Czarne drewno wydawało się smutne bez żadnych zdobień. Jedynie w niewielu miejscach znać było ślady pazurów, które naruszyły fakturę.
Dwoje jeźdźców minęło bramę, a ta zatrzasnęła się za nimi na cztery spusty. Na głównym dziedzińcu zaczynało się budzić życie. Kowal, mężczyzna z siwą brodą, zaplecioną w warkocz, właśnie zmagał się z ogromną skrzynią wypełnioną żelastwem. Nieopodal starsza kobieta szła zabłoconą drogą, niosąc w koszu świeże pieczywo. Dalej widać było innych mieszkańców, tych nieśmiertelnych jak i zwykłych ludzi.
Veronique zeskoczyła z konia. Pochwyciła go za kantar, przyglądając się zgiełkowi z uśmiechem. To właśnie za tymi murami znajdowało się małe miasteczko z ogromną górą, w której znać było ściany, okna, balkony i lampiony domostwa wampirów.
Czarnowłosa dziewczyna zerknęła za ojcem. Armand właśnie przywiązywał konia do niewysokiego płotu przy korycie z wodą. Chłodne białe oczy spojrzały z dala na dziewczynę. Ojciec lekkim skinieniem brody wskazał kierunek, w którym miała spojrzeć. Zaintrygowana podążyła za wzrokiem rodzica. Na bladą twarz mimowolnie wkradł się uśmiech.
Przy stoisku z pieczywem stał wysoki blondyn, najwyraźniej nie przeszkadzało mu zimno panujące na dworze. Na barki miał zarzuconą lekką kamizelkę z króliczych skór. Z pogodnym wyrazem twarzy targował się z niemłodą już kobietą.
Veronique spojrzała z powrotem na ojca. Armanda już nie było. W oddali jeszcze zauważyła jego plecy znikające w tłumie. Z ociąganiem poprowadziła swego konia w kierunku chłopaka. Po drodze wielu kłaniało się jej, życząc miłego dnia, jednak byli to tylko ci z jej rodzaju.

Alexander dał parę srebrnych monet kobiecie i zadowolony obrócił się za siebie. Białe zęby zatopiły się w kruchej bułce. Bursztynowe oczy od razu dostrzegły czarnowłosą piękność z wysokim karym koniem u boku. Patrzyła na niego z uśmiechem i niepokojem.
Młodzieniec spoważniał. Poznał, że musiało się coś stać, gdy była z ojcem. Rozejrzał się na boki, sprawdzając, czy w pobliżu nie było nikogo ze szlachetnego rodu i szybko podszedł do swej lubej.
Nim dziewczyna zdążyła otworzyć usta w wyrazie sprzeciwu, poczuła na nich ciepłe wargi Alexandra. Pocałunek nie trwał długo. Był zaledwie jak mrugnięcie oka.
Wampirzyca szturchnęła młodzieńca w ramię.
– Co ty wyprawiasz? – syknęła, rozglądając się szalenie na boki. – Co, gdyby ktoś nas zobaczył?
– Ale nikt nie zauważył – odparł figlarnie, znowu wgryzając się w bułkę.
Zapach świeżego pieczywa przyjemnie łaskotał węch dziewczyny. Po chwili poczuła, jak ciepła dłoń odbiera z jej rąk wodze, prowadząc rumaka do stajni. Veronique westchnęła pod nosem i ruszyła za niesfornym śmiertelnikiem.
Gdy znaleźli się poza czujnymi spojrzeniami innych, dali się ponieść czułości. Długo trwali przywarci do siebie ustami. Pragnęli siebie wzajemnie. Ku nie zadowoleniu Alexandra dziewczyna odsunęła go stanowczo, patrząc mu prosto w oczy.
Kiedy tak wpatrywała się w niego, poczuła strach. Co, jeśli jej ojciec miał rację? Co, jeśli Alexander, wchodząc do rodziny, nie będzie już tym samym uśmiechniętym młodzieńcem, który właśnie stał przed nią, patrząc z miłością w jej chłodne oczy? Czy te ciepłe dłonie, które przed chwilą pieściły jej talię i piersi, miały się stać lodowate jak sama śmierć?
– Veronique. – Dziewczyna usłyszała szept znajomego głosu. – Nie zwódź mnie, Veronique. O czym rozmawiałaś z ojcem?
– Alexandrze, ja…
– Panienko. – Nagle do stajni wpadła siostra Alexandra, Makenna.
Kobieta miała włosy ciemniejsze od młodszego brata. Oczy zaś równie złote i piękne. Wąska twarz nie była ani ładna, ani brzydka. Makenna to niewiasta, która tak naprawdę nie zwracała na siebie szczególnej uwagi.
Jak oparzeni, dwójka kochanków odskoczyła od siebie. Alexander posłał siostrze mordercze spojrzenie.
– Naprawdę masz wyczucie czasu, Makenno – powiedział oburzony, gwałtownie łapiąc za wodze karego wierzchowca i bez pożegnania odprowadził konia do jego boksu.
Szlachcianka lekko onieśmielona spojrzała na trzydziestoparoletnią już kobietę. Służka złapała się pod boki, patrząc z politowaniem za odchodzącym bratem.
– Proszę o wybaczenie, panienko. – Jak zawsze siostra Alexandra przepraszała za wszystko, nawet jeśli nie miała ku temu powodów.
– Nic się nie stało, Makenno – westchnęła Veronique, poprawiając materiał sukni. – My… tylko rozmawialiśmy i… a zresztą, nieważne – powiedziała, machając niedbale ręką. – Chciałaś coś ode mnie? – spytała od niechcenia, wychodząc z ciepłej stajni na dziedziniec.
Lekko, niby bez powodu, omiotła przestrzeń wzrokiem, szukając ciekawskich spojrzeń. Paru ludzi przyglądało się ze współczuciem pannie Cortez; że też ona musiała usługiwać demonicy. 
Veronique zerknęła groźnie na plotkarzy. Oczy zajarzyły się jej, wprawiając śmiertelników w popłoch. Po chwili nie było już po nich śladu.
Zadowolona z siebie wampirzyca obróciła się do służki.
– …i prosiła, by się panienka odświętnie ubrała. Goście przybędą w porze obiadowej.
– Słucham? – Veronique spytała, nie skupiając się na wypowiedzi Makenny.
Panna Cortez westchnęła zrezygnowana. Ta wampirzyca nigdy nie przestanie jej zadziwiać. Zawsze nieposkromiona. Spojrzała na twarz dziedziczki. Nie dziwiła się, że jej brat tak szalał za tą tajemniczą osobą. Ładne rysy, zgrabna figura, wysoko urodzona i do tego demon. Zakazany owoc, który skusiłby każdego.
  Pańska matka ogłosiła, że w porze obiadowej zawitają na Porte de Demons ważni goście. Nakazała, bym panienkę odnalazła i należycie przygotowała.
– Sama sobie poradzę, Makenno.
– Wiedziałam, że panienka tak powie. Pani Diva poinformowała mnie, by się panienka ładnie ubrała i rozkazała, by się panienka nie spóźniła.
Veronique spojrzała na kobietę rozbawiona.
– Makenno, ile razy powtarzałam, byś mówiła mi „Veronique”. W ostatnim zdaniu chyba z pięć razy wypowiedziałaś słowo „panienka”. Nie krępuj się, w końcu znasz mnie od dziecka.
– Dobrze wiesz, że nie wolno mi się zwracać do ciebie inaczej.
– Niech tak będzie. – Wampirzyca zaczęła zmierzać w kierunku zamku. – Matka nie zdradziła, któż to ma dzisiaj przybyć?
– Niestety nie. Radziłabym jednak nie lekceważyć pani Divy.
Veronique bez pożegnania ruszyła główną ulicą do domu.
W głowie kłębiły się jej najróżniejsze myśli. Nie miała zielonego pojęcia, kto o takiej porze roku mógłby chcieć zagościć w Rivalu, na dodatek tak nagle. Tym bardziej, że za niedługo miało się odbyć Elizjum. Młodej wampirzycy coraz bardziej to się nie podobało.

6 komentarzy:

  1. Podoba mi się. Jest ciekawie, oczywiście dobrze napisane. Muzyka normalnie mnie rozwala. Kocham ją... Napewno będę zaglądać... :) trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Armand jest inteligentnym człowiekiem, więc Veronique powinna być pewna, że w swoim czasie i tak się o wszystkim dowie. Zaakceptował ją, choć zdaje mi się, że nie zrobiłby tego, gdyby nie wymagała tego od niego dana sytuacja. Rozumiem niepewność wamprzycy, w końcu nie codziennie ukochana osoba staje się wampirem. I tak, Makkena zdecydowanie ma dobre wejścia. Od razu ją polubiłam, jest taka sympatyczna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dobry rozdział. Mam nadzieję, że nie zrobisz z Aleksandra jakiegoś potwora po Elizjum... lecę już ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam,
    więc Armand chce przedstawić na Eazjum Aleksandra bo wie jakie uczucie łączy jego i jego córkę, ale dzięki temu jego nazwisko nie przepadnie bo chce go włączyć do rodziny, ciekawe co to za goście do nich zawitają...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Z rozdziału na rozdział jestem coraz bardziej pod wrażeniem twojego talentu. Wiadać, że masz bujną wyobraźnie, oby tak dalej :) Życzę weny.
    Pas. Na koniu raczej powinno się jeźdźić w ogłowiu, a nie kantarze :p

    OdpowiedzUsuń
  6. „Armand zauważył wtedy małą zapłakaną Veronique, która w drobnych rękach ściskała zabawkową broń. Żal mu się zrobiło niesfornej rozrabiaki i wstawił się za nią u porywczej małżonki.” – tutaj kolejny dowód na to, że Verka niepotrzebnie bała się ojca. Mocno to nakreśliłaś, ale na razie nie ma żadnych wzmianek o tym, dlaczego córka miałaby bać się ojca.
    „Dlatego chcę, by Alexander, mężczyzna, którego kochasz, był ojcem moich wnuków” – no w to nie uwierzę. :D poważany wampirzy ród zdecyduje się na to, by zmieszać krew z ludzką? Czyli ze swoim pożywieniem. Zresztą, czy oni nie ukrywali swojej miłości przed wszystkimi?
    „– Nie mam wyboru. Mnie również jest ciężko. Zrozum, nauczałem go, jakby był mym własnym synem.” – Armand, czyli chcesz wydać za mąż własną córkę z mężczyzną, którego uważasz za syna? Sick.

    „– Co ty wyprawiasz? – syknęła, rozglądając się szalenie na boki. – Co, gdyby ktoś nas zobaczył?
    – Ale nikt nie zauważył „ – z tego, co widzę, oboje stoją na jakimś targu. Pełno ludzi, księżniczka bez obstawy, całuje się na środku placu. Na pewno ktoś by ją zobaczył.
    „Paru ludzi przyglądało się ze współczuciem pannie Cortez; że też ona musiała usługiwać demonicy. Veronique zerknęła groźnie na plotkarzy.” – hmmm, skąd ona wie, że plotkowali? Przecież tylko na nią patrzyli. No i teraz tak. Skoro ludzie na zamku wiedzą, że Ver to demonica, to czy mogą opuszczać posiadłość? Bo gdyby mogli, na pewno wygadaliby wszystko ludziom w wiosce.
    „Nie dziwiła się, że jej brat tak szalał za tą tajemniczą osobą.” – argument, że Alex leciał na Ver, bo była demonicą, też raczej naciągany. Ludzie się zazwyczaj boją nieznane i nawet jeśli Alex kochał Ver, to jego siostra wcale by się na to nie godziła. To wieśniaczka, niewykształcona osoba, najpewniej zabobonna. Na wzmiankę o czymkolwiek dziwnym pewnie spieprzałaby gdzie pieprz rośnie.

    Reszta bardzo mi się podoba ;)

    OdpowiedzUsuń