wtorek, 9 lipca 2013

ROZDZIAŁ 4. Elizjum.

Zgwałcona przez życie,
opuszczona w tej niekończącej się nocy.
Jej niespokojne chwile
smutna w tych godzinach,
tych momentach, spaceruje korytarzem.
Zaczyna się uśmiechać...
Staje się szalona.
End of Green "She's wild" 




            Veronique siedziała na ogromnym dwuosobowym łóżku w swej komnacie, która była obszerna, jak dla dziedziczki Porte de Demons przystało. Kształtem przypominała dwa połączone ze sobą prostokąty. W pierwszej części pokoju po prawej stronie od okna, w rogu ściany, znajdował się mały, nie za duży, okrągły stolik, oraz trzy krzesła. To właśnie tu młoda wampirzyca spożywała większość posiłków w dniach, gdy nie miała ochoty schodzić do jadalni znajdującej się na parterze zamku.
Nieśmiertelni nie żywili się tylko i wyłącznie krwią. Owszem, była im niezbędna do życia, ale normalne jedzenie nie sprawiało im kłopotów tak, jak wielu myślało.
Na podłodze, strasząc otwartą paszczą gości, leżała skóra egzotycznego zwierzęcia. Veronique nigdy nie widziała tego stwora na żywo. Sierść miała jaskrawo-pomarańczową barwę poprzecinaną w poprzek czarnymi pasami, gdzieniegdzie znać było również białe zdobienia. Z otwartego pyska wystawały długie kły, tak bardzo podobne do tych, które Veronique skrywała za malinowymi wargami. Stwór kształtem nie różnił się niczym od zwykłych domowych kotów błąkających się po miasteczku. Ojciec nieraz mówił Veronique, że kiedyś możliwe, iż sama ujrzy na własne oczy zwierzę zwane tygrysem.
Wtedy nie sądziła, że to w ogóle możliwe.
Podróż do odległych krain na wschodzie wydawała się jej absurdalnym pomysłem. Jednak zawsze była odrobina nadziei, bo czyż na zamku nie służyli ludzie o dziwnych rysach twarzy, ze skórą w odcieniu żółci oraz oczami, które wiecznie zdawały się być zmrużone? Słudzy ci nazywali się Kotes, pochodzili z dalekiego wschodu, z krainy zwanej Tajlandią.
Wampirzyca wstała z łoża, które zdobiły grube koce w kolorze szkarłatu. Zerknęła w lewo do okna, wychodzącego na stajnię. Nie palio się tam już żadne światło. Widać Alexander musiał się udać na spoczynek.
Dziewczyna przeszła przez sypialnię i, delikatnie dotykając drewnianą szafę stojącą naprzeciw łoża, przeszła do dziennego pokoju. Skóra tygrysa dodawała akcentu kolorystycznego nad wyraz pustemu pomieszczeniu. Leniwie, lecz z gracją podeszła do drugiego okna, którego szyby zdawały się pamiętać lepsze czasy. Błękitne oczy spojrzały na zachód, gdzie ciągnął się szlak handlowy. Na horyzoncie kłębiły się złowrogie chmury w taki sposób, jakby nie dochodziły tam promienie zachodzącego słońca.
Wieść o tym, że do Wrót Demonów miał zawitać gość, nie napawała Veronique radością. Wydawało jej się to podejrzane. Było tak wiele rzeczy, które nie pasowały do siebie.
Pierwsza – ten ktoś, kto miał przybyć na zamek, wiadomość musiał wysłać  dzisiejszego ranka sokołem lub, wczoraj wieczorem, krukiem. Inny ptak tak szybko nie dostarczyłby nowin. Zazwyczaj goście wysyłali listy parę dni, nawet tygodni, wcześniej przed przybyciem, by ród Vigee-Lebrun mógł ich godnie przywitać.
Wampirzyca zmrużyła oczy i zacisnęła dłonie w pięści, siadając na obszernym, drewnianym parapecie. Druga sprawa niedająca spokoju nieśmiertelnej to fakt, że za dwa tygodnie miało się odbyć Elizjum. Trzecia i najważniejsza – dziwne zachowanie Armanda, wampira, który zazwyczaj nie bał się niczego. W głowie Veronique zaczęły się pojawiać chore wizje; nawiedzały ją czarne myśli jak chmury zbliżające się do Porte de Demons.
Nagle w komnacie rozległo się puknie odbijające się echem od ścian.
– Veronique, skarbie. – Przez szczelinę uchylonych dwuskrzydłowych drzwi widać było wąską, bladą twarz Divy.
Jej szaro-białe oczy patrzyły zmartwione na córkę. Kobieta uśmiechnęła się ponuro.
– Jak twoje przygotowania? Za niedługo zawita nasz gość – powiedziała dostojna wampirzyca z czarnymi włosami, które teraz rozpuszczone spływały kaskadą po szczupłych plecach.
Diva weszła do komnaty córki, zamykając za sobą drzwi. Veronique obserwowała ruchy rodzicielki. Każdy jej gest był pełny perfekcji i gracji. Dziewczyna uśmiechnęła się cierpko, gdy jej matka spojrzała na nią, opierając się plecami o wejście.
– Mam złe przeczucia – powiedziała cicho Veronique, wzdychając.
Lekko obróciła głowę z powrotem do okna.
– Czy ta ciemna aura na zachodzie nie przyniesie nam zguby? – spytała bojaźliwie.
Matka musiała spostrzec, że jej dziecko się lękało. Podeszła do parapetu, stając obok córki, podążając wzrokiem za błękitnymi oczami.
Odsłonięte ramiona kobiety przykuły uwagę Veronique. Były bladsze niż zazwyczaj, tak jakby matka przestała się pożywiać.
 – Matko… 
Diva wzięła głęboki oddech i powoli zwróciła twarz ku dziecku, odrywając spojrzenie od powiększającej się na zachodzie czarnej plamy.
– Możliwe, że w tym roku na Elizjum zawita bardzo dużo szanowanych rodów i pojedynczych gości. Nie wiem, jaki w tym cel, ale wiem, że posiedzenia głównych rodów wampirów nigdy nie kończą się czymś dobrym.
– Co masz na myśli, matko?
– Usiądź, dziecko. – Diva westchnęła, odsuwając krzesło od stołu.
Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie rodzicielki.
– Czy ojciec podczas nauk powiedział ci kiedykolwiek, jak stworzyć wampira? – Veronique zszokowana wpatrywała się w bladą twarz Divy.
– Ależ matko, to…
– Veronique! – podniosła głos kobieta, opierając się o stół. – To bardzo ważne, nikt nie wie, co może się wydarzyć podczas wieczornego Elizjum…
– Co?! – Veronique wstała gwałtownie z miejsca. 
Krzesło upadło na ziemię, głośny huk odbił po pomieszczeniu. Oczy młodej wampirzycy jarzyły się niebezpiecznym światłem. Zawsze gdy była zdenerwowana czy chociażby podekscytowana, jej oczy świeciły się jak u zwierzęcia. Pomimo dziewiętnastu lat nie potrafiła jeszcze tego kontrolować.
– Dzisiaj?! Matko, ty chyba nie mówisz poważnie?!
– Jak najbardziej poważnie, dlatego pytam, czy ojciec…
– Tak! Wiem, jak to zrobić, ale po co mi ta wiedza na dzisiejszy wieczór? – spytała już spokojniej, podnosząc z podłogi krzesło. – Przecież to do najstarszego w rodzie należy ten obowiązek. Młodsi nie mają prawa. Gdyby każdy zamieniał kogo popadnie, ludzie by wyginęli. – Dziewczyna zaczęła bełkotać ze zdenerwowania.
– Dziecko, uspokój się. – Chłodna dłoń Divy spoczęła na drżących barkach dziewiętnastolatki.
Błękitne oczy spojrzały w szarą otchłań matczynego spojrzenia.
–  Ta osoba, co nas dzisiaj zaszczyci swą obecnością, wprawiła w popłoch wszystkie wampiry w okolicy. Ta osoba nie dba o zasady, pomimo że parę z nich sama stworzyła. Musisz być silna. Bądź silna. – Dziewczyna spuściła tylko głowę i, nic nie mówiąc, przytaknęła. – Już czas – powiedziała Diva, patrząc przez okno.
Miała rację. Ciemność pochłonęła Porte de Demons.
– Zejdź na dół, gdy będziesz gotowa. – Diva złożyła matczyny pocałunek na czole córki i wyszła z pokoju.
Zaraz po niej do komnaty, najwyraźniej za poleceniem matki, wpadły służki z Makenną na czele. Ciepłe i przyjemne w dotyku dłonie młodych dziewczyn zaczęły rozbierać dziedziczkę, obmywać ją, czesać i ubierać w piękną śnieżnobiałą suknię, która została uszyta specjalnie na dzień dołączenia. Długa za kostki, wykonana z najdelikatniejszego jedwabiu. Rękawy zdawały się być wykonane ze wstążek, ślicznie okalających szczupłe ręce wampirzycy. Krągłe piersi zostały uwydatnione sztywnym gorsetem wiązanym na plecach.
– Veronique. – Nieśmiertelna została wyrwana z myśli, słysząc swe imię.
Pierwszy raz, odkąd Makenna Cortez zajmowała się dziedziczką Vigee-Lebrun, wypowiedziała jej imię.
Wampirzyca zwróciła twarz w stronę guwernantki. Bursztynowo-brązowe oczy patrzyły na nią z bólem i żalem.
– Veronique, ja wiem, co ma dzisiaj nastąpić. Wiem, co macie uczynić memu bratu. Wiem, co go czeka, jeśli zawiedzie, więc błagam cię. Jeśli to, co czujesz do mego brata, jest prawdziwe, nie pozwól go zabić.
– Zostawcie nas. – Czarnowłosa dziewczyna rozkazała służkom. 
W komnacie została tylko ona i Makenna, która drżała na całym ciele. Veronique pochwyciła nianię za ramiona i spojrzała jej prosto w oczy.
– Makenno, kocham twojego brata i jeżeli on umrze, to pociągnie mnie za sobą. Nie pozwolę go skrzywdzić. – Nim z oczu Makenny zdążyły spłynąć łzy, już jej nie było.
Veronique została sama. Podeszła do toaletki, obok której stało wysokie lustro. Dziewczyna wyglądała niczym anioł. Czarne kręcone włosy spływały jej za łopatki. Jasne, przenikliwe, błękitne oczy porażały kolorem. Niemalże biała skóra zlewała się z suknią, a różowe, malinowe usta kontrastowały z całością.
Veronique rzuciła ostatnie spojrzenie za okno, po czym wyszła, zamykając za sobą drzwi. Odziana w białą suknię przemierzała chłodne i ciemne, oświetlone wyłącznie pochodniami korytarze. Z duszą na ramieniu dotarła do schodów, prowadzących w dół. Czujne oczy dostrzegły dostojną, wysoką postać, która stała oparta o drewnianą barierkę.
Armand prezentował się jak na Pana Rivalu przystało. Dobrze dobrane szaty uwydatniały wszystkie jego atuty.
– Ojcze. – Dziewczyna nieśmiało pokłoniła się rodzicowi.
Armand spojrzał czule na swą latorośl.
– Dziecko moje. – Uśmiechnął się, podchodząc do odzianej w biel wampirzycy.  – Już nie jesteś dzieckiem – poprawił się, przyglądając się córce. – Cały czas o tym zapominam, że już dorosłaś. – Westchnął sentymentalnie, gładząc biały policzek dziewczyny.  – Pięknie wyglądasz – powiedział, patrząc z podziwem na nieśmiertelną.
Armand czasem miał wrażenie, że ta niewiasta stojąca przed nim to jego najlepsze dzieło. Nic nie napawało go tak szaleńczą dumą, jak jego Veronique. Była jego oczkiem w głowie, jedynym dzieckiem, które umiłował najszczerszą ojcowska miłością. Nikomu nie dałby jej skrzywdzić, a jeśli jakiś śmiałek by się ośmielił, poczułby na własnej skórze, czym jest gniew ojca – nie jakiegoś tam zwykłego ojca, lecz ojca, który był niemalże demonem.
Wampirzyca przyjrzała się swej kreacji.
– Tak, to naprawdę piękna suknia. – Armand zaśmiał się bezgłośnie.
– Mówiłem o swej córce – powiedział czule, nadstawiając ramię. – Zechcesz mi towarzyszyć?
Wampirzyca kiwnęła głową i pewnie pochwyciła ojcowskie ramię.
Schodzili po schodach w milczeniu, mijając po drodze wspaniałe obrazy przedstawiające portrety znanych członków rodu Vigee-Lebrun.
Veronique czuła ścisk w okolicach żołądka. Strasznie się denerwowała. Fakt, iż postanowiono tak nagle, że Elizjum rozpocznie się dwa tygodnie wcześniej, był niepokojący, do tego obecność tajemniczego gościa, przed którym najwyżsi z potężnych rodów drżeli ze strachu.
Armand był wyjątkowo zdenerwowany. Bladą skórą miał napiętą, zmysły w najwyższej gotowości, a oczy jarzyły się złowrogo. W tamtym momencie można było z łatwością dostrzec, że ta oto osoba  nie urodziła się śmiertelnikiem, lecz drapieżnikiem. 
Veronique przypatrywała się ojcu ukradkiem. Armand wydawał jej się wtedy fascynujący, jak również odpychający. W pewnym momencie dziewczyna zaczęła się zastanawiać, ile osób ten mężczyzna pozbawił życia.
W czasach, kiedy ojciec Veronique przyszedł na świat, gatunek wampirów był niezwykle brutalny i prymitywny. Między poszczególnymi poczynaniami istniała teraz istna przepaść. Pytanie brzmiało, czy można tak łatwo pohamować swoje żądze i naturę? Veronique nigdy tego nie doświadczyła.
Wychowywano ją w oparciu o zasady moralne. Wychowywano ją w poczuciu szacunku do wszystkiego, co ją otaczało. Nigdy też nie zaznała głodu, nie straciła kontroli czy panowania nad sobą. Aż strach pomyśleć, jak zachowywały się nowonarodzone wampiry – ludzie, którzy w trakcie przemiany tracili człowieczeństwo. To właśnie ich stwórcy musieli nauczyć, jak obchodzić się z samym sobą w nowym wcieleniu. To stwórcy odkopywali spomiędzy żądzy krwi i mordu prawdziwe, ludzkie „ja” tak, by nowonarodzeni mogli żyć w teraźniejszym świecie bez konieczności przelewania niewinnej krwi.
Myśli Veronique znowu skierowały się ku Alexandrowi. Jakim on będzie wampirem? I czy stanie się to dzisiaj?
– Musimy być dobrej myśli – wymsknęło się Veronique.
– Słucham cię? – Armand zerknął na córkę badawczym spojrzeniem.
– Nic, tylko głośno myślałam.
Zamek tego wieczora wydawał się bardziej ponury niż zazwyczaj. Dzisiaj znajdowało się w nim za dużo wampirzej aury, która na zwykłych ludzi mogła działać przytłaczająco oraz przygnębiająco.
Dwójka wampirów, ojciec i córka, znajdowała się już niedaleko drzwi prowadzących do Sali Głównej. Właśnie tam, w największej komnacie w całym Porte de Demons, odbywały się wszelakie bankiety czy bale. Właśnie za tymi drzwiami rodzice Veronique wzięli ślub. Raz w miesiącu organizowano tam zjazd chłopów i mieszczan, gdzie omawiane były sytuacje i problemy miasteczka oraz okolicznych wsi, a dzisiaj za tymi ogromnymi wrotami miało się odbyć najważniejsze spotkanie wampirów w roku – Elizjum.
Drewniane drzwi pięły się parę metrów wzwyż. Okute litym żelazem, bogato rzeźbione, same zapraszały, by wejść do środka. Przy drzwiach stało dwóch strażników z gwardii zamkowej podlegającej ojcu. Obaj nie mieli hełmów. Veronique od razu ich poznała.
Jeden z nich, czarnowłosy o jasnoniebieskich oczach oraz wyrazistej szczęce, z blizną ciągnącą się od lewego oka do brody, był jej kuzynem od strony matki, Aegnor.
Drugi strażnik musiał najwidoczniej dołączyć do rodziny przed paroma laty, jego włosy nie miały bowiem  koloru głębokiej czerni, lecz ciepłego brązu. Czujne zielone oczy patrzyły przed siebie.
– Otworzyć drzwi! – rozkazał Armand wartownikom.
Trzask ciężkiego drewna wypełnił hol, zaraz po nim do uszu wampirów doszedł gwar rozmawiających ze sobą starszych przeplatany cichą i delikatną muzyką lutni.
  Sala Główna była wysoka, dobrze oświetlona lampionami, w powietrzu unosił się zapach kadzideł. W momencie, gdy Veronique wraz z ojcem u boku przekroczyli próg, odgłosy zamilkły.
W pomieszczeniu słychać było tylko uderzenia obcasów o marmurową posadzkę. Po niespełna trzech krokach pana Rivalu z córką świta zebrana w sali powstała, oddając należyty szacunek właścicielowi włości, na których gościli.
Błękitnooka wampirzyca rozglądała się na boki, przyglądając się twarzom gości. Jedne się uśmiechały, jedne wyrażały zachwyt i szacunek, a jeszcze inne pogardę i zazdrość. Trudno było się temu dziwić. Z wampirami jak z ludźmi, tylko sto razy gorzej. Krzywdę pamiętało się przez tysiące lat, zaś dobre uczynki po paru wiekach odchodziły w zapomnienie.
 Córka z ojcem zbliżali się do końca Sali. Czujne oczy Veronique od razu dostrzegły matkę siedzącą przy stole, który znajdował się w miejscu, gdzie zawsze niewzruszenie stał tron Armanda; zapewne te nieliczne zmiany były spowodowane Elizjum.
Gdy dwoje wampirów dotarło na swoje miejsce, a Armand gestem ręki poprosił zgromadzonych o spoczęcie, zakasłał znacząco, by zwrócić na siebie uwagę zgromadzonych, po czym zaczął przemowę:
– Witam was wszystkich, moi drodzy przyjaciele. – Armand oparł silne męskie dłonie o blat stołu. – Jestem rad, że mogę was gościć pod moim dachem. Uprzejmie proszę, byście mieli należyty szacunek do służby, nie tolerujemy tu rozlewania krwi. Potrafimy żyć ze swymi podwładnymi w symbiozie. Chciałbym prosić również o wybaczenie, jeżeli nie wszystko jest tak, jakbyście się tego spodziewali. Jak dobrze wiecie, wszyscy bez wyjątku zostaliśmy zaskoczeni obrotem spraw w dzisiejszym dniu. Na początek…
Veronique dalej nie słuchała ojca. Zaczęła się zastanawiać.
Jak to, wszyscy zostali zaskoczeni? Czyżby chodziło o tę osobę, o której mówiła matka? Kto może mieć taką władzę i moc, by podporządkować pradawne rody swej woli?
– …myślę, że każdy ze zgromadzonych się ze mną zgadza. Czyli ten aspekt pozostaje bez zmian. – Armand siedział na wysokim krześle ze wzrokiem utkwionym w księgach. – Z tego, co zdążyłem zauważyć, nie pojawił się główny gość. – Czujne spojrzenie obiegło wzrokiem salę. – Ktoś wie coś na ten temat?
– Mon seigneur, Lebrun*. – Z miejsca podniósł się pewien bardzo stary wampir.
Jego twarz była okolona licznymi zmarszczkami, a oczy zdawały się być białe jak mleko. Wąskie usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Szczupłe drżące dłonie skrył pod oliwkową szatą.
– Tak, Lordzie Eldifar?
– Pradawna jest w okolicy, bardzo bliskiej okolicy – przemówił zmęczonym głosem starzec. – Czuję ją, Armandzie, czuję całym sobą, w każdej komórce ciała.
W momencie, gdy Lord Eldifar skończył mówić, drzwi do bawialni otworzyły się z takim hukiem i impetem, że lewe skrzydło zostało wyrwane z zawiasów.
To była Ona.
Stała niecały metr od wejścia.
Veronique siedziała oniemiała z szeroko otwartymi oczami. Nie potrafiła pojąć, co za moc mogła w stanie tak pokiereszować wrota. Tajemnicza kobieta była piękna, a zarazem przerażająca. Powoli, bezgłośnie wkroczyła do sali. Oczy miała inne od tych, z jakimi rodzili się Pierworodni. 
Podczas gdy każdy szanowany ród Pierworodnych miał tęczówki w kolorach od niebieskiego do białego, jak na przykład lord Eldifar, ta kobieta porażała spojrzeniem. Jej oczy przywodziły na myśl płynne złoto czy skrzące się w słońcu klejnoty. Włosy mieniły się refleksami od czerwieni po miedziany. Tak pięknych rudych włosów Veronique nie widziała jeszcze u nikogo. Wąskie, czerwone, powabne usta wykrzywione były w uśmiechu. Skóra miała barwę kości słoniowej.
Veronique nie potrafiła oderwać od nowo-przybyłej wzroku.
Wszystkie wampiry były piękne, ale ta kobieta okazała się zjawiskowa. Odziana w zwiewną, potarganą szatę w kolorze szmaragdu, zaś stopy pozostawały bose. Wyglądała jak ktoś, kto przeżył czasy antyczne.
– Lilith, jak miło, że w końcu do nas dołączyłaś – odezwał się Armand.


* Mon seigneur, Lebrun - Mój Panie Lebrun.

9 komentarzy:

  1. Świetne!!!!! Nie mogę się doczekać na więcej. Zawsze zostawiasz w niepewności, dlatego wszyscy się ciekawią, co będzie dalej. ;)
    Pozdrawiam~

    OdpowiedzUsuń
  2. Łap nominację :)
    http://odszukac-prawde.blogspot.com/2013/07/nominacje.html
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie napisany rozdział. Jestem pod wrażeniem. Podoba mi się jak opisałaś nowoprzybyłą wampirzycę. Naprawdę jest piękna. :)
    Życzę dużo weny i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Umieram z ciekawości co będzie dalej :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Lilith! Już ją polubiłam, bo w końcu nie każdy ma takie wejścia. Czyż nie? Armand wciąż mnie zaskakuje, jeszcze nie potrafię go sobie jakoś zdefiniować. Makenna jest wspaniałą siostrą, także Veronique na pewno zaopiekuje się Alexandrem. Płacąc nawet własnym życiem, jeśli trzeba. Tak mi się przynajmniej zdaje. Diva to dość specyficzna osoba. Mam wrażenie, że niedługo powie o jedno słowo za dużo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Boskie *.* przepraszam za krótkie komentarze, ale chce czytać dalej, dalej ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    ciekawe kim jest Lilith, że wszyscy się jej obawiają, i Eazjum zostało przyspieszone..
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam wszystkie wcześniejsze rozdziały, ale że nie mam zwyczaju pisać długich komentarzy, to wrzucę wszystko do jednego, by się ani nie powtarzać i mieć więcej tematów do rozpisywania się. Przebiegła ja :3
    Fantasy... już za samo to jestem zadowolona, a tu jeszcze wampiry dodałaś. I to z historią i objaśnieniami co do ich natury, zachowania. Lubie, gdy takie sprawy są wyjaśnianie, choćby oględnie.
    Fabuła też mi się do gustu przypadła, choć mam nadzieję, że ten miłosny wątek będzie nadal wątkiem, a nie główną osią historii. Taak, marna ze mnie romantyczka ;P
    Jak dla mnie przesadzasz tu z opisami. Wychowałam się na Kingu, a on epitetów szczędzi. (Czasem aż za nadto, ale mniejsza - nadrabia całą resztą.) W porównaniu z nim jest ich u Ciebie sporo. Ale wiadomo - są gusta i guściki; każdemu nie dogodzisz :)
    Co tam jeszcze miałam... ach, postacie. O każdej przedstawionej już można coś powiedzieć, już się powoli jakieś sympatie wytwarzają.
    Jako że już pierwsza dobija, a mój mózg nie funkcjonuje prawidłowo już od dłuższego czasu, kończę. Jutro zabieram się za dalsze rozdziały, a za niedługo - resztę blogów ^^

    OdpowiedzUsuń
  9. „Na podłodze, strasząc otwartą paszczą gości,” – to brzmi tak, jakby otwarta paszcza gości straszyła na podłodze. :D
    W tym rozdziale dużo jest epitetów, które w mojej opinii są przesadzone. Niebezpieczne spojrzenie, malinowe usta, głęboka czerń, delikatna muzyka, silne męskie dłonie w opisie zwyczajnego opierania się o stół i wiele innych.
    No i rzuciło mi się w oczy opisy stroju Ver. Co chwilę jest wzmianka o tym, że ma białą suknię, jakby nie wystarczyło tylko raz o tym napisać. Strój Armanda opisałaś w jednym zdaniu, po czym znowu jest, że Ver odziana była w biel.
    I znowu widzę sprzeczność pomiędzy tym, co czuła Ver odnośnie ojca, a jak naprawdę zachowywał się ojciec wobec Ver.
    Zastanawiam się też, czy rzeczywiście udałoby im się tak nagle zmienić termin Elizjum. Bo nie zapominajmy, że zjechały się tam wówczas wampiry z całego świata, czy tam okolicy. Czy aby na pewno mieliby czas, gdyby nagle skróciliby im go o dwa tygodnie?
    Dodatkowo wszystkie opisy, czy to facetów, czy kobiet, kończą się na opisie niesamowitej barwie oczu i włosów, jakby tylko z tego składał się bohater. Jeżeli chodzi o mnie, to powoli mi to przeszkadza. Nic o wzroście, figurze, cechach szczególnych. Tak, jakby w scenie zamiast całej sylwetki pokazywane było tylko zbliżenie na twarz.

    OdpowiedzUsuń