czwartek, 18 lipca 2013

ROZDZIAŁ 5. Lilith i śmierć.

Nawet kiedy mówię,
że wszystko będzie dobrze.
Ciągle słyszę jak mówisz,
że chcesz skończyć ze swoim życiem.
Teraz znowu próbujemy
po prostu przeżyć.
Może odwrócimy to wszystko,
ponieważ nie jest za późno.
Nigdy nie jest za późno.
Three Days Grace "Never too late" 





– Armandzie, kopę lat, stary przyjacielu – odezwała się Lilith, wykrzywiając usta w grymasie, który zapewne miał być uśmiechem. – Przykro mi, moi drodzy – rozejrzała się po zgromadzonych – że przez moją skromną osobę musieliście przyspieszyć przygotowania do jakże cudownej i emocjonującej ceremonii, jaką jest oficjalne wdrążenie członka rodziny do wampirzej społeczności.
Cynizm wypowiedzi wampirzycy był tak wyczuwalny, że niemal namacalny. Gestykulacja i sposób układania warg podczas mówienia, jej aura, wszystkie te cechy, jakie posiadała, sprawiały, że można było Lilith pokochać lub znienawidzić od pierwszego wejrzenia.
Po twarzach zgromadzonych lordów można dało się wywnioskować, że raczej nie darzyli Pradawnej szczególną sympatią, choć jednocześnie bił od nich strach i szacunek do rudowłosej kobiety.
Lilith zaczęła się zbliżać w kierunku głównego stołu. Wpatrywała się intensywnie w postać Veronique. Młoda wampirzyca czuła wzrok Pradawnej nawet w końcówkach czarnych włosów.
– Armandzie – rzekła Lilith, przystając w niewielkiej odległości od rodziny Vigee-Lebrun.
Veronique nagle poczuła lekkie, lecz stanowcze szturchnięcie ze strony ojca. Gdy mężczyzna poderwał się, był to również znak dla jego córki, by i ta powstała ze swego miejsca, chociaż nogi miała jak z waty.
Rudowłosa kobieta przeszywała dziewczynę wzrokiem. W jej spojrzeniu nie czaiła się nienawiść, lecz ciekawość oraz chęć poznania. Veronique z ciekawością przyglądała się twarzy nowoprzybyłej. Nie potrafiła pojąć, dlaczego tak ważna osobistość jak Pradawna tak bardzo pochłaniała ją wzrokiem. Tak jakby znała ją od bardzo dawna.
– Lilith. To jest moja córka, Veronique. Czuję się zaszczycony tym, że osobiście zechciałaś się zjawić na Elizjum. – Młoda wampirzyca przeniosła wzrok z kobiety na ojca.
Doskonale znała rodzica i mogła przysiąc, że jedyna rzecz, którą wypowiedział w tym potoku słów, niemijającą się z prawdą dotyczyła jej imienia oraz pochodzenia.
– Więc Diva nazwała swe dziecię Veronique. – Lilith w nieodgadniony sposób spojrzała na dostojną wampirzycę siedzącą po prawicy Armanda.
Słowa, które właśnie wypowiedziała, były przepełnione jadem. Wysyczała je jak wygłodniały wąż. W tamtym momencie Veronique poczuła, jak instynkt nakazywał trzymać się od tej kobiety z dala, co było groteskowe, zważając na fakt, iż obie należały do tego samego gatunku.
– Veronique, mam nadzieję, że ojciec dobrze cię wyszkolił? – Lilith zwróciła się bezpośrednio do dziedziczki Porte de Demons.
– Ależ oczywiście, wasza…? – Dziewczyna nie miała pojęcia, jak się zwrócić do kogoś tak potężnego.
– Bez tytułów – powiedział Pradawna, wyciągając przed siebie dłoń. – Nie urodziłam się jako królowa czy pani na włościach. Jestem zwykłym tworem Boga,  który w jego mniemaniu okazał się pomyłką absolutną.
Veronique odetchnęła z ulgą. Mały włos, a mogła znieważyć najstarszego wampira na świecie. Ba, pierwszego, jaki istniał.
– Mów mi Lilith. – Kobiecie drgnęły kąciki ust. – Lub Matko – dodała po chwili, uśmiechając się szeroko, odsłaniając przy tym kły, które były skromne i ledwie zauważalne.
– Tak… Lilith – powiedziała niepewnie Veronique. – Ojciec wyszkolił mnie w każdej dziedzinie, którą wedle jego zdania powinnam znać jako dziedziczka Porte de Demons i osoba nieśmiertelna.
Pradawna w figlarny sposób przekrzywiła głowę, podpierając się prawą ręką o biodro. Przeniosła czujne, zwierzęce spojrzenie z Veronique na jej ojca.
– Armandzie, prócz twojej córki to nie  wszystkie atrakcje dzisiejszego wieczora, prawda?
Atrakcje? Co też ta szalona kobieta miała na myśli? Pomyślała Veronique, zerkając z ukosa na twarz ojca, tak jakby miała dopatrzeć się w niej jakichkolwiek odpowiedzi.
– Lilith. – Armand przyjął postawę godną mienia pana Porte de Demons. Buntowniczo oparł dłonie o zimny blat stołu. Oczy przez ułamek sekundy zajarzyły się niebezpiecznie, patrząc na oblicze rudowłosej piękności. – Z całym szacunkiem, ale to może poczekać do przyszłego roku. On...
– Do przyszłego roku? – Pradawna zakpiła ze słów wampira.
Zaczęła zbliżać się do stołu, kołysząc przy tym biodrami tak, jakby chciała uwieść każdego nieśmiertelnego znajdującego się w sali. Oparła blade dłonie o stół i, pochylając się, spojrzała wprost w białe oczy mężczyzny.
– W przyszłym roku może mnie tu nie być. Miałabym sobie odpuścić takie przedstawienie? – spytała groźnie.
– Ale chłopak…
– A więc to chłopiec? Specjalnie wybrałeś młodzieńca, czyż nie? W sumie to się nie dziwię – mówiła, rozglądając się po pomieszczeniu. – W tej domenie* brak Pierworodnych czystej, szlacheckiej krwi w podobnym jej wieku, prawda? Masz tylko jedno dziecko – córkę. A ród? Nazwisko musi przecież iść dalej, prawda? Ach, wy szlachetnie urodzeni i ta wasza obsesja na punkcie nazwisk. Rozumiem, że rodzina to priorytet – westchnęła. – By ród przetrwał, potrzebny do tego jest męski osobnik, więc wybrałeś chłopca. Po przemianie odrzuci swe nic nieznaczące człowiecze nazwisko, by przyjąć twoje. Złudnie liczysz na to, że doczekasz się wnuków?
Veronique stała zszokowana. W duszy grały jej najróżniejsze emocje. Ta kobieta mówiła o Alexandrze. Teraz wszystko zaczęło się układać w jedną całość.
Dlatego Armand nauczał młodego Corteza historii rodu Vigee-Lebrun. Nie chodziło o zwykłe przeistoczenie. Dziewczyna zastanawiała się, czemu ojciec jej tego nie powiedział, czego się bał? Jej reakcji?
Teraz to już i tak było bez znaczenia. Lilith i tak postawi na swoim i Armand będzie zmuszony do przemiany Alexandra, by ten po trzech dniach zbudził się jako jeden z nich.
– Veronique go przemieni. – Dziedziczka Porte de Demons usłyszała słowa Lilith.
W pierwszej chwili nie zrobiło to na niej wrażenia, ponieważ nie dotarł do niej sens tych słow. Zrozumiała to dopiero, gdy do jej uszu doszedł krzyk zdenerwowanego Armanda.
– Chyba oszalałaś?! – wrzeszczał szlachcic. – Ona nigdy nie piła Vitae*! Może się zatracić i zabić go!
– I tak musiałaby dzisiaj kogoś zabić, w końcu na tym polega Elizjum. – Lilith lekceważąco wzruszyła ramionami. – A tak, zamiast dwóch nudnych ceremonii, będzie jedna z dreszczem emocji. Widzę, jak truchlejesz o życie tego chłopca, Armandzie. Umiłowałeś go jak własnego syna.
– Jesteś, szaloną, nieobliczalną i podłą wampirzycą! – Ojciec Veronique i Pradawna kłócili się tak głośno, że echo ich głosów musiało się odbijać nie tylko po całej sali, lecz również i w całym zamku.
W tym czasie Veronique, nie mając już siły ustać, opadła na krzesło. Patrzyła martwo w bliżej nieokreślony punkt. Nawet nie usłyszała szeptu matki, który mówił „przykro mi, kochanie”. Nie docierało do niej zupełnie nic.
– Pomyśl, głupcze! Dziewczyna i tak musiałaby kogoś dzisiaj zabić. Ty i tak miałeś utoczyć temu chłopakowi krwi, więc na jedno wychodzi!
– Tak, ale…
– Nie ma żadnego „ale”! – Gromkość głosu Lilith zmroziła każdemu nieśmiertelnemu, obecnemu w sali, krew  w żyłach. – Nie każ mi cię zmuszać. Lepiej się zgódź z własnej woli.
To była prawdziwa i czysta moc, jaką mógł posiąść wampir. Lilith to ich matka. To ona zapoczątkowała nieśmiertelnych. Gdyby w zamierzchłych czasach nie sprzeciwiła się woli Boga, żaden z wampirów nie miałby prawa bytu. To ona, Lilith, jako pierwsza nie zgodziła się z wolą Pana i została za to potępiona nieśmiertelnością oraz przekleństwem spijania krwi z niewinnych.
Jednak sam Bóg popełnił błąd i, zsyłając klątwę na kobietę, przypadkowo obdarzył ją potężną mocą przewyższającą możliwości zwykłego człowieka. Z roku na rok, z wieku na wiek Lilith stawała się potężniejsza. Miała władzę nad każdym nieśmiertelnym. To dlatego tak się jej bali, to dlatego tak ją szanowali, dlatego ona była Matką Demonów.
Na Sali zrobiło się cicho jak w grobowcu. Do uszu nie dochodził żaden dźwięk, a może to tylko Veronique się wydawało, bo miała taką pustkę w głowie? Jak niby ona miała przeistoczyć człowieka, którego kochała? Jak miała go przez przypadek nie zabić?
Armand miał rację. Pijąc Vitae, traciło się kontrolę. Dopiero wtedy każdy wampir uświadamiał sobie, kim tak naprawdę był. To dlatego tak długo rodziny czekały, nim dały spróbować świeżej krwi dziecku.
– Wprowadzić chłopaka. – W pomieszczeniu rozległ się załamany głos Armanda.
Po chwili przez zniszczone przez Lilith wrota wszedł Alexander prowadzony przez Aegnora. 
Alexander wyglądał tego wieczoru idealnie. Dostał odświętne ubranie, które tak naprawdę po wszystkim zostanie wyrzucone, gdyż całe będzie uwalane krwią. Po chłopaku było widać zdenerwowanie tą całą sytuacją, tak samo jak, Veronique, która patrzyła teraz na niego pełnym obawy wzrokiem.
Oczy Alexandra rozszerzyły się ze zdumienia, gdy ujrzał tajemniczą płomiennowłosą kobietę o antycznych rysach twarzy. Nigdy wcześniej nie widział tej wampirzycy. Lilith niespiesznie podeszła do młodzieńca, stąpając bezszelestnie bosymi stopami. Jej język lubieżnie wił się, gładząc czerwone usta i drobne kły.
– Dzisiaj, mój drogi chłopcze, pokonasz śmierć. Będziesz żyć wiecznie, o ile ta młoda dziewczyna powściągnie swą demoniczną naturę. – Alexander przeniósł spojrzenie bursztynowych oczu z Pradawnej na Veronique, która w tamtej chwili wstawała z miejsca. – Jak się zwiesz? – zapytała Lilith chłopaka.
Ten spojrzał bez wahania w oczy Pradawnej.
– Nazywam się Alexander. Alexander Cortez, o pani.
– Jaki wychowany i uprzejmy młodzieniec. – Lilith zamruczała, rozglądając się po zgromadzonych, po czym spojrzała z powrotem na stajennego. – Alexandrze, została ci przekazana wiedza, jakiej nie może poznać żaden śmiertelnik. Ty jednak dostąpiłeś tego zaszczytu. Zostałeś wybrany przez głowę rodu. Wiedz, że jesteś jednym z  niewielu szczęśliwców. Czy chcesz przyjąć dar nieśmiertelności? – Lilith najwidoczniej dobrze się bawiła, prowadząc swój mały teatr.
Okrążała chłopaka, dotykając go lekko koniuszkami palców.
– Wiedz, że gdy odmówisz, z miejsca zostaniesz zgładzony – wyszeptała mu wprost do ucha, stając za nim.
Alexander zrobił się blady. Mimo to jego serce biło miarowo. Był spokojny. Od dawna już czekał na to, by móc stać się wampirem. By razem z Veronique iść przez życie.
– Tak – odpowiedział, patrząc głęboko w niebieskie oczy, które ze strachem wpatrywały się w jego osobę. – Chcę żyć wiecznie. Kroczyć przez wieki, dumnie nosząc nazwisko Vigee-Lebrun.
– Veronique, podejdź do  nas. – Lilith zwróciła się do młodej wampirzycy w taki sposób, jakby ta była głucha i nie wiedziała, o co chodziło. – Wy dwaj – obróciła się w stronę wartowników – wnieście na salę ołtarz.
– Ołtarz nie będzie potrzebny – powiedziała stanowczo Veronique, podchodząc do Pradawnej i Alexandra. – On ma stać się jednym z nas. Nie jest ofiarą – powiedziawszy to, odziana w biel dziewczyna chwyciła Alexandra za rękę, próbując tym gestem dodać bardziej sobie niż jemu otuchy.
Ufam ci, pomyślał chłopak. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Veronique go usłyszy i że na pewno odpowie.
A może to właśnie twój błąd, odpowiedziała wdzierając mu się do umysłu.
Lilith znowu zaczęła krążyć, tym razem wokół dwójki, która miała dopełnić swego przeznaczenia.
– Prawo  Krwi. Nienaruszalnie, niepodlegające zmianom, przestrzegane od wieków, wiążące potomka i jego stwórcę. Twymi własnymi dziećmi są ci, których sam kreujesz. Póki potomka swego spod opieki nie wypuścisz, rozkazywać mu będziesz w sprawach wszelakich. Jego zaś grzechy twoimi będą. Veronique, rozumiesz obowiązki względem Nowonarodzonego?
– Tak, rozumiem – odpowiedziała bez wahania, patrząc cały czas w bursztynowe oczy.
– A ty, Alexandrze, rozumiesz swe brzemię?
– Tak – odparł.
– Zatem, Veronique, oddaję tego oto śmiertelnika w twoje ręce. – Lilith, powiedziawszy to, udała się na koniec sali, by stamtąd podziwiać przedstawienie, które sama zorganizowała.
Veronique niepewnie zbliżyła się do Alexandra, wypuszczając powietrze. Chłopak uśmiechał się, próbując dodać odwagi zdenerwowanej dziewczynie.
Veronique spojrzała na niego tak jak nigdy przedtem. Na tę kruchą postać człowieka. Ostatni raz patrzyła w jego ciepłe oczy, wiedząc, że gdy ponownie je ujrzy, staną się zimne i w pewien sposób puste. Nie będą należały do człowieka, lecz do drapieżnika.
Drżącą dłonią odgarnęła kosmyk złotych jak pszenica włosów z jego szyi, odsłaniając tym samym pulsującą tętnicę. Właśnie wtedy, pierwszy raz w ciągu całego dotychczasowego życia, Veronique poczuła pod powiekami piekące łzy. Nigdy wcześniej nie płakała, nie miała powodu. Teraz wypełniał ją strach i bezradność. Strach przed tym, że zabije ukochaną osobę oraz bezradność, bo co pocznie, gdy jego serce nie wytrzyma i zatrzyma się, nim młodzieniec zdąży wziąć choć kroplę jej krwi do ust?
– Veronique. – Alexander przybliżył się do dziewczyny tak, że dzieliły ich już tylko milimetry. – Ufam ci. Nie bój się. Za trzy dni znów mnie zobaczysz – wyszeptał jej do ucha w momencie, gdy jej spierzchnięte wargi musnęły skórę jego szyi.
– Kocham cię – szepnęła tak, jakby miał to być ostatni raz, gdy się widzieli.
– Wiem. Ja ciebie też – odparł, odchylając głowę.
Poczuł ból, gdy ostre jak igły kły przebiły cienką warstwę skóry tuż przy tętnicy. Czerwony płyn trysnął wampirzycy do ust. Rękoma objęła lubego, nie pozwalając mu na upadek.
To, co Veronique poczuła, gdy krew Alexandra spływała jej po gardle, było nie do opisania. W głowie zaczęło jej szumieć. Ciałem wstrząsały spazmatyczne dreszcze ekstazy, gdy czuła smak szkarłatnej cieczy. Niebieskie oczy zajarzyły się blaskiem, jakim do tej pory nie lśniły. W umyśle wampirzycy zaczęły się pojawiać obrazy z życia Alexandra, tak jakby spijając jego krew, spijała całe jego wspomnienia. Widziała siebie jako małą dziewczynkę samotnie siedzącą na ławce.
Kolejny łyk. Niespełna siedemnastoletnia Veronique zrywająca kwiaty w ogrodzie, szczery uśmiech i radosny błysk błękitnych oczu.
Kolejny łyk. Spocone nagie ciała, wokół pełno żółtej i szorstkiej słomy, przyjemność.
Kolejny łyk. Słowa „kocham cię” przepełnione bólem, rozsadzające czaszkę.
Wampirzyca mocniej objęła kochanka. Spijała jego krew jak lekarstwo, które miało ją uleczyć ze wszelakich chorób tego świata.
Pod Alexandrem zaczęły uginać się kolana. Automatycznie, nie odrywając nawet na chwilę ust od krwawiącej rany, wampirzyca ułożyła kochanka na posadzce, która po chwili zaczęła barwić się na kolor czerwieni.
Nie potrafiła się powstrzymać. To było dla niej jak narkotyk, który w momencie zawładnął całym ciałem. Piła więcej i więcej, łapczywie robiąc każdy kolejny łyk. Odgłos przełykanej przez nią krwi słychać było w całym pomieszczeniu. Starsze wampiry zaczęły już szeptać miedzy sobą, że dziewczyna się nie opanuje i wyśle chłopca w zaświaty.
Przymknięte niebieskie oczy otworzyły się gwałtownie.
Nagle to usłyszała.
Serce.
Czyjeś serce przestawało bić.
Znała ten dźwięk. Nieraz go słyszała.
Alexander!
To zabawne, jak panika może oddziaływać na zmysły. Może pozbawić człowieka racjonalnego myślenia, jak i również przywrócić zdrowy rozsądek.
Głód, pragnienie i żądza krwi w jednej chwili odeszły gdzieś w zakamarki skołowanego umysłu Veronique. W jednej chwili potrafiła się otrząsnąć. Oderwała się od pulsującej krwią rany. Z ust ściekały strużki krwi, brudząc nie tylko ciało, ale też i suknię wampirzycy.
Veronique ze strachem spojrzała na nieprzytomne ciało Alexandra spoczywające w jej ramionach. Nie oddychał, a serce uderzało z coraz mniejszą częstotliwością.
– Nie umieraj, nie umieraj, nie umieraj. – Dziewczyna powtarzała to jak mantrę.
Uniosła prawy nadgarstek do ust i boleśnie się w niego wgryzła. Mocno przycisnęła krwawiącą ranę do warg chłopaka.
– Jeszcze nie jest za późno, jeszcze tylko parę sekund, wytrzymaj – szeptała zrozpaczona sama do siebie.
Ledwo hamowała narastający w sobie szloch, gdy widziała, jak bardzo blady był jej ukochany.
Strach znowu odebrał na chwilę Veronique możliwość racjonalnego myślenia. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że jej krew wniknęła już do organizmu młodzieńca. Właśnie w jego ciele zaczęła się wędrówka wampirzych komórek, które jak wirus zaczęły atakować wszystkie narządy, torując sobie drogę do słabego już serca.
Wampirzyca zaczęła wpadać w panikę.
Już nie słyszała bicia serca Alexandra. Myślała, że się nie udało, że go zabiła. Rozpacz ogarnęła w jednej chwili całe jej ciało. Veronique nie mogła przypomnieć sobie tego, co zawsze mówił jej o przemianie ojciec. Jedyne, na czym potrafiła się teraz skupić, była martwa twarz Alexandra. Złote włosy umazane czerwienią i kałuża krwi, w której oboje klęczeli.
– Nie, nie, nie, nie! – Łkała w ciało martwego młodzieńca.
W całej sali panowała cisza. Nikt nie ważył się odezwać. Diva w  tamtej chwili uświadomiła sobie, jak ważną osobą dla młodej dziedziczki Porte de Demons był ten chłopiec. Serce jej pękało, gdy widziała zrozpaczoną córkę trzymającą w ramionach martwego ukochanego. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co mogła teraz czuć Veronique. Zabiła kogoś, kogo kochała.
Bum… bum-bum… bum-bum…
Veronique miała czoło oparte o tors Alexandra.  Rozpacz, która gościła w jej sercu, zaczęła ustępować innemu uczuciu – szczęściu. Wampirzyca gwałtownie się podniosła i spojrzała w kierunku ojca ze spokojem w oczach.
Armand odetchnął z ulgą i swobodnie oparł się na krześle. Veronique skryła twarz w zakrwawionych dłoniach. Nie hamowała łez. Płakała ze szczęścia i ulgi.
Po chwili podeszła do niej czwórka wampirów. Dziewczyna nie miała siły, by przyglądać się ich twarzom. Widziała jedynie, jak przenoszą Alexandra na nosze i wynoszą za drzwi, zapewne ku lochom, gdzie w ciemnościach i zupełnej ciszy miała się dokonać przemiana.
W sali zawrzało. Ktoś krzyczał. To Armand. Zaczął wygrażać Lilith. Ktoś się śmiał. Każdy każdego przekrzykiwał. To wszystko działo się tak, jakby z dała od Veronique. Obserwowała ten rozgardiasz poprzez łzy, w zupełnej ciszy. Po pewnym czasie podbiegła do niej matka i, chwyciwszy za ramię, podniosła z posadzki.
– Veronique, udało ci się. Nie płacz już.
– Wiem – powiedziała wampirzyca, patrząc na Divę. – Jednak przez chwilę myślałam, że umarł. Myślałam, że go zabiłam. To było straszne.
– No już, skarbie, uspokój się – powiedziała stanowczo starsza wampirzyca.
Objęła córkę i wyprowadziła z sali.  Zaczęły zmierzać w stronę komnaty Veronique. Za plecami słyszały jeszcze krzyki zdenerwowanego Armanda. „Elizjum zakończone”. „Rozejść się”.
Kobiety dotarły do schodów. Tam czekała na nie zatroskana Makenna. Na policzkach służki znać było ślady po łzach. Gdy zobaczyła zakrwawioną Veronique, rozszerzyła oczy w przerażeniu.
– Makenno, dobrze, że czekałaś – odezwała się spokojnym głosem Diva. – Zabierz Veronique do jej komnat. Niech się odświeży, i, co najważniejsze, niech odpocznie – powiedziawszy to, przystanęła, tuląc córkę i posyłając na odchodnym uśmiech, udała się w przeciwną stronę.
– Matko! – Veronique pobiegła za rodzicielką.
Diva przystanęła, obracając się.
– Kiedy będę mogła go zobaczyć?
– Jak się zbudzi – oparła Diva.
Kobieta, widząc, jak jej córka znów otwiera usta, dopowiedziała:
– Skarbie, uwierz mi, gdy się zbudzi, sama będziesz o tym wiedzieć. – Nie czekając na kolejne pytania, oddaliła się do swoich komnat.

W łaźni Veronique zrozumiała, czemu Makenna stała taka przerażona, widząc ją na schodach. Sama się przeraziła, gdy ujrzała siebie w lustrze. Większa cześć twarzy była umazana zasychającą krwią. Cała szyja, piersi, przednia część sukni. Wszystko zostało splamione posoką.
Pewnie pomyślała, że zabiłam jej brata z zimną krwią, Veronique zastanawiała się, ściągając z siebie suknię, która nadawała się już tylko do spalenia.
Gdy wyszła z łaźni, znajdującej się naprzeciw drzwi jej sypialni, niepewnie spojrzała na swą guwernantkę.
– Veronique, czy on…?
– Żyje – odpowiedziała nieśmiertelna, okrywając się niedbale szlafrokiem. – W pewnym sensie.
– Lepsze takie życie niż żadne. – Makenna mówiąc to spuściła głowę, a jasnobrązowe włosy opadły jej na twarz. – Ja będę mogła do końca mych dni cieszyć się, że mam brata. Ty zaś będziesz mieć go na wieczność – dopowiedziała ze smutnym uśmiechem na ustach. – Mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi.
Veronique z zaciekawieniem  przyglądała się siostrze Alexandra. Nie miała pewności, czy to było złudzenie wywołane grą świateł, czy ta dziewczyna naprawdę się do niej uśmiechała.
– Dobranoc, panienko – powiedziała Makenna na odchodnym.
Wampirzyca stała tak przez chwilę, ociekając wodą. Myślała nad tym, co właśnie usłyszała. Siostra Alexandra, gorliwa przeciwniczka nieśmiertelnych, dała jej, nie, im – jej i Alexandrowi błogosławieństwo.
– Makenno!
– Tak? – spytała służka, obracając się do wampirzycy.
– Dziękuję ci.



*Vitae, krew prosto z człowieka
*domena, terytorium wampira

7 komentarzy:

  1. Przeczytałam to wczoraj wieczorem, więc emocje związane z czytaniem już opadły. Powiem ci, że ta historia wciągnęła mnie bardziej niż "Harry Potter. Po drugiej stronie." Serio. Borze, ty piszesz tak wspaniale. Błagam cię abyś dodawała tu posty częściej! Uwielbiam tą opowieść.

    Planuję założyć bloga z opowiadaniem. Jeżeli to zrobię to z pewnością cię poinformuję :*


    ~ Twoja już nie anonimowa czytelniczka, Anastazja

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie. Podobają mi się Twoje opisy, potrafię wyobrazić sobie każdą postać. To dar, dobrze wykorzystany. Jednak to końcówka zachwyciła mnie najbardziej. :) Jestem pod wrażeniem... na ostatnia-heretyczka - rozdział 3.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam ten rozdział z zapartym tchem. Wspaniale opisałaś scenę przemiany Alexandra. Normalnie Uwielbiam twój blog :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lilith. Tutaj polubiłam ją jeszcze bardziej, jest pastacią, które wręcz kocham. Mogłabym z nią spędzić wieczór przy kominku i herbacie, by na spokojnie porozmawiać. Jest taką interesującą wampirzycą, aż normalnie mam z nią ochotę zrobić wywiad. I cała przemiana, wyobraziłam to sobie doskonale i o mały włos, a mnie samej zaczęłyby spływać gorące krople po policzkach, jak Veronique. To imię chyba coś znaczy dla Pradawnej, nieprawdaż? Alexander wykazał się pełnym poświęceniem, takie rzeczy to tylko w średniowieczu się dzieją. Miejmy nadzieję, że jego przemiana przejdzie pomyślnie i ujrzawszy ukochaną, rzuci jej się na szyję.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję że z Aleksandrem wszystko będzie dobrze. I nie wiem czy tylko ja tak miałam, ale był taki moment, że uwierzyam w to, że ten chłopak umrze. Weź łzy w oczach i tak dalej......

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,
    ach już się bałam, ze Aleksander umarł, Lilith oj, oj bardzo wredna jest...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. Biorę się za kolejny rozdział.

    - Powiem szczerze, że brakuje mi dokładniejszego opisu Lilith. W sensie co takiego szczególnego ma w sobie, że można ją albo kochać albo nienawidzić.
    -W jej spojrzeniu nie czaiła się nienawiść, lecz ciekawość oraz chęć poznania. Veronique z ciekawością przyglądała się twarzy nowoprzybyłej. Nie potrafiła pojąć, dlaczego tak ważna osobistość jak Pradawna tak bardzo pochłaniała ją wzrokiem. Tak jakby znała ją od bardzo dawna. – bardzo dużo widzę powtórzeń w tym akapicie. „ciekawość” i „tak”.
    - Jestem zwykłym tworem Boga, który w jego mniemaniu okazał się pomyłką absolutną. – ciekawe skąd Lilith wie, że w mniemaniu Boga jest pomyłką. Mają jakiś kontakt? :D EDIT. Dobra, widzę, że Lilith to TA Lilith. Nie było to dla mnie jasne.
    - Wydaje mi się też trochę nie na miejscu, kiedy Ver, ojciec i Lil sobie gadają, jakby reszta nie istniała. Ja bym się oburzyła, gdybym należała do szanowanego rodu i tak by mnie olali xD
    - Tak sobie też myślę, że nawet jeżeli powiedzmy wampiry zgodziły się przyjąć człowieka do siebie i go zamienić (co moim zdaniem generalnie jest ujmą dla rodu, bo krew to krew, a człowiek ją trochę rozrzedzi), to czy aby na pewno chciały mieć zwykłego stajennego? No chyba, że gdzieś mi umknęło, że to zaginiony lord albo coś.
    - Jesteś, szaloną, nieobliczalną i podłą wampirzycą! – Ojciec Veronique i Pradawna kłócili się tak głośno, że echo ich głosów musiało się odbijać nie tylko po całej sali, lecz również i w całym zamku. – nooo, moim zdaniem wyzwanie tak pradawnej to proszenie się o kopa. Lilith to pewnie chodząca duma, spodziewałabym się, że po takim czymś udowodni ojcu Ver, dlaczego ludzie się jej boją. Samo gadanie jest chyba niewystarczające.
    - Veronique miała czoło oparte o tors Alexandra. Rozpacz, która gościła w jej sercu, zaczęła ustępować innemu uczuciu – szczęściu. – wydaje mi się, że w takim momentach silniejsza jest najpierw ulga.

    Ale sam opis przeżyć bomba!

    OdpowiedzUsuń