środa, 24 lipca 2013

ROZDZIAŁ 6. Klepsydra czasu.

Położył ukochany głowę na jej kolanach,
czerwone róże upadły na podłogę
i świat się zatrzymał.
Marilyn Manson "Coma Black"


Czas zawsze szybko mijał.
Veronique nie zauważyła nawet, w jakim momencie z dziecka stała się kobietą. Nie zauważyła, kiedy przyjaźń zmieniła się w miłość, a ta zaś w pożądanie.
Wiedziała jednak, że gdy dzieliło się czas z osobą, na której ci zależało, ten pędził nieubłaganie. Wtedy doba wydawała się za krótka. Nawet wieczność zdawała się być tylko małym skrawkiem czasu, który staramy się zagospodarować tak, by każda sekunda, minuta, godzina trwały po kres naszych dni.
Gdy się kogoś kochało, miało się wrażenie, jakby czas był twoim najgorszym wrogiem. Jakby dzień za szybko się kończył, a noc mijała w oka mgnieniu. Kiedy nadchodził czas rozłąki, uświadamiało się wtedy, jak wiele miało się jeszcze do powiedzenia drugiej osobie. Miało się złudzenie, że niewystarczająco razy powiedziało się „kocham cię”. Miało się wrażenie, że zbyt mało razy pogładziło się włosy, ramiona, twarz, że zbyt mało złożyło się pocałunków na kochanej skroni.
Zawsze pozostawał niedosyt, bo być może to był właśnie ostatni raz, bo może kolejny wspólny dzień już nie nadejdzie. Pomimo że kochasz, to tak w rzeczywistości w sercu masz pustkę, bo miłość sama w sobie niszczy, wypala od środka. Zawsze będzie za mało. Nawet jeśli się wiedziało, że z drugą osobą czekała cię wspólna wieczność.




Veronique siedziała na parapecie w sypialni, patrząc w czarne niebo. Ona sama nie potrafiła już doczekać się wspólnej wieczności z Alexandrem. Nigdy przez myśl jej nie przeszło, że trzy dni mogą się dłużyć bezgranicznie.
Paradoks miłości. Gdy się tęskni, sekundy trwały w nieskończoność, zaś gdy jest się blisko z ukochaną osobą, czas pędził jak oszalałe stado koni.
Sercem młodej wampirzycy targała rozpacz i tęsknota. Tak intensywna, iż miała wrażenie, że całe ciało się wypalało i umierało. Tak jakby najważniejsza rzecz potrzebna do życia została jej brutalnie zabrana. Czuła się, jakby odebrano jej tlen. Czuła się, jakby powoli się dusiła.
Tak naprawdę duszenie się trwa tylko chwilę, lecz dla osoby niemogącej złapać tchu trwa bez końca. Ból jest tak intensywny, że aż namacalny. Czeka się na śmierć, która nie nadchodzi. Wpada się w szał. Chce się krzyczeć i płakać jednocześnie. Bezskutecznie próbuje się wydać jakikolwiek dźwięk.
Dla czarnowłosej nieśmiertelnej najgorsza podczas tych trzech dni była świadomość, że gdzieś tam w podziemiach zamku był Alexander. Czuła go fizycznie. Całą sobą. Czekała na impuls dający znać, że się zbudził, jak na cud.
Veronique sama dokładnie nie wiedziała, czego miała wyczekiwać. Starsze wampiry, te, które same posiadały potomków, nie potrafiły wytłumaczyć dziedziczce Porte de Demons, co to za uczucie, gdy Nowonarodzony wybudzał się na koniec przemiany. Zazwyczaj mówili tylko, że będzie wiedziała.
A więc siedziała i czekała.
To był już trzeci dzień.
Nie mogąc się skupić na tekście czytanej książki, co i rusz błękitne oczy błądziły po nocnym nieboskłonie. Nie potrafiła spać. Od Elizjum nie zmrużyła oka. Ze stresu nie odczuwała zmęczenia i głodu. Świadomość, że Alexander lada chwila mógł się wybudzić, przyprawiała ją o zawrót głowy.
Denerwowała się. 
Siedząc tak na parapecie i zatracając się we własnych myślach, nagle czegoś doznała. Dziewczyna zaintrygowana wyprostowała się. Poczuła strach. To nie był jej strach. Z początku to zignorowała, myślała bowiem, że to wyobraźnia płatała jej figle. Ignorując ten dziwny impuls, na powrót skupiła wzrok na tekście książki.
Po chwili znowu targnął nią strach, tym razem intensywniej. Zanim się zorientowała, do kogo należał, usłyszała głuche wołanie wewnątrz czaszki. Spojrzała na swoje odbicie w szybie. Jej twarz była rozpromieniona w uśmiechu.
Ponownie to usłyszała. Błagalne Veronique w głowie.
W końcu się zbudził.



Wampirzyca rzuciła się pędem ku lochom. Gnała przez korytarze, nie zważając na potrącaną po drodze służbę i pobratymców. Nieopodal sali, w której miało miejsce Elizjum, w głównym hallu ogromnego zamczyska, młoda wampirzyca wpadła wprost na swoją matkę, Divę. Z początku kobieta zganiła córkę, lecz po chwili wyjaśnień tylko westchnęła i patrzyła z uśmiechem na twarzy, jak ta rusza biegiem przed siebie.
Veronique dobiegła do drzwi prowadzących w podziemia. Przystanęła na minutę, opierając dłonie na drewnianych wrotach. Oddychała szybko i spazmatycznie po dość wyczerpującym biegu. Wciągnęła duży haust powietrza i nacisnęła klamkę, by po chwili spowić się w ciemnościach.
Nie przeszkadzało jej to. Widziała doskonale każdą szczelinę w ścianach oraz najmniejsze ubytki w skalnej podłodze. Szła tak przez niecałą minutę głównym tunelem, aż dotarła do skrzyżowania korytarzy. Wiedziona instynktem stworzyciela nie zawahała się i brnęła dalej wprost przed siebie.
Błękitnym oczom ukazały się jesionowe drzwi. Z lekkim uśmiechem na twarzy oraz z niepokojem w sercu otworzyła zamki ryglujące przejście. Delikatnie nacisnęła klamkę i weszła do środka.
Alexander siedział na wygodnym jednoosobowym łóżku. Był w tych samych ubraniach, co podczas ceremonii.
– Chodź. – Veronique wyciągnęła dłoń w kierunku Nowonarodzonego. – Wyjdźmy z tych lochów.
Alexander bez odpowiedzi pochwycił rękę ukochanej i, wiedziony przez nią, opuścił swoje trzydniowe więzienie.

Przez pierwsze parę dni Alexander nie był do końca sobą. Bardziej przypominał wystraszone szczenię niż wampira. Veronique uważnie go obserwowała. Pod paroma względami zadziwiał ją. Ona swoje zdolności posiadała od urodzenia, a na niego to wszystko spadło jak grom z jasnego nieba.
Przez pierwsze dni Nowonarodzony spędzał czas w komnatach ukochanej. Praktycznie nigdzie nie wychodził i mało co mówił. Po ciągłym namawianiu przez Veronique, Armand zgodził się w końcu, by tych dwoje zamieszkało razem. Z początku zachowywał się tak, jakby nie potrafił pojąć, że jego córka była już dorosła, że sama miała wychowanka na głowie.
Najbardziej męczące dla Alexandra okazały się pierwsze dwa dni od wybudzenia. Bolała go głowa od wszystkich dźwięków, które teraz słyszał z większym natężeniem. Bolały go oczy od światła słonecznego i tego, które dawały świece. Całe jego ciało trawiła gorączka. Im gorzej czuł się on, tym gorzej czuła się Veronique. Ten krótki okres męczył obojga.
Dni mijały, a on z przerażonej istoty na oczach Veronique zmieniał się powoli w pewnego siebie wampira. Był ciekawy świata jak małe dziecko. Wszystko, co go otaczało, a na co nie zwracał uwagi, gdy żył jako śmiertelnik, teraz fascynowało go ponad miarę.
Pewnego razu, w miesiąc po przemianie, Veronique zbudziło łaskotanie policzka. Leniwie i z ociąganiem uchyliła powieki. Nad nią nachylał się Alexander. Jego długie złociste włosy muskały delikatnie bladą skórę dziedziczki Porte de Demons.
– Dzień dobry – powiedział młodzieniec charakterystycznym głębokim głosem, który sprawiał, że wampirzycą wstrząsał przyjemny dreszcz.
Dziewczyna uniosła się na łokciach, a pierzyna, którą była okryta, zsunęła się z jej nagiego ciała. Delikatnie dotknęła prawą dłonią twarz ukochanego i zatopiła się w jego ustach. Gdy się od nich oderwała, spojrzała za okno z westchnieniem.
– Dopiero świta – powiedziała z wyrzutem, opuszczając nogi za łoże.
Wampir doskoczył do lubej i przylgnął do jej smukłych pleców, obejmując ją silnymi ramionami w pasie i żarliwie całując szczupłe ramiona.
– Alexandrze, puść mnie – powiedziała, śmiejąc się.
– Ubierz się, odśwież i będę na ciebie czekał koło stajni – powiedział szeptem wprost do jej ucha.
Alexander, odkąd został pełnoprawnym członkiem rodu Vigee-Lebrun, nie pracował już jako stajenny.
– Stajni? – zdziwiła się.
– Tak, nie będziemy cały czas siedzieć na zamku, prawda? – odparł.
Veronique patrzyła uważnie na młodzieńca opuszczającego wspólne łoże. Odkąd stał się wampirem, wszystko w nim uległo zmianie. Z charakteru stał się jeszcze bardziej zadziorny i bezpośredni, niż jak był człowiekiem. A z wyglądu? Dziewczyna westchnęła. Uwielbiała na niego patrzeć.
W momencie, gdy jej kochanek się ubierał, ta obserwowała każdy milimetr jego ciała. Każdy ruch mięśni pod skórą. Każde napięcie oliwkowej skóry. Był doskonały. Włosy nabrały wyrazistszego złocistego kolorytu, a bursztynowe oczy zdawały się być jak kamienie szlachetne mieniące się w słońcu.
– Czasem żałuję, że nie mogę zajrzeć w twój umysł, Veronique – powiedział Alexander, obracając się twarzą do dziewczyny.
Uśmiechnął się figlarnie.
– A dlaczego żałujesz? – sypała, wstając i podchodząc do obszernej szafy naprzeciwko łoża.
 Alexander cały czas patrzył pożądliwie na ciało wampirzycy.
– Czuję, kiedy mi się przyglądasz. Mogę się jedynie domyślać, co ci wtedy chodzi po głowie – rzekł, zakładając na siebie skórzaną kamizelkę.
Veronique otworzyła szafę i z niemrawym wyrazem twarzy zaczęła przeglądać zawartość garderoby. W tym samym czasie Alexander zdążył do niej podejść, pocałować na odchodnym w policzek i opuścić komnatę. 
    


Tak beztrosko mijały im dni, tygodnie i miesiące. W pół roku od przemiany Alexander opanował wszystkie wampiryczne zdolności do perfekcji. Potrafił odgrodzić swoje doznania na tyle, by nie ciążyły Veronique. Oboje nauczyli się ze sobą komunikować, co okazywało się wielce przydatne, gdy tracili siebie wzajemnie z oczu.
Diva i Armand byli zszokowani postępami nowego członka rodu. Zazwyczaj Nowonarodzonym dojście do siebie, poznanie siebie, nauczenie się kontroli nad sobą i głodem zajmowało prawie dwa lata, a Alexander to wszystko opanował w zaledwie sześć miesięcy, co napawało dumą i radością jego stworzycielkę.
Prócz geniuszu Alexandra, mieszkańców Porte de Demons dziwiła jeszcze jedna rzecz.
Lilith nie opuściła Rivalu po Elizjum. Najbardziej przez ten fakt rozdrażniony chodził Armand, który za wszelką cenę starał się unikać kontaktów z Pradawną. Mimo że Lilith nie była tak uciążliwa jak z początku swego pobytu, to każdy się zastanawiał, jaki miała cel, zostając tak długo w domenie Vigee-Lebrun.
Veronique i Alexander zdążyli zauważyć, że tam, gdzie się pojawiali, po piętach deptała im Pradawna. Zawsze trzymała się w stosownej odległości, jednak oboje nie potrafili się oprzeć wrażeniu, że byli przez nią obserwowani. Po pewnym czasie przestali już zwracać na to uwagę. Ich wzajemne towarzystwo pochłaniało ich do reszty.
Pewnego dnia, gdy śnieg dawno już stopniał, a sople lodu opadły z dachów, Armand poprosił córkę do siebie. Veronique rzadko kiedy dostawała wezwania od ojca do jego gabinetu. Ostatnim razem, gdy tam była, pobierała nauki. Teraz miała już niespełna dwadzieścia lat. Czasem nie mogła uwierzyć, że czas potrafił tak szybko gnać.
Czarnowłosa dziewczyna przemierzała korytarze zamku w zupełnej ciszy. Jedynie stukot obcasów jej pantofli roznosił się echem, odbijając się od kamiennych ścian. Veronique już mijała schody prowadzące do głównego hallu, gdy dostrzegła na nich płomiennowłosą postać. Przystanęła na chwilę, by się przyjrzeć Pradawnej. Złote oczy patrzyły wyczekująco na dziedziczkę. Matka Wampirów nie była zaskoczona widokiem Veronique, wyglądała tak, jakby wiedziała, że właśnie teraz, w tej chwili, ta będzie tędy przechodzić.
– Czekałam na ciebie – powiedziała melodyjnym głosem antyczna kobieta, opierając się o poręcz.
Veronique stała na szczycie schodów. Błękitne oczy zwęziła groźnie, a ręce skrzyżowała na piersi.
– Skąd wiedziałaś, że tu będę? – spytała nieprzyjemnym tonem głosu.
– Intuicja – zaśmiała się, wchodząc powoli po schodach. – Jak się miewa Alexander?
– Akurat ty nie masz najmniejszego prawa o to pytać. Przez ciebie omal go nie zabiłam – wysyczała złowrogo Pierworodna. Zaczęła w niej narastać złość.
Lilith, widząc ten, w jej mniemaniu żałosny, pokaz siły, zaśmiała się pod nosem, zasłaniając sobie usta dłonią.
– Wybacz, ale przy twojej pięknej młodzieńczej buźce i  młodym wieku, którego nie można porównać z moim, wyglądasz co najmniej śmiesznie, starając się mnie przestraszyć.
– Czego chcesz?
– Dać ci dobrą, wręcz matczyną radę. – Lilith znajdywała już przy Veronique.
Kobiety były tego samego wzrostu. Jednak w tamtej chwili to Veronique górowała nad Pradawną z racji tego, że ta jak zwykle była boso. Z wyglądu obie wyglądały na dwadzieścia lat, jednak majestatyczność postaci Matki Demonów demaskowała bezdenną przepaść między wampirzycami.
Rudowłosa kobieta podeszła jeszcze bliżej młodej dziedziczki. Bezpruderyjnie ujęła kosmyk czarnych włosów w dłoń, tak jakby chciała sprawdzić ich miękkość.
– Trzymaj Alexandra blisko siebie, a najlepiej zapnij mu smycz, z której go zwolniłaś.
– Że co proszę? – Veronique patrzyła zszokowana na znienawidzoną osobę.
– Dobrze wiesz, o czym mówię, moja droga. Ktoś inny mógłby tego nie zauważyć, ale ja to widzę. Wiem, że wypuściłaś Alexandra spod swoich skrzydeł i że nie jesteś w stanie go zlokalizować.
– Może lepiej byś zrobiła, gdybyś nie wtrącała się w nieswoje sprawy? – spytała buntowniczo Veronique.
– Och, nawet nie masz pojęcia, dziecko, jak wiele mam tu niezałatwionych spraw. A teraz idź, bo ojciec się zdenerwuje, jak się spóźniasz. – Veronique rozszerzyła oczy ze zdumienia.
Skąd ona mogła wiedzieć, że zmierzała do Armanda? Zdenerwowana i wytrącona z równowagi patrzyła, jak Lilith niczym mała, niesforna dziewczynka w podskokach schodziła po schodach. Veronique zrobiła parę głębokich oddechów, by się uspokoić,  i  ruszyła przed siebie.




Czarnowłosa dziewczyna siedziała w ładnie rzeźbionym fotelu w gabinecie ojca.
Właśnie tu Armand spędzał większość czasu. To właśnie tu znajdowały się wszystkie księgi z zapiskami dotyczącymi wioski i miasta, a także rodu Vigee-Lebrun. To tu Veronique i Alexander pobierali nauki.
Dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu. Przez tyle lat nic się tu nie zmieniło. Po prawej od drzwi całą ścianę zajmowała biblioteczka z najróżniejszymi księgami. Naprzeciwko nich znajdowało się wysokie po sufit witrażowe okno, pod którym stało ogromne dębowe biurko.  Po lewej od drzwi był ustawiony mały stolik oraz dwa krzesła; to właśnie tu Veronique spędzała długie wieczory, studiując historię swego rodu.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, przywołując wspomnienia. Zadowolona spojrzała na mężczyznę, który siedział po drugiej stronie biurka. W jednej ręce trzymał długie, białe, gęsie pióro. Co i rusz maczał jego końcówkę w kałamarzu z tuszem. Dziewczyna nie pytała ojca, co za zapiski prowadził, wiedziała doskonale, że ten typ mężczyzny cenił sobie prywatność.
Chłodna twarz Armanda wyrażała najgłębsze skupienie. Wyglądał tak, jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności córki. Zwinnym ruchem ręki zapisał do końca stronnicę, po czym odłożył delikatnie pióro przed siebie, a obszerną księgę zamknął i przesunął na brzeg biurka. Splótł ze sobą palce rąk i wyprostowany spojrzał na swe dziecię. Czarne włosy miał zaczesane z tyłu głowy w warkocz. Białe oczy przypatrywały się pięknej twarzy. Blade usta uniosły się w uśmiechu.
– Wzywałeś mnie z jakiegoś konkretnego powodu, ojcze? – spytała Veronique, zakładając nogę na nogę.
Delikatnie poprawiła połacie czerwonej sukni.
– Tak. To dość delikatna sprawa, bym rzekł. – Zaśmiał się ponad wiekowy wampir. – Jak się miewa Alexander? – spytał niby od niechcenia, opierając się wygodniej w fotelu.
Dziewczyna spojrzała badawczo na ojca.
– Dobrze. O ile się nie mylę, miał się udać na przejażdżkę i odwiedzić siostrę – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– Zaczyna się usamodzielniać. To dobrze. Bystry z niego chłopak. Opanował wszystko w tak zaskakująco krótkim czasie. To wyłącznie twoja zasługa. Dobrze się nim opiekowałaś.
Veronique zarumieniła się lekko i spuściła głowę.
– Ojcze, proszę cię. Onieśmielasz mnie.
– Nie bądź taka skromna, moje dziecko – powiedział Armand, wstając od biurka.
Do rąk wziął wcześniej zapisywaną księgę i podszedł do ogromnej biblioteczki, by odłożyć tomiszcze na miejsce.
– Veronique, pewnie się nie domyślasz, czemu cię tu wezwałem. – Armand wrócił z powrotem do biurka i z głośnym westchnieniem usiadł. – Alexander już pół roku należy do naszej rodziny. Taki też okres czasu razem mieszkacie w jednych komnatach. Jeśli dobrze liczę, ty i on, już od wielu lat pałacie do siebie sympatią, czyż nie?
– Tak, do czego zmierzasz? – Wampirzyca zacisnęła dłonie w pięści zdenerwowana, gniotąc przy tym materiał sukni.
– Nie sądzisz, że to już najwyższy czas, by wasz związek zrobił się formalny?
– Małżeństwo?! – Veronique wstała przejęta z krzesła – Ojcze, chyba nie mówisz poważnie. To jest za szybko, jestem jeszcze młoda, Alexander tak samo. On chyba też ma w tej kwestii coś do powiedzenia  – powiedziała dziewczyna, szybko oddychając, patrząc znacząco wzrokiem na rodzica.
– Nie jesteś go pewna?
– To nie tak, po prostu mnie zaskoczyłeś – powiedziała już spokojniej, podchodząc do biurka.
– A co, jeśli poczniesz dziecko?
– Ojcze! – Veronique zgromiła Armanda spojrzeniem, rumieniąc się na całej twarzy.
– Chciałbym doczekać się wnuków.
– Mówisz tak, jakbyś już się wybierał na tamten świat. Bądź rozsądny – żachnęła się. – W ogóle, skąd ten pośpiech? Wcześniej nie zaprzątałeś sobie głowy moim związkiem z Alexandrem. Jest nam dobrze tak, jak jest. Gdy sam zechce, osobiście poprosi mnie o rękę. Nie ponaglaj tego.
– Veronique, po prostu chcę, byś była szczęśliwa i bezpieczna.
– I jestem – powiedziała uspokajająco, opierając dłonie o blat biurka. – Alexander dba o mnie.
Spojrzała głęboko w oczy ojca. Ujrzała w nich ten sam strach, co ponad sześć miesięcy temu, gdy to razem udali się na konną przejażdżkę po włościach.
– Czego się boisz?
– Mam swoje sprawy, które muszę uporządkować. To wszystko.
– Więc czemu ona nie wyjeżdża? – spytała Veronique, wiedząc, że ojciec się domyśli, o kogo jej chodziło.
– Lilith robi zawsze to, na co ma ochotę – odrzekł poważnym tonem nieznoszącym sprzeciwu. Spojrzał uważnie na córkę. – Uważaj na siebie, dobrze? I na Alexandra też. Zastanów się nad tym, o czym rozmawialiśmy. To ważne.
Veronique wyprostowała się i buńczucznie złapała pod boki, wzdychając z niezadowolenia.
– Zawsze wszystko przede mną ukrywasz. Jednak tylko według ciebie tak jest najlepiej. Uwierz mi, ojcze. Każdy wolałby usłyszeć najgorszą prawdę niżeli najpiękniejsze kłamstwo. – Z tymi słowami dziewczyna opuściła gabinet Armanda, głośno przy tym szeleszcząc materiałem obszernej sukni.
Trzasnęła za sobą drzwiami, zdenerwowana rozmową.
Wpierw Lilith daje jej tajemniczą radę, później ojciec ponagla do zamążpójścia. Nie miała pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. Nie wiedząc też, co ze sobą począć, postanowiła dać ujście emocjom podczas spaceru.
Był piękny wiosenny dzień. Słońce świeciło wysoko na niebie, przyjemnie grzejąc skórę. W powietrzu unosiły się mieszane zapachy. Dało się wyczuć świeże pieczywo, jak również słomę ze stajni oraz kwiaty z pobliskich łąk. Wiatr niósł ze sobą drobiny kurzu oraz nasion niektórych roślin.
Dziewczyna, niczym się nie przejmując, skierowała kroki do stajni z nadzieją, że Alexander wrócił z wizyty u siostry.
Tak jak myślała, był już z powrotem.
Niczym kot bezszelestnie wkradła się do środka. Wrota, które zostawił otwarte na oścież przymknęła tak, że do pomieszczenia dostawała się tylko nikła łuna słonecznego światła. Złotowłosy młodzieniec, zauważając, że w pomieszczeniu się ściemniło, zerknął ku wejściu. Jego twarz, która była już twarzą mężczyzny niżeli chłopca, rozpromieniła się w uśmiechu, widząc Veronique przy drzwiach.
– Tak myślałam, że już wróciłeś – powiedziała wampirzyca do Alexandra, podchodząc do konia, Tajfuna.
Czarny rumak stuknął kopytem o bruk, widząc swą panią. Złakniony pieszczot wychylił łeb z boksu wprost w dłonie wampirzycy.
– Nie zastałem siostry w domu – powiedział spokojnym głosem Alexander, zerkając znad grzbietu kasztanowego konia, którego właśnie rozsiodływał.
Młodzieniec był luźno ubrany. Nie wyglądał jak ktoś, kto przynależał do szlacheckiego rodu. Niedbała lniana koszula, skórzane spodnie, to wszystko składało się w całość, jaką był Alexander.
– Może wyszła do miasta – odparła nieśmiertelna, głaszcząc bujną grzywę swego rumaka.
– Pięknie wyglądasz – powiedział, zmieniając temat.
Dziewczyna spojrzała na suknię, do której przylgnęły już kawałki słomy.
– Normalnie, jak co dzień. Rozmawiałam z ojcem –  powiedziała, wzdychając. – I z Lilith – dodała po chwili.
Chłopak podniósł wzrok na wampirzycę i pośpiesznie wprowadził konia do boksu.
– Czego od ciebie chciała? – spytał groźnie, a oczy przez chwilę zajarzyły się zwierzęcym blaskiem.
– Uspokój się – zganiła go Veronique. – Dała mi radę, bym z powrotem cię od siebie uzależniła.
Nowonarodzony podszedł do dziewczyny, biorąc z wiklinowego kosza soczyste czerwone jabłko. Wyciągnął rękę z owocem pod pysk karego konia. Ten z mlaskaniem pożarł owoc i schował łeb do boksu.
Alexander odgarnął kosmyk czarnych włosów z twarzy wampirzycy.
– A ty co o tym sadzisz? – spytał z zawadiackim uśmieszkiem, unosząc tylko kącik ust. – Powinnaś mnie trzymać na smyczy?
– Nie jesteś moim psem, a co dopiero zabawką – odparła Pierworodna, spoglądając w bursztynowe oczy.
Chłopak tylko się zaśmiał, kręcąc głową.
– Uważaj na Lilith, wydaje się być podejrzana. Sama pamiętasz, jak często nas obserwowała, była jak nasz cień.
– Wiem – odparła wampirzyca, opierając się o wejście do boksu.
– A czego chciał ojciec? – Mimowolnie na to pytanie Veronique zaniosła się śmiechem.
– Nie uwierzysz, ale chyba chciał nas zmusić do ślubu – powiedziała z uśmiechem na ustach.
– A chciałabyś? – spytał wampir, podchodząc coraz bliżej ukochanej, zmniejszając przestrzeń, która ich od siebie dzieliła.
– Tylko jeśli ty tego zechcesz. Choć twierdzę, że to o parę lat za wcześnie. – Dziedziczka Porte de Demons przymknęła oczy, czując delikatny pocałunek na czole.
– Masz ochotę na przechadzkę? Szkoda zmarnować tak piękny dzień. – Alexander złapał wampirzycę za rękę.
Ta tylko kiwnęła głową i oboje wyszli z ciemnej stajni.

Wieczorem, gdy ciepło dnia zastąpiła chłodna noc, dwójka wampirów z rodu Vigee-Lebrun leżała na wzgórzu za murami zamku, nieopodal wsi. Była to mała polana, na której rosła bujna i soczysta, miękka trawa. Piękne miejsce, z  którego dało się zobaczyć i podziwiać majestatyczne Wrota Demonów, jak i gwiazdy na bezchmurnym niebie.
Veronique nigdy się nie przejmowała tym, że mogłaby pobrudzić kreację ziemią czy trawą. Mimo że urodziła się szlachcianką, nie obchodziło jej to. Dla niej zawsze liczyła się tylko beztroska chwila, w której mogła powiedzieć, że czuła, że żyje, że była szczęśliwa. Właśnie do takich chwil należał ten wieczór, gdy wtulona w pierś ukochanego beztrosko patrzyła w niebo, snując plany na przyszłość.
– Widziałaś kiedyś przerażenie w księżycu, Veronique?
Do uszu dziedziczki doszedł glos Alexandra, który już od pewnego czasu nie odrywał wzroku od tarczy, malującej się białym sierpem na wiosennym niebie.
Dziewczyna podążyła wzrokiem za ukochanym. Dla niej księżyc wydawał się normalny, taki jak zawsze. Lśniący, oddalony od nich.
– Ja widzę za każdym razem, gdy mrok zatacza krąg nad tym miejscem – powiedział Nowonarodzony, nie czekając na odpowiedź.
Księżyc co chwilę przysłaniały zbłąkane chmury. Wyglądał, jakby pochłaniał go bezkres nieba
– Więc dlaczego tonie na niebie sparaliżowany strachem? – spytała dziewczyna, gładząc twardą pierś wampira.
Alexander obrócił twarz, zwracając wzrok na blade oblicze młodej kobiety, którą trzymał w ramionach. Złożył szybki pocałunek na czubku delikatnego nosa Pierworodnej, po czym usiadł na trawie, patrząc przed siebie na okoliczne wsi spojrzeniem niewyrażającym żadnych uczuć.
– Bo patrzy na to, co się dzieje z ludźmi w nocy – zaczął mówić. – Widzi ich strach zamknięty w pustych oczach wpatrzonych w ciemność. Trudno jest im walczyć, gdy mrok spowija im ślepia. Trudno jest walczyć, gdy późną porą zostajesz sam, bez szansy na to, że ujrzysz choć promień nikłego światła.
W słowach wampira nie było słychać żadnych emocji.
Veronique nie potrafiła wyczuć, jakie uczucia targały w tym momencie jej ukochanym. Zupełnie tak, jakby on sam zablokował jej dostęp do siebie. Dziewczyna usiadła na trawie, patrząc na twarz młodzieńca. W jego jarzących się oczach ujrzała dziwny mrok.
– To nas się boją – odpowiedział na otaczającą ich ciszę. – To my jesteśmy mrokiem, przed którym starają się uciec. Veronique. – Spojrzał głęboko w błękitne oczy. – Nie czujesz ich strachu? Całe to miejsce jest nim przesiąknięte. Wystarczy się skupić.
W tamtej chwili wampirzyca patrzyła na niego jak na obcego człowieka. Nie wiedziała, co miała myśleć o słowach, które właśnie usłyszała. Tamtego wieczora nie pojmowała ich sensu.
Jak to w życiu bywało, nie minął długi okres czasu, by poznała odpowiedzi.

6 komentarzy:

  1. Bardzo podoba mi się początek, kiedy to Veronique rozmyśla nad miłością. Pięknie ci to wyszło. Uwaga Lilith - zaskakująca i zarazem taka tajemnicza, zostawiająca pytania w mym umyśle. Borze, o co chodzi z tym, że już go nie potrafi zlokalizować? Jak to możliwe? A rozmowa z ojcem mnie pozbawiła. Poza tym raczej nie namawiał jej do ożenku, tylko za za mąż pójścia xD Mężczyżni się żenią, kobiety wychodzą za mąż. Dość częsty błąd :)
    *Wyglądał jakby tonął w ocenianie nieba*? Czegoś tu nie rozumiem ;/

    Borze, borze, borze. Musiałaś skończyć w takim momencie. Świetnie to zrobiłaś żeby pomścić ciekawość czytelnika. Już się nie mogę doczekać następnego rozdziału. Wiesz co? Możesz mi przysyłać teksty do bety, ale tylko z jednego bloga, bo więcej to byk się pewnie nie wyrobiła. Znasz mojego maila ;D I przy okazji będę pierwsza osobą, która to przeczyta ^.^

    OdpowiedzUsuń
  2. Lilith i te jej zagadkowe rady, które pozostawiają wiele do myślenia. Będę się nią zachwycać, bo to moja ulubiona postać i liczę na to, że zostanie z nimi jeszcze przez jakiś czas. A Armand to już chyba bardzo się niecierpliwi, choć myślę, że chodzi tu o coś znacznie bardziej poważnego. Alexandet umyka z rąk Veronique? Jeszcze tego nie zauważyłam, ale być może w najbliższym czasie się tego przekonam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    czyżby to, że Aleksander wszytko tak szybko opanował miało znaczenie? I coś złego się dzieje, no i ta matczyna rada Lilith
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerze to nie mam pojęcia co myśleć o Aleksandrze... A ten ostatni komentarz z jakiegoś powodu zmrozil mi krew... No nic, wracam czytać :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmm, zastanawia mnie, dlaczego Aleksander był trzymany w lochach? Przecież ma zostać dziedzicem zamku. Nie powinien przemieniać się w komnatach, nawet jeżeli miał stanowić zagrożenie? EDIT. Nie stanowił żadnego przez pół roku, więc tym bardziej nie wiem, czemu lochy.
    Mam też obiekcje co do mieszkania zakochanych w jednym pokoju. Tzn. osobiście jestem za takim rozwiązaniem, ale biorąc pod uwagę fakt, że to nowy wampir i do tego Ver nie jest jego żoną, wydaje mi się, że to lekkie przegięcie. Mieszkanie ze sobą bez ślubu to wytwór naszych czasów :D EDIT. Szczególnie, że Ver ma tylko 20 lat.
    Chciałabym też, żeby po przemianie Alex był okropny, jak to powinno mieć chyba miejsce, ale się nie czepiam, bo to Twoje opowiadanie.
    „– Akurat ty nie masz najmniejszego prawa o to pytać. Przez ciebie omal go nie zabiłam – wysyczała złowrogo Pierworodna. Zaczęła w niej narastać złość.” –nono, znowu proszenie się o guza. Przez takie hasła, jak dla mnie, Pradawna wcale nie jest taka straszna. Można jej mówić, co się żywnie podoba, a ona i tak nie reaguje.
    „Zdenerwowana i wytrącona z równowagi patrzyła, jak Lilith niczym mała, niesforna dziewczynka w podskokach schodziła po schodach.” – serio? Prawdawna powinna poruszać się jak kobieta biznesu, sukcesu i taka, w której każdy krok pokazuje jej władzę i autorytet.
    „Opanował wszystko w tak zaskakująco krótkim czasie. To wyłącznie twoja zasługa. Dobrze się nim opiekowałaś.” – czemu Ver się nim opiekowała? Przecież to jest bardzo ważna osoba dla rodu, przynajmniej teraz. Moim zdaniem, zakochani powinni się widywać bardzo rzadko, a Armand powinien go wszystkiego uczyć.
    „– Veronique, po prostu chcę, byś była szczęśliwa i bezpieczna.” – hihi, trochę bzdura. Armand chce, żeby ród trwał, a nie!
    „Dziewczyna, niczym się nie przejmując, skierowała kroki do stajni z nadzieją, że Alexander wrócił z wizyty u siostry. Tak jak myślała, był już z powrotem.” Oczywiście. Dziwny zbieg okoliczności. xD
    Czy konie nie powinny bać się wampirów? W końcu to drapieżnicy, którzy pewnie nierzadko piją z koni, jeżeli trzeba. A konie drapieżników, zdaje mi się, wyczuwają.

    Początek opowiadania prześwietny, no i kończy się tak, że człowiek ma ochotę czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń