niedziela, 28 lipca 2013

ROZDZIAŁ 7. Krwawe tajemnice.

   Jest chęć spróbowania krwi
I to jest coś głęboko wewnątrz (...)
Nigdy nie chciałem aby Bóg
Usłyszał nasze wrzaski
I pomylił je z modlitwami.
Marilyn Manson "Born Villain"





Z początkiem lata odeszła siostra Alexandra, Makenna. Nie umarła, nie z rezygnowała z posady. Nadzwyczajnie zniknęła. Żaden z wieśniaków, służby czy z rodziny Vigee-Lebrun nie widział panny Cortez. Alexander z początku bardzo to przeżywał. Jednak z biegiem czasu, gdy nie można było odnaleźć kobiety, a poszukiwania ustały, młodzieniec uspokoił się.
Zniknięcie guwernantki Veronique okazało się początkiem kłopotów. Z pobliskich wiosek dochodziły słuchy o tajemniczych zaginięciach. Początkowo jakby pod ziemię zapadały się jedynie starsze osoby, bez względu na płeć. W miarę upływu czasu napływały wieści, że nie tylko starcy znikali w niewyjaśnionych okolicznościach.
Do Porte de Demons sporadycznie co dwa, trzy dni przylatywały kruki z wiadomościami o kolejnych ofiarach. Tych, co zatracili się w mroku nocy, nigdy nie odnajdywano. Nie było żadnych śladów i poszlak. Niczego, co mogłoby naprowadzić na jakikolwiek trop.
Pan Vigee-Lebrun pozostawał nieosiągalny. Ciągle podróżował po włościach, starając się w jakikolwiek sposób wyjaśnić te tajemnicze zaginięcia, chciał rozwiązać tę zagadkę. Cała ta przykra sytuacja drastycznie odbijała się na starym wampirze. Rysy twarzy Armanda stawały się coraz bardziej zmęczone i chłodne. Oczy traciły blask, a kruczoczarne włosy zaczynały zdobić się srebrnymi nitkami.
Diva źle znosiła podłe samopoczucie małżonka. Zjawiskowa kobieta snuła się jak cień po Porte de Demons. Zazwyczaj całe dnie spędzała w zamkowym ogrodzie, gdzie mogła z zamiłowaniem poświęcać czas kwiecistym przyjaciołom.
Ponure dni nastały nad Wrotami Demonów, złowrogie burzowe chmury kłębiły się nad Rivalem niczym fatum.
Jedyną osobą, która obserwowała spektakl zaginięć z ubocza, była Lilith, która krążyła niczym duch po ogromnych włościach. Wielu powiadało, że owa wampirzyca przyniosła ze sobą zło, niczym czarownica, która rzucała złe uroki.
Rudowłosa piękność przechadzała się opustoszałym miasteczkiem, rozglądając się wokół czujnym wzrokiem. Z jej twarzy nie schodził cyniczny uśmiech. Porywisty wiatr, który zerwał się w jednej chwili, niosąc ze sobą obłoki kurzu, brutalnie potargał miedziane włosy, co w promieniach zachodzącego słońca zdawały się być żywym płomieniem. Zwiewna szata w kolorze dojrzałej wiśni, postrzępiona u dołu, łopotała zaciekle. Lilith przystanęła na środku dziedzińca. Złotymi oczyma wyłapała znajomą czarnowłosą postać zmierzającą do stajni.
Dla Veronique również nie był to łatwy okres. Od zaginięcia Makenny Alexander nie był sobą. Często znikał na wiele godzin, tłumacząc się tym, że szukał siostry. Dziewczyna często, jak zasypiała, ukochanego nie było przy jej boku. Jednak, gdy w nocy się przebudzała, ten spał wtulony w jej blade piersi. Bywało też i odwrotnie. Oboje zasypiali w jednym łożu, by rano Veronique budziła się obok pustej poduszki.
Miała wrażenie, że się od siebie oddalali. Miała wrażenie, jakby cały Rival wariował przez te zaginięcia. Wielu wampirów snuło teorie i przypuszczenia, że to Demony Nocy powróciły na swe ziemie. Wróciły rzekomo z zamiarem zemsty na rodzie Vigee-Lebrun za to, co zostało im odebrane lata temu.




Veronique odziana w wygodne skórzane spodnie, których zazwyczaj używała do konnej jazdy, oraz białą koszulę z brązowym gorsetem siedziała na piętrze nad główną stajnią. Było to jedno z wielu ulubionych miejsc wampirzycy. Strych ten znajdywał się pod samym sufitem budynku. Idealne nadawał się do podziwiania zachodów słońca, bowiem parę lat wcześniej zachodnia ściana doszczętnie spróchniała – wtedy Alexander postanowił usunąć wadliwą konstrukcję grożącą zawaleniem. W taki sposób powstał ubogi taras widokowy wyłożony sianem i słomą.
To tu nastoletnia Veronique przychodziła na nocne schadzki ze stajennym. Był to mały kawałek raju. Teraz to poddasze służyło dziedziczce Porte de Demons jako miejsce, do którego mogła uciec przed gwarem i problemami. To tu mogła pobyć w samotności, wiedząc, że jedyna osoba, co była w stanie ją odszukać, to Alexander.
Błękitnooka wampirzyca położyła się na sianie, patrząc w sufit. Przez szczeliny pomiędzy drewnianymi deskami dachu wpadały snopy światła, tworząc świetliste wstęgi, w których połyskiwał kurz. Dziewczyna wyciągnęła rękę przed siebie tak, jakby chciała uchwycić światło. Gdy jak zwykle jej się nie udało, ułożyła dłoń na brzuchu z westchnieniem niezadowolenia. Wampirzyca była tak zatracona w swoich myślach, że nie zauważyła, jak od dłuższego czasu z cienia poddasza obserwowały ją złote oczy.
– Jak zawsze nieuchwytne – usłyszała Veronique.
Wystraszona zerwała się do siadu i spojrzała w miejsce, skąd dochodził głos.
Stała tam Lilith. Jak zwykle zniewalająco piękną. Veronique spojrzała na jej stopy, po czym pokręciła z niedowierzania głową. Lilith jak zwykle była boso.
– Nawet w obskurnej szopie nie dasz mi spokoju? – spytała z wyrzutem w głosie.
Jednak mimo to przesunęła się delikatnie, robiąc tym samym miejsce nieproszonemu gościowi. Lilith, korzystając z niemego zaproszenia, usiadła obok czarnowłosej dziewczyny.
– Znowu mnie śledzisz? – spytała Veronique bez ogródek, nie patrząc na Pradawną.
Jedynie od niechcenia łamała w dłoniach słomę. Lilith oparła ręce za plecami i, wyginając się w tył, wyprężyła ciało ku ciepłym promieniom zachodzącego słońca.
– Zauważyłam cię z dziedzińca, jak szłaś w kierunku stajni.
– I ja mam w to uwierzyć? – Veronique spojrzała zadziornie na antyczną kobietę.
Zdziwiła się, że tak młodo wyglądała. Z twarzy wydawała się być niewiele starsza od Veronique, a chodziła po ziemi od zarania dziejów. W porównaniu z Lilith nawet Diva tak dobrze się nie prezentowała, mimo że miała zaledwie czterysta lat.
– Pewnie zastanawiasz się, jakim cudem tak młodo wyglądam – powiedziała tajemniczo Lilith, patrząc na dziedziczkę Porte de Demons. – To, jak my, wampiry, wyglądamy, zależy w dużej mierze od tego, jak się czujemy i czy jesteśmy szczęśliwi.
– Potrafisz mi czytać w myślach? – zdziwiła się młodsza wampirzyca.
Jeszcze nie spotkała się nigdy z przypadkiem, żeby wampir mógł tak swobodnie spenetrować umysł innego nieśmiertelnego.
– Potrafię wiele sztuczek. W końcu jestem najstarszym wampirem – dodała z tajemniczym wyrazem twarzy.
– Owszem, ale to i tak nie wyjaśnia, jakim cudem, z taką łatwością, usłyszałaś moje myśli.
– Ty też to potrafisz – odpowiedziała spokojnie Lilith, patrząc w pomarańczową tarczę słońca.
– Tak, ale tylko, gdy mam do czynienia z ludźmi.
Rudowłosa postać przyglądała się kątem oka młodej kobiecie. Na jej twarzy malował się uśmiech. Inny niż ten, który do tej pory gościł na jej ustach. Nie wyrażał cynizmu i niechęci. Był ciepły, pełen serdeczności.
Veronique spojrzała uważnie na Pradawną.
– Lilith, powiedz, czego ty ode mnie chcesz? Pojawiasz się znikąd na Elizjum i rozkazujesz mi przemienić Alexandra w jednego z nas. Obserwujesz mnie i śledzisz. Dajesz tajemnicze rady i wskazówki. Możesz to jakoś racjonalnie wytłumaczyć? Bo ja nie widzę w tym żadnego sensu.
– Chcę cię chronić. Czuję, że wydarzy się coś złego, a ja nie chcę, by stała ci się jakakolwiek krzywda.
– Co niby może się stać?
– Tego jeszcze nie wiem, ale zaufaj mi.
– Zaufać? Tobie? – Pierworodna prychnęła pod nosem. – Z całym szacunkiem, ale jak można ufać osobie, która, odkąd tylko się pojawiła, sieje zamęt i chaos?
– Wiem, że masz mi za złe przeistoczenie Alexandra, ale uwierz mi, to musiałaś być ty. Twoja krew jest dużo potężniejsza niżeli twojego ojca. Jesteś silniejsza od Armanda o stokroć. Jesteś czystej krwi, tak czystej, że bardziej już chyba nie można. Bliżej ci do mnie, co chodzi o siłę. – Lilith spojrzała w błękitne oczy dziewczyny. – Uwierz mi. Gdyby to twój ojciec podarował temu chłopakowi swoją krew, Alexander nie przeżyłby. Zwalczyłby wampirzy gen jak toksynę jakiegoś nędznego pająka.
Veronique objęła kolana rękoma, głęboko się zastanawiając nad sensem słów Pradawnej. Wszystko, co do tej pory usłyszała, zaczęło jej się mieszać w głowie. Czuła się jak dziecko, które dostało niekompletną układankę, której ułożenie było niemożliwe z powodu  braku wielu elementów.
– Załóżmy, czysto hipotetycznie, że ci wierzę – odezwała się. – Czemu jestem potężniejsza od własnych rodziców?
– Bo twój ojciec zrobił coś, z czego nie jest do końca dumny. Jednak ten występek uchronił jego wybrankę przed cierpieniem.
– Tak, na pewno wiele mi to pomogło – powiedziała młoda wampirzyca, wstając z miejsca i podchodząc do krawędzi tarasu. Zerknęła za siebie, patrząc w złote oczy Matki Demonów. – Nie potrafisz wprost odpowiedzieć na jedno pytanie. I jak można ci ufać, Lilith, powiedz mi, jak?
Rudowłosa wampirzyca spuściła wzrok, po czym powiedziała:
– Lepiej znajdź Alexandra, nim pogrąży siebie i całą twoją rodzinę. – Po tych słowach Veronique zeskoczyła w dół, wprost na twardą ziemię.
Nie obracała się za siebie, gdy szła powolnym krokiem do zamku. Czuła, że była obserwowana.
Lilith stała oparta o jedną z belek podtrzymujących strop. Smutnym spojrzeniem odprowadzała intrygującą ją dziewczynę.


Alexander stał w łaźni nad miednicą z ciepłą wodą. Nad wanną unosiła się para, która osiadała na co i rusz wycieranym przez wampira lustrze. Spojrzał na swoje odbicie.
Wyglądał potwornie. W bursztynowych oczach czaiły się głód i szaleństwo. Z kącików ust starł wierzchem dłoni zaschniętą krew. Czuł się okropnie. Czuł się okropnie od tamtego felernego dnia, gdy postanowił odwiedzić siostrę.
Los z niego zadrwił.
Znalazł się w złym miejscu w złym czasie. Skąd mógł wiedzieć, że gdy wejdzie do swego starego domu, jego siostra zatnie się nożem podczas szatkowania sałaty. Wystarczyło małe nacięcie, by spod skóry wyłoniła się czerwona kropla. Ta kropla była tym impulsem, co obudził w nim bestię, która czaiła się wewnątrz każdego wampira. Nie potrafił się powstrzymać, nie potrafił przestać. Na nic były żałosne krzyki Makenny wołającej o pomoc, gdy ostre jak igły kły wbiły jej się w tętnicę.
– Tu jesteś. – Drzwi do łaźni otworzyły się z impetem.
O drzwi opierała się czarnowłosa dziewczyna, z uśmiechem patrzyła na młodzieńca stojącego do niej plecami. Alexander ukradkiem zmył resztki krwi z dłoni. Veronique niczego nie zauważyła. Olejki do kąpieli skutecznie maskowały zapach posoki. Nikt niczego nie wiedział, ale to tylko kwestia czasu.
Dzisiaj znów zabił. I zrobi to po raz kolejny.
 – Szukałam cię. – Veronique weszła do łaźni, zamykając za sobą drzwi na zasuwkę.
Rozejrzała się po pomieszczeniu, gdy zobaczyła napełnioną wannę, uśmiechnęła się jeszcze szerzej z figlarnym błyskiem w oku.
– Przyszłaś w samą porę na kąpiel – powiedział wampir, ściągając z siebie białą koszulę.
Niedbale wrzucił materiał do misy z wodą. Obrócił się powoli twarzą do ukochanej.
– Nie kłam. Pewnie sam chciałeś oddać się błogiej chwili relaksu – odpowiedziała, podchodząc do Alexandra.
Ten wyciągnął przed siebie dłoń, chwytając dziewczynę za ramię i z brutalną siłą przyciągnął do siebie. Szybkim ruchem rozerwał skórzany gorset, co spotkało się z niezadowolonym pomrukiem ze strony młodej kobiety. Jednak nie miała jak wyrazić sprzeciwu na akt wandalizmu, bo usta były zbyt pochłonięte oddawaniem gorliwych pocałunków.
Dla Alexandra seks, namiętność, przyjemność były odskocznią od niecnych czynów, jakich się dopuszczał. W objęciach Veronique nie miał przed oczami pustych spojrzeń swoich ofiar. Mógł się zatracić w ramionach tej jedynej, którą kochał całym sobą. Kochał do bólu. Wtedy jedyne, czego pragnął, to całować każdy milimetr ukochanego ciała. Chciał pieścić bladą skórę. Chciał gładzić krągłe piersi. Chciał się zatracić i zapomnieć.





Veronique nie potrafiła zasnąć. Wierciła się z boku na bok. Jednocześnie było jej za gorąco i za zimno, co i rusz okrywała nagie cało ciepłą pierzyną, by zaraz znów się odkryć.  Przez uchylone okno wpadało rześkie nocne powietrze.
Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała w ciemność. Dostrzegła, że z dziennego pokoju widać pomarańczowe światło świec. Zaniepokojona wstała i zarzuciła na siebie jedwabny szlafrok w kolorze turkusa. Cicho, prawie na palcach, przeszła przez sypialnię. Przystanęła przy ścianie i zerknęła do saloniku.
Na podłodze, jak zawsze, otwartą paszczą straszył tygrys. Przy biurku, w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się stół, siedział on. Alexander pochylał się nad otwartą książką. Kosmyki złotych włosów, co oswobodziły się ze wstążki, którą spinał je z tyłu głowy, opadały mu na twarz. Co i rusz zakładał je dłonią za ucho. Był tak pochłonięty czytaniem, że nawet nie zauważył Veronique, jak zaczęła się do niego zbliżać.
Podskoczył niczym oparzony, gdy zimne dłonie zakleszczyły się wokół jego klatki piersiowej, umiejętnie wślizgując się pod koszulę.
– Jeszcze nie śpisz? – zdziwił się, składając pocałunek na jednej z dłoni.
– Nie potrafię zasnąć.
– Ja też. – Wampir zamknął książkę i obrócił się na krześle tak, że dziewczyna mogła mu usiąść na kolanach. – Gdy zamykam oczy, mam koszmary – powiedział spokojnie. – Śnią mi się martwi ludzie.
– Czemu są martwi? – spytała Veronique, zmęczonym głosem.
– Bo to ja ich zabiłem – powiedział smutno.
Oparł czoło o kościsty mostek wampirzycy. Przez chwilę wsłuchiwał się w miarowe uderzenia jej serca. Zrozumiał wtedy, że przestrzeń, która dzieliła dwie osoby, powinna być na tyle duża, by uczucie, które je łączyło, nie zostało stłamszone. Jednak ta przestrzeń powinna być też na tyle mała, by z łatwością dało się wyciągnąć dłoń, prosząc o pomoc. Gorzej, jeżeli się bało o nią poprosić.
– Za co byś mnie znienawidziła? – spytał Alexander, nie przestając się tulić do ukochanej.
Veronique uśmiechnęła się smutno i delikatnie pogładziła dłonią złociste włosy.
– Nie potrafiłabym cię znienawidzić – odpowiedziała szczerze.
– Miłość i nienawiść są do siebie bardzo podobne.
– Tyle że miłość daje szczęście, a nienawiść ból i cierpienie. Jesteś zmęczony. Idź się położyć i spróbuj zasnąć.
– Nie potrafię. Nie chcę.
– Ostatnio się dziwnie zachowujesz – powiedziała spokojnie. – Martwię się o ciebie. O nas. Czuję, że nosisz w sobie potworny ciężar. Wiesz, że nie jesteś sam. Masz mnie. Jeśli jest jakiś problem, z którym się zmagasz, to razem przez niego przebrniemy. Pozwól sobie pomoc.
– Mnie nie można pomoc, Veronique. Nie można kogoś wyleczyć z tego, kim jest.
Pierworodna wstała z kolan kochanka i spojrzała na niego z góry z przerażeniem w oczach. Już wiedziała. Domyślała się, jednak w głębi serca chciała dalej wierzyć w to, że to nie była prawda.
– Alexandrze, ja wiem – powiedziała, patrząc na niego smutnym spojrzeniem. Bursztynowe oczy rozszerzyły się w wyrazie zdumienia.
– Wiem, że te wszystkie osoby, co zaginęły, nie żyją, bo to ty je zabiłeś. Masz rację, nie da się kogoś wyleczyć z samego siebie, ale można zacząć nad sobą panować. O ile się tego chce.




Przez parę kolejnych tygodni w Rivalu zrobiło się spokojniej.
Alexander na krok nie opuszczał Veronique, a ona sama pilnowała, by ten za bardzo się od niej nie oddalał. Nie chciała go tracić z oczu. Młodzieniec się jej do wszystkiego przyznał. Powiedział o tych zamordowanych ludziach. Jednak najgorzej znosił zabójstwo siostry. Nie potrafił sobie tego wybaczyć. Było to dla niego traumatyczne przeżycie.
Nowonarodzony zaczął sobie szukać różnych zajęć. Pomagał na dworze jak tylko mógł, robił wszystko, by odwrócić myśli od krwi. Zaczął powracać ten stary, radosny i wiecznie uśmiechnięty Alexander. Młodzieniec był zadowolony, a Veronique w końcu spała spokojnie. Na pewien czas zapanował spokój. Do zamku przestały napływać wieści o zaginięciach.
Veronique nie patrzyła na Alexandra jak na potwora. Patrzyła na niego przez pryzmat miłości. To uczucie właśnie tak działało. Chce się bronić ukochaną osobę za wszelką cenę. Chce się żyć w świecie iluzji, w którym nikt nie jest w stanie zaszkodzić wspólnej egzystencji; że wszystko dobrze się skończy. Często się zapomina, że to jednak nie była bajka, tylko prawdziwe życie, w którym rzadko zdarzały się szczęśliwe zakończenia.




Pewnego dnia, gdy słońce od rana kryło się za chmurami, a z nieba co i rusz siąpił deszcz, Veronique zbudził strach oraz przerażenie, które nie należały do niej. Już nie pamiętała, jak intensywne mogło być połączenie pomiędzy stwórcą a potomkiem.
Dziewczyna zerwała się z łóżka. Zaczął ją zalewać zimny pot. Czuła, że stało się coś złego. Alexander nie wzywałby jej do siebie bez powodu. Obawiała się najgorszego. Gdy się ubrała, w pośpiechu opuściła komnatę i zaczęła pędzić przez korytarze. Była na parterze, w biegu minęła wysokie do sufitu kolumny.
Nagle to poczuła. Wciągnęła powietrze w nozdrza. Uderzył ją metaliczny zapach krwi, tak intensywny, że sama przez chwilę zatraciła się w uczuciu głodu. Po chwili jednak się opamiętała i spojrzała w bok, gdzie było najciemniej; za największym filarem dostrzegała zarys męskiej sylwetki.
– Alexandrze, to ty? – spytała w stronę mroku.
Wiedziała, że to on. Nie było mowy o pomyłce. Podeszła bliżej.
– To nie jest zabawne. Czułam twoje przerażenie, co się stało?
Po chwili wyszedł zza wspornika. Przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Usta, szyja, cały uwalany był w krwi. Już kiedyś widziała ten wyraz twarzy. To puste spojrzenie. Tak samo wyglądała ona, gdy po przeistoczeniu Alexandra spojrzała w lustro.
– Coś ty najlepszego zrobił? – spytała przerażona i drżącą dłonią dotknęła jego podbródka, i obróciła jego twarz tak, by mógł jej spojrzeć w oczy.
Spod jego powiek leciały łzy.
– Veronique…  ja nie mogłem… byłem konno i ta kobieta...  sierp wbił się jej w dłoń…
– Alexandrze – wyszeptała dziewczyna.
Była przerażona chyba nawet bardziej od niego. Nie namyślając się, pociągnęła go za sobą do ich komnaty.
On przez ten czas nie odezwał się słowem. Pozwalał dziewczynie na wszystko. Nawet się nie sprzeciwiał, gdy delikatnie obmywała mu twarz z krwi. Jedynie, co robił, to uważnie obserwował każdy ruch Veronique.
Gdy Pierworodna miała podnosić miskę z zabrudzoną wodą, poczuła, jak wokół jej nadgarstka zaciska się jego dłoń, po czym mocno przyciągnął wampirzycę do siebie. Wolną ręką przesunął po wystających obojczykach, a policzkiem otarł się o smukłą szyję.
Veronique spojrzała na niego. Zwolnił uścisk na nadgarstku i przesunął dłoń na jej pierś.
– Czujesz to? – spytał
– Alex… – Nie pozwolił jej skończyć.
Uciszył ją pocałunkiem i przycisnął jej dłoń do swego torsu.
– A to czujesz? – wyszeptał dziewczynie w usta.
– Twoje serce – powiedziała cicho.
– Ono bije tylko dla ciebie. Zależy mi na tobie. Tak bardzo mi na tobie zależy, Veronique. Kochaj mnie – wyszeptał błagalnym głosem, w którym była zawarta cała miłość i pożądanie.
– Kocham – odpowiedziała, całując go w usta.
Po chwili stała już naga, a u jej stop leżała suknia, którą tak pośpiesznie zakładała. 
Resztę dnia spędzili razem. Nie opuścili komnaty nawet na chwilę. Następnego dnia rano, gdy Veronique zbudził deszcz dudniący o szyby, poczuła ulgę.
Alexander spał obok niej.
Zaspana obróciła się na bok i wtuliła w nagi tors mężczyzny, na powrót zatracając się we sennych marzeniach

9 komentarzy:

  1. Hoł. Szybko ten rozdział się toczył, choć było stosunkowo mało akcji. Wiedziałam, że to Alexander zabił Makkenę. Po prostu wiedziałam. A jak już doszłam do takiegoż wniosku, nietrudno było zgadnąć, kto stoi za zniknięciami w wiosce. Kiedy Veronique obudziła się przerażona, myślałam, że jest pożar i jej rozdzice zginęli, albo Alexander ich zabił. To co zrobił trochę mnie zawiodło, ale cóż. Nie mogę narzekać, bo historia jest świetna. ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam wszystko i zbytnio się nie rozpisując stwierdzam, że jest bosko. Pojawiają się błędy, ale to normalne. Świetny pomysł opisany w świetny sposób.
    Czekam na kolejne rozdziały
    Joyce

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okey... Nie ma już północy, tylko któraś tam nad ranem to napiszę to, czego nie miałam już siły zapisać wieczorem.
      Lubię postać Veronique, choć w ostatnich rozdziałach wydaje mi się ona dość naiwna. Ja, wiedząc, że jestem odpowiedzialna za Nowonaroonego, nie spuczałabym go z oka z przez jakiś rok, czyli ten okres "próbny". Vera natomiast zbytnio skierowała się emocjami, a za mało rozumem.
      Alexander podobał mi się przed przemianą - zadziorny młodzieniec po uszy zakochany w zakazanej mu wampirzycy. Teraz stał się może mężczyzną, wampirem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale stracił i to dużo, na swoim uroku, którego dodawał mu wcześniejszy charakter. Oprócz tego jego chęć utopienia smutków w seksie bardzo mnie rozczarowała. Ale myślę, że z twojej strony był to zamierzony zabieg, by po przemianie stał się inny.
      Co do rodziców Very to mam mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się to, że to matka jest tą surowszą, a ojciec wyniosły, acz łagodny, natomiast z drugiej strony czytając ich wypowiedzi chciało mi się trochę śmiać - były aż zanadto sztuczne. Wiem, że chciałaś pokazać "uroki" tamtej epoki, ale nie wyszło ci to najlepiej.
      Do Lilith nie mam zastrzeżeń - zadziorna matka wampirów, niesamowicie pewna siebie. Mogłaby jeszcze zabijać, by pokazać swoją niezależność i siłę ;)
      Co do fabuły to nie mam zastrzeżeń. Choć w sumie myślałam, że na tym Elizjum zjawi się jeden z lepszych adoratorów Very i matka kazałaby Force go poślubić. Myślałam, że wtedy romans miedzy wampirzycą a Alexandrem rozwinie się. Ale twoja wersja była lepsza :)
      Mam nadzieję, że niczym cię nie uraziłam,
      Joyce

      Usuń
    2. Cenie sobie takie komentarze. Alex od A do Z jest zamierzony, a Ver jest właśnie ślepa przez swe uczucia, co do rodziców, tak przyznaje sa trudni, bardzo trudni. Od samego początku gdy stworzyłam ta historie miałam z nimi problem, niestety długo się nie nacieszymy Divą i Armandem, ubolewam nad tym bo lubię właśnie postać ojca Veronique :d

      Usuń
  3. Podziwiam autorkę za pomysł, za sposób pisania, za aurę tajemnicy, która nie towarzyszy tylko wampirom. Przykre jest to, że Alex okazał się zabójcą. .. ale jeśli taki mialaś plan.. to cóż czytam dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłam na tyle nieodpowiedzialna, że przed przeczytaniem rozdziału pierw zajrzałam do komentarzy. A po nich to już zupełnie inaczej mi się wyczuwało w tą historie.
    Alexander zmienił się, nawet bardzo i nawet zaczynam nad tym ubolewać, bo zauroczył mnie swoją wcześniejszą naturą. Verinique stara się być silna, choć nie zawsze jej to wychodzi, ale jak wiadomo każdy uczy się na błędach i to przez całe życie. Lilith znowu daje zdawkowo odpowiedzi i tajemnicze pytania, które wiszą w powietrzu, a nikt nie ma ochoty na nie odpowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    tak właśnie podejrzewałam, że to Aleksander stoi za tymi dziwnymi przypadkami zniknięć ludzi, Lilith chyba od początku wiedziała, ze tak będzie, żal mi jego siostry..
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Podsumowanie rozdziałów 5-7. Przeczytałam je na raz, więc na świeżo coś skrobnę. Może nawet wyjdzie sensownie ;)
    Lilith jest interesująca. Miałam kiedyś (ale daawno temu) okres fascynacji nią na rzecz pewnego projektu. Jako żywą osobę, wyobrażałam ją sobie jako wyniosłą, bezwzględną kobietę. Majestatyczną i budzącą szacunek, właśnie przez strach. Ty posunęłaś się o krok - a może i więcej? - dalej. Dodałaś jej skrywaną empatię. Troskę o Veronique.
    Aleksander... Cóż, współczuję mu. Niby wiedział, w co się pakuję - myślę, że nauki obejmowały przemianę, w końcu to ważna sprawa, jeśli chodzi o przetrwanie gatunku. Pogubił się, obawiał, że jego luba pozna prawdę i zacznie nim gardzić. Tu jednak miła niespodzianka - miłość znów zwyciężyła.
    Armand i Diva... z początku wydawali mi się odrobinę sztywni, ale z każdym rozdziałem zyskują trochę życia. Pokazujesz ich od tej rodzicielskiej strony, może nie jako ciepłych, ale troskliwych. Możliwe, że ciut nadopiekuńczych, co jednak łatwo wytłumaczyć ich wiekiem - ile znaczą w końcu dwadzieścia lat w porównaniu z ich wiekiem?
    Ostatnia scena... pokazujesz wampirze słabości, to, ze nie tak łatwo jest się zmienić. Alex tego chce. Myślę, że przez te zabójstwa zaczął sobą gardzić. Ma powód - niedawno sam był człowiekiem, teraz ich zabija. Te koszmary są dowodem.
    Jestem ciekawa, czy ta jego słabostka, uleganie żądzy, jeszcze się rozwinie. Jako że żywię zamiłowanie do horrorów, mam nadzieję, że sprawa się szybko nie rozwiąże.
    Pozdrawiam,
    Vivian
    Ps. Świetny szablon; prosty, w ciemnej tonacji, ani nie przesłodzony, ani zbytnio udramatyzowany.

    OdpowiedzUsuń
  7. Okej ;) lecę dalej.
    „– Chcę cię chronić. Czuję, że wydarzy się coś złego, a ja nie chcę, by stała ci się jakakolwiek krzywda.
    – Co niby może się stać?” – to jest pierwsze pytanie, które przyszło jej do głowy? Ja od razu pomyślałam, dlaczego Lilith przejmuje się akurat Verką.
    „Jesteś czystej krwi, tak czystej, że bardziej już chyba nie można.” – hmmm, skoro czysta krew, to jakby od razu wiadomo, że bardziej nie można.
    „Bliżej ci do mnie, co chodzi o siłę.” – nie powinno być „jeżeli” zamiast „co”?
    Zastanawia mnie, skąd Lilith wiedziała, że Alex nie przeżyłby, gdyby dostał krew od ojca Ver. Czytanie w myślach rozumiem, ale czy ona potrafi jeszcze przewidywać przyszłość? No i jak Ver mogła sobie pójść, ot tak? Ja bym miała milion pytań.
    Kurde, szkoda, ze tak szybko zdradziłaś, że to Alex. To znaczy, od razu podejrzewałam, że to on, nie ciężko to wykminić. Ale gdybyś pokręciła trochę w fabule, mogłabyś winę zrzucić na Lilith, a przynajmniej dać do zrozumienia, że to ona. A tutaj od razu wszystko na tacy. Zero tajemniczości!
    Hmm i tak też sobie myślę, czy skoro Ver opiekowała się Alexem i do tego jest jego kobietą, to czy nie powinna się po kilku jego nocnych ucieczkach zacząć zastanawiać, gdzie on chodzi? On ciągle znika, a Ver nic sobie z tego nie robi. Powinna go chyba pójść śledzić, tak biorąc to na logikę. Ew. skoro tłumaczył się, że szuka siostry, to uprzeć się, by iść z nim.
    „Jednocześnie było jej za gorąco i za zimno,” – kurde, nie umiem tego trochę zdzierżyć, że wampir zachowuje i odczuwa wszystko, jak człowiek. Je, choć nie powinien, ma ciepłą skórę, choć to dziwne i odczuwa zmiany temperatury. Wszystkie te czynniki są powodowane ciśnieniem, krwią w organizmie i masą zjawisk, których martwy człowiek, ale chodzący jak wampir, powinien nie odczuwać. To z biologicznego punktu widzenia jest niemożliwe po prostu.

    Generalnie mam dość mieszane uczucia, jeżeli chodzi o ten rozdział. Ver jest naiwna, jej rodzice trochę też. Lilith ma być matką wszystkich wampirów, a zachowuje się jak dziecko tj. nieadekwatnie do zajmowanej pozycji. Czytam dalej, bo wierzę, że wszystko się na pewno rozkręci.

    OdpowiedzUsuń