poniedziałek, 29 lipca 2013

ROZDZIAŁ 8. Koniec wszystkiego.

 Szara skóra, mogę malować cierpieniem
Znaczę drogę na moich ramionach twoją pogardą
Każdego dnia to samo - ja kocham, ty nienawidzisz.
Ale wydaje mi się że już mi nie zależy...
Rozwiązuję moje problemy ostrzem
Kiedy moje oczy zmieniają kolor z niebieskich na szare
Bóg, najgorsza rzecz jaka mi się dziś przydarzyła
Ale wydaje mi się że już mi nie zależy(...)
To jest koniec wszystkiego
Ty jesteś końcem wszystkiego.
SlipKnot "Everything ends" 

 


Powiedzenie „miłość jest ślepa” jest bardziej prawdziwe, niż mogłoby się wydawać. To właśnie ona okazuje się największą słabością każdej istoty na świecie. W jej imieniu można zrobić wiele głupich rzeczy, dokonać błędnych wyborów, jak również nie docenić tego, co się ma. Kochana osoba wydaje się doskonała w każdym calu, nawet gdy to nie było prawdą, my chcemy w to wierzyć, zaślepieni tym silnym uczuciem.

Był pochmurny ranek. Pogoda zdawała się być odzwierciedleniem nastrojów panujących w zamku. Czarnowłosa, dostojna kobieta o subtelnych, lecz chłodnych rysach twarzy przemierzała korytarze domostwa z podniesioną wysoko głową. Miała wiadomość dla swego męża. Kruk znowu przyniósł wieści. Diva nie wiedziała, co też napisano w liście; gdy któryś był adresowany bezpośrednio do Armanda, nie sprawdzała jego zawartości. Ceniła umiłowanie małżonka do prywatności oraz swobody.
Diva kroki skierowała bezpośrednio do biblioteki, tam Armand miał bowiem spędzić większą część dnia, przeglądając stare tomiszcza w niewiadomym jej celu. Już się zbliżała do ogromnych, wysokich, łukowatych drzwi, gdy usłyszała nieprzyjemny ton głosu męża oraz drugi, kobiecy, należący do samej Lilith.
Diva wiedziała, że ta dwójka znała się bardzo dobrze, gdyby nie fakt oczywistej wrogości do siebie, można było nawet pomyśleć, że się przyjaźnili.




– Będziesz czekać, aż całe twoje miasto i okoliczne wsie wzniosą bunt? Dobrze wiesz, że w końcu to się stanie. Zdajesz sobie sprawę z tego, co się dzieje, ale nic nie robisz ze względu na córkę. – Lilith siedziała z założoną nogą na nogę na krańcu szerokiego biurka.
W pomieszczeniu, które było dosyć wąskie, lecz długie, dało się wyczuć zapach starych książek, pergaminów i atramentu. Do sufitu pięły się cisowe półki, na których w równych rzędach poukładane zostały księgi pamiętające lepsze czasy. Niektóre grzbiety ze starości się postrzępiły, inne popękały, a wielu całkowicie brakowało. Tak, to była prawdziwa skarbnica wiedzy, wiedzy, którą niejeden człowiek chciałby posiąść.
Armand stał z założonymi na piersi rękoma.  Długie, proste, czarne włosy rozpuszczone opadały swobodnie na szerokie ramiona, a białe oczy świdrowały antyczną kobietę, która jak zwykle była boso.
– Tak, tu chodzi o Veronique. Jest w nim taka zakochana, jest szczęśliwa – westchnął Armand, chowając twarz w dłoniach.
Lilith tylko uniosła wyżej głowę.
– Wiem, że chłopak się zatracił. Jest mi jak syn, chcę go chronić.
– A czy urocza Veronique będzie szczęśliwa, gdy jej dom legnie w gruzach? Jak myślisz, kogo będzie obwiniać? – spytała cicho Pradawna. – Armandzie, znamy się stulecia.  Dobrze więc wiesz, że ja nie rzucam słów na wiatr. Złożyłeś mi obietnicę dwadzieścia lat temu. Nie zapominaj o tym. Myślisz, że dla zabawy goszczę tak długo w Rivalu? Jeśli tak, to jesteś w błędzie.
– Skąd ta determinacja, Lilith? Ona będzie tylko dla ciebie ciężarem. Dla ciebie i dla twojego jakże psychopatycznego syna.
– A propos Kaina. – Lilith zeskoczyła z biurka. – Kazał cię pozdrowić i przekazać, że jest mu niezmiernie przykro, że nie był na Elizjum, ale obiecał, że jak tylko znajdzie chwilę, to znów odwiedzi Porte de Demons. Gdy z nim rozmawiałam, wydawał się być zadowolony na wieść, że jego rodzina się powiększy. Chyba nie chcesz mieć również w nim wroga, Armandzie? Kain potrafi być bardzo, ale to bardzo stanowczy. Rodzina jest dla niego na pierwszym miejscu.
– Powiedz to Ablowi, który zginął z jego rąk –  odparł Armand, prychając. – Jesteś szalona, tak jak i twój syn.
– Kiedyś ci to nie przeszkadzało – zamruczała, podchodząc do mężczyzny, który na każdy krok wampirzycy w przód stawiał jeden w tył. – Nawet cię to pociągało. Jestem matką, Armandzie, a każda matka walczy o swoje dzieci. – Szept Lilith, pomimo że był cichy, miał moc rażenia sztyletu. Każde słowo ulatujące z ponętnych ust Pradawnej zostało przesączone jadem i determinacją. – To ja tu pociągam za sznurki i doskonale o tym wiesz. Ciekawi mnie, co zrobisz, gdy nie tylko będziesz musiał ochronić córkę, ale też i tego chłopaka. O żonie nie wspomnę i o całym dworze, który po brzegi jest wypełniony twą rodziną. Kuzyni, kuzynki, siostry, bracia. Oddaj mi to, co moje, Armandzie. – Szept był już niemal niedosłyszalny, usta wampirzycy nie drgnęły przy żadnym słowie.
To w głowie Armanda huczał złowrogi głos potężnej kobiety. Rudowłosej kobiety, która przyparła go do muru, a zimnym palcem pieściła jego obojczyki.
– To przez ciebie Alexander się zatracił? Czyli to wszystko twoja sprawka? – spytał wampir zdenerwowanym głosem.
Lilith tylko przewróciła złotymi oczyma.
– Toż to absurd. – Bosa kobieta obróciła głowę w stronę drzwi niczym drapieżnik, a jej nozdrza poruszyły się nieznacznie, czując intruza. – Divo, możesz już do nas dołączyć. Skończyliśmy konwersację.
Przez drzwi niepewnie weszła wampirzyca, która nienawistnie świdrowała spojrzeniem Pradawną. Mocnym krokiem podeszła do mężczyzny i wręczyła mu list. W tym czasie niezauważalnie, Lilith znalazła się przy futrynie. Obróciła tylko na odchodnym głowę i zaprezentowała ostre kły w uśmiechu.
– Masz czas do północy – powiedziała i wyszła.
Diva zmartwiona patrzyła na męża, który nadal miał utkwiony wzrok w miejscu, gdzie przed chwilą stała Matka Demonów.
– Czego chciała ta szalona kobieta?
– Czegoś, co należy do niej – westchnął, obejmując ramieniem żonę. – Jednak grubo się myli, jeśli jest pewna, że to dostanie. Prędzej po moim trupie.
– Nie igraj z ogniem, Armandzie. To jest Lilith. Nikt tak naprawdę nie wie, jaką posiada moc. A ci, co się przekonali, zapewne już nie żyją – upomniała surowo męża.
Diva nie znosiła, gdy ktoś w jej otoczeniu popełniał głupstwa, które miały fatalne konsekwencje. Była kobietą, która zawsze myślała, nim cokolwiek powiedziała czy zrobiła. Posiadała opinię surowej wampirzycy, surowej, ale godnej zaufania.
Armand niedbale rozerwał woskową pieczęć na kopercie i rozwinął papier. Przeleciał oczami po atramencie. Wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. Wpierw się zdenerwował, teraz był zatroskany. W białych oczach gościł strach.
– Co piszą? – spytała Diva nadal stojąca u jego boku.
– Wczoraj zaginęła kolejna osoba, tym razem za dnia. Dzisiaj odnaleziono ciało.
– Ciało? Zaginionych nigdy nie odnajdywano – powiedziała z nutką ciekawości w głosie.
Ta sprawa z „ofiarami nocy”, jak zwykli już mawiać wieśniacy, intrygowała cały dwór, nigdy jeszcze nie było bowiem takich przypadków.
– Najwidoczniej po naszych włościach pałęta się jakiś Caitiff* – skłamał Armand.
– Bezklanowiec? To niepokojące. Pójdę powiadomić służbę, by nie opuszczała zamku. Nawet droga do domostw może się okazać dla nich niebezpieczna – powiedziała Diva, łapiąc się za połacie obszernej sukni i udając się w kierunku wyjścia z biblioteki.
Stary wampir oparł się dłonią o wysoką szafkę, w drugiej zgniótł świeży list.
– Niech cię szlag, Lilith – warknął pod nosem.




Nastał późny wieczór. Z ciężkich chmur nad Rivalem zaczął padać deszcz. Z początku tylko kropiło, lecz po chwili z nieba zlatywała ściana wody. Ciemne obłoki oraz niebo co i rusz zdobiło blade światło błyskawic. Była to ponura noc.
Veronique siedziała na parapecie w swojej komnacie. Na łóżku obok drzemał Alexander. Spał spokojnie.
Nikt nie był świadomy tego, co miało nadejść.
Dziewczyna zdumiona patrzyła na ogrom żywiołu. W oka mgnieniu dziedziniec zamkowy zalała mała powódź mająca swe źródło w ulewie. Błękitne oczy, które jarzyły się nieznacznie w mroku, obserwowały spektakl natury za oknem. Hulał porywisty wiatr. Niebo przecinały jaskrawe błyskawice. Na ziemię spadały litry wody. Atmosfera panująca na zewnątrz ogarniała niepokojem mieszkańców Porte de Demons.
Nagle pomimo deszczu dziewczyna czujnymi oczyma spostrzegła, że drogą ze wsi zmierzają ludzie trzymający wysoko nad głowami przygasające pochodnie oraz podręczny oręż w postaci wideł i siekier. Wpierw zmarszczyła brwi, przyglądając się tej groteskowej sytuacji.
Z obawami zeszła z parapetu i usiadła na brzegu łóżka. Dłonią zaczęła delikatnie budzić lubego.
– Alexandrze, zbudź się. No już, przestań spać.
Chłopak zamruczał niezadowolony. Jednak ciągłe poszturchiwanie Veronique uniemożliwiało ponowne zatopienie się w objęciach Morfeusza. Chcąc czy nie, zmusił się do otwarcia powiek. Bursztynowe oczy rozejrzały się po pokoju, w którym nagle zrobiło się jasno jakby za dnia, gdy za oknem niebo przecięła ogromna błyskawica ze wtórującym jej odległym grzmotem.
– Co się dzieje? – spytał zaniepokojony, patrząc na zatroskaną twarz dziewczyny.
– Ubierz się – powiedziała, wstając z łóżka i na powrót podchodząc do okna. – Ubierz się i zbudź wszystkich we wschodniej części zamku. Ja pójdę odszukać ojca.
–  Veronique? – Wampir wstał z miejsca i zarzucił na plecy koszulę, co do tej pory leniwie zwisała z oparcia dużego łoża. Podszedł do okna, przy którym stała wampirzyca z trwogą wpatrzona w drogę za bramą. – Ludzie? O tej porze? Do tego uzbrojeni?
– Nie są zbyt pokojowo nastawieni – powiedziała beznamiętnie, odchodząc od tafli szkła.
Zrzuciła z siebie koszulę nocną wykonaną z najszlachetniejszego jedwabiu i w pośpiechu założyła spodnie, w których ćwiczyła szermierkę. Włosy, swobodnie opadające jej na plecy, związała z tyłu głowy w ciasny kok.
– Będę czekać na ciebie w głównym hallu przy Głównej Sali. Spiesz się. – Z tymi słowami opuściła komnatę, zostawiając w niej zatroskanego młodzieńca.

Wampirzyca minęła schody, nie zatrzymując się. Musiała czym prędzej dostać się do części mieszkalnej rodziców. Musiała odszukać ojca za wszelką cenę.
W ciemnym korytarzu oświetlonym pochodniami zderzyła się ze swym krewnym, Aegnorem. Mężczyzna wpierw uniósł rękę na dziedziczkę Porte de Demons, jednak w odpowiedniej chwili rozpoznał, z kim miał do czynienia. W jego oczach czaił się niepokój.
– Czy moi rodzicie są u siebie? Muszę ich zbudzić – zaczęła mówić roztrzęsionym tonem. – Wieśniacy wszczęli bunt. Zbliżają się do bram. Nie wyglądali, jakby chcieli złożyć nam przyjacielską wizytę.
– Wiem, miałem wartę na murach. Gdy to zauważyłem, od razu posłałam po twego ojca. Pan Armand jest w głównym hallu z resztą świty. Ja dostałem polecenie zbudzenia pozostałych członków rodziny. – Aegnor przyglądał się krewniaczce z wyrazem troski na twarzy. – Powinnaś założyć zbroję. – Z tymi słowami wyminął ją i popędził w drugi korytarz.
Dziewczyna, nie namyślając się, rzuciła się pędem do schodów, gdzie trafiła na Alexandra, którego wymijali pozostali członkowie rodu.
– Gdzie twój ojciec? – spytał wystraszony.
– W hallu, pospieszmy się. – Niemalże biegiem pokonali schody.
Na dole w korytarzu oraz w Sali Głównej panował tłok, każdy był poruszony nagłym wyciagnięciem z łóżek. Veronique przebijała się przez tłum łokciami, nie szczędząc również wyzwisk. Lewą rękę miała wyciągniętą do tyłu, gdzie w  dłoni ściskała palce Alexandra, nie chcąc dopuścić do tego, by się rozdzielili w tym tłumie.
– Ojcze! – zawołała Veronique, gdy dostrzegła znajomego mężczyznę, który górował nad pozostałymi.
Armand obrócił twarz w stronę córki. Był przerażony. Dziewczyna podbiegła do niego i stanęła u jego boku, rozglądając się w koło.
– Gdzie jest matka? – spytała zziajana.
– Poleciłem jej zostać w komnacie.
– Co tu się dzieje? – Dziewczyna co i rusz była trącana przed kogoś barkiem.
– Dzisiaj rano znaleźli ciało osoby, co wczoraj zaginęła – powiedział, nachylając się nad nią tak, by tylko ona mogła usłyszeć. – Nasi ludzie myślą, że to Caitiff, a dla wieśniaków jest to bez znaczenia. Wampir to wampir.
– Chcą zemsty? – wydyszała.
– Najwidoczniej. Posłuchaj mnie uważnie. Bierz Alexandra i uciekajcie. Na dziedzińcu nikogo nie ma, z łatwością dojdziecie do stajni i osiodłacie konie. Powinniście przejść niezauważeni tylną bramą. Szybko, nim główna padnie.
– Chyba oszalałeś, skoro myślisz, że zostawię swoją rodzinę, ojcze! – Dziewczyna zerknęła za siebie na twarz Alexandra i posłała mu pokrzepiający uśmiech. – Chodźmy do zbrojowni. – Ten tylko kiwnął głową i zaczął przedzierać się przez tłum. – Będziemy walczyć – powiedziała Veronique, patrząc z powrotem na ojca.
– Uważaj na siebie.

Tak jak mówił Armand, dziedziniec był opustoszały. Brama główna wyginała się co i rusz od dobijających się ludzi. We wrzaskach tłumu zdało się słyszeć: mordercy, potwory, demony .
Czarnowłosa dziewczyna z wysokim chłopakiem u boku biegli dziedzińcem w stronę zbrojowni. Potrzebowali jakiegokolwiek oręża. Nagle wampirzyca poczuła mocne i stanowcze szarpnięcie za ramię. Obróciła się i spojrzała na twarz młodzieńca. Mokre od deszczu włosy przykleiły mu się do czoła.
– Czemu się zatrzymujemy? – spytała przemoczona Veronique.
– Może twój ojciec ma rację, powinniśmy uciec.
– Słyszysz, co ty mówisz?! – Veronique zaczęła podnosić głos. – Spójrz! – Wskazała palcem na bramę, która zaczynała się poddawać. – Ty to zrobiłeś! To ty zasiałeś ziarno strachu w sercach tych ludzi! To ty jesteś bestią, po którą przyszli! Jednak dla nich to wszystko jedno, kogo zabiją, bo chcą zamordować nas wszystkich, tak jak ty zamordowałeś bliskie im osoby! I zwyczajnie chcesz uciec od rodziny, która cię przyjęła z otwartymi ramionami. Chcesz uciec od mojej rodziny?! – Veronique stała zdruzgotana.
Prócz kropli deszczu po jej twarzy spływały łzy.
Nie poznawała tego mężczyzny, stojącego teraz przed nią. To nie był ten sam Alexander, którego pokochała. Nie zostało w nim niczego z człowieka, który jednym spojrzeniem potrafił sprawić, że świat stawał się piękniejszym, bardziej przyjaznym miejscem. Kiedyś był osobą, co dawała nadzieję na to, że wieczność nie okaże się samotna. Teraz stał się tylko widmem śmierci. Synonimem bólu.
– Chcesz? Uciekaj! – łkała. – Proszę bardzo! Podwiń ogon jak tchórzliwy pies! Jeśli to zrobisz, to wiedz, że nie jesteś niczym innym jak zwykłym mordercą!
Alexander stał przed dziewczyną, ciężko oddychając. Krople lodowatego deszczu co i rusz wpełzały mu do oczu jak dzikie węże. Nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Czuł, że cokolwiek rzeknie, to i tak nie naprawi tej sytuacji. Bał się. Nie tylko o siebie. Bał się, że ta wampirzyca o włosach w kolorze nocnego nieba i oczach o barwie lazuru może przez niego zginąć. Przez to, że nie potrafił  sobie poradzić z samym sobą, że nie podjął walki ze swymi żądzami, tylko się im poddał. Miała rację, był tchórzem.
– Tęsknię za tobą, Alexandrze! – zawołała Veronique, przekrzykując kolejny grzmot.
– Przecież tu jestem! – Pierworodna pokręciła głową.
– Tęsknie za osobą, którą byłeś. Przepraszam! 
Drewno, z którego była wykonana brama, zatrzaskało przeraźliwie. Słuchać było, jak łamały się kolejne deski. Alexander podszedł do ukochanej i chwycił jej dłoń.
– Nie zdążymy – powiedział.
Ona tylko zerknęła na niego i uśmiechając się poprzez łzy, zadarła głowę w górę na niebo. Deszcz zaczął ustępować.
Wrota prowadzące do wnętrza zamku otwarły się i wyszli z nich uzbrojeni po zęby ludzie rodu Vigee-Lebrun. Veronique obejrzała się za siebie, posyłając ostatnie smutne spojrzenie w kierunku ukochanego ojca.
W tym samym czasie brama puściła i dziedziniec zalała fala oszalałych ze strachu ludzi, którzy dopiero tej nocy przekonali się, kim naprawdę byli ci, którym tak wiernie przez tyle lat służyli. Dopiero tej nocy zobaczyli, że ślepia ich panów błyszczały jak u zwierząt, że posiadali kły niczym wilki i ostre pazury jak jastrzębie.
Nawiązała się walka. Każdy walczył z każdym. Ludzie wymachiwali pochodniami, widłami, siekierami na prawo i lewo raniąc przy tym również samych siebie. Wampiry odrzuciły dumę. Przeciwko rozszalałemu tłumowi na nic się zdawała taktyka i miecze. Upuścili oręż, stawiając na swą naturę.
Krew niewinnych spływała wraz z deszczówką rynnami wprost do ścieków.  Każdy Nieśmiertelny obudził w sobie demona, który był uśpiony. Niektórzy nie pili krwi wprost z człowieka od stuleci. Popadali w amok. Wampiry opuściły resztki człowieczeństwa. By przeżyć tę noc, musieli się zachować tak, jak chciała ich natura. Byli drapieżnikami doskonałymi.
Veronique przez długi czas walczyła plecy w plecy z Alexandrem. Nie liczyła, ilu już powaliła na ziemię, nie liczyła, ile gardeł rozszarpała, nie liczyła ran na swym ciele. Chciała przeżyć, chciała obronić tych, których kochała. W ułamku chwili straciła Alexandra z oczu, porwany został przez tłum. Dziewczyna nie miała nawet czasu, by go odszukać. Ataki napływały z każdej strony.
Ludzie z wiosek mieli miażdżącą przewagę liczebną. Nie poddawali się, nawet mordercze spojrzenia Nieśmiertelnych nie były w stanie ostudzić ich zapału do walki, do zemsty.

Veronique zauważyła ojca, starającego się osłonić Divę, która najprawdopodobniej wyszła z ukrycia, by wspomóc męża. Oboje walczyli u swego boku. Wampirzyca rzuciła się w ich stronę, widząc, jak z każdej strony zaczęli na nich napierać ludzie. W momencie, gdy miała się zamachnąć na mężczyznę szykującego się do wystrzelenia strzały w kierunku matki, poczuła szarpniecie w tył.
To była Lilith – obrała sobie za cel uratowanie dziedziczki upadającej twierdzy.
W tłumie rozszedł się rozdzierający serca krzyk dziewczyny, która na własne oczy widziała, jak umierali jej rodzice. Widziała, jak Diva łapie się za krwawiący brzuch. Widziała Armanda, łapiącego małżonkę, nim zdążyła upaść. Widziała płomień, który w jednym momencie zaczął trawić suknię kobiety. Błysk miecza – szybkim cięciem kończący żywot panów Porte de Demons.
Widziała śmierć.


*Caitiff: wampir, który jest samotnikiem z wyboru lub został wydalony ze swej rodziny. Zazwyczaj cechuje się taki osobnik brakiem skrupułów. Jest to wampir nie przestrzegający żadnych zasad. Traktuje się takich jak zwyrodnialców oraz przestępców.

6 komentarzy:

  1. Przecztalam wladnir calego bloga... On jest cudowny! Musze przyznac, ze masz wielki, wielki, wieeeelki talent! To opowiadanie jest cudowne, zakochalam sie w nim!
    Wspolczuje jej... Widziala jak zabijaja jej rodzicow... A wszystko przez faceta, ktorego kocha... To chyba sporo namiesza w ich zyciu...
    Juz nie moge doczrkac sie nn! Prosze dodawaj szybko! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest stanowczo mój ulubiony rozdział!
    Pewnie sadzisz, że jestem wariatką - wybucha bunt, giną Diva i Armand, a Vera prawie rozstaje się z Alexem, a mimo to mi się podoba... No cóż, lubię, gdy coś się dzieje, a w tym rozdziale było bardzo dużo akcji!
    Czekam na kolejny!
    P.S.
    Pojawiło się kilka literówek. Jeśli przeczytasz jeszcze raz ten wpis, to wszystkie wyłapiesz.
    Weny, weny i jeszcze raz weny,
    Joyce

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że jej rodzice umierają. .. zabili ich. Trudno, ale wierzę, że ten moment zostawił swoje piętno w wymyslonej przez ciebie historii. Że mialaś to zaplabowane. Ale i tak smutno.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak przeczytałam imię Kain to od razu, co mi na myśl przyszło to; Ej, a czy to nie przypadkiem ze Starego Testamentu? A potwierdzeniem moich domysłów był Abel, tylko pytanie, jak udało się go zachować tak długo w ukryciu. Lilith ma jakiś interes w Veronique, lecz jeszcze nie wiem dokładnie jaki. Jest bitwa, jest niezdecydowany Alexander, są wampiry, które są niezależne i trudno je okiełznać. Jestem ciekawa czy dane nam będzie jednego z nich postać, bo zainteresowały mnie swoją postacią. Śmierć rodziców na własnych oczach musi być strasznym przeżyciem, to zostawi w niej piętno. Na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    co teraz z Vernique, Aleksandrem, wieśniacy w końcu podnieśli bunt, choć zastanawia mnie to czy to sprawka Aleksandra i jego braku opanowania, czy pojawił się inny wampir...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Lecę dalej
    - Armand stał z założonymi na piersi rękoma. Długie, proste, czarne włosy rozpuszczone opadały swobodnie na szerokie ramiona, a białe oczy świdrowały antyczną kobietę, która jak zwykle była boso. – mało istotny i niewiele wnoszący opis.
    - – Tak, tu chodzi o Veronique. Jest w nim taka zakochana, jest szczęśliwa– Ciężko mi sobie wyobrazić, że właśnie tak zachowałby się ojciec i głowa rodu. Mordują mu wioskę, całkiem możliwe, że chcą wzniecić bunt , a on nic nie robi, bo jego córka jest szczęśliwa? Ciekawe co powie, jak mu chatę spalą :P Mam nadzieję, że wiesz, o co mi chodzi. EDIT. No i spalili.
    - Jednak grubo się myli, jeśli jest pewna, że to dostanie. Prędzej po moim trupie. – rozumiem, że Armand zmienił zdanie? W końcu z rozmowy wcześniej wynika, że coś tam jej obiecał.
    - bierz się i zbudź wszystkich we wschodniej części zamku. Ja pójdę odszukać ojca. – hmm, czy w zamku nie ma straży? Czy ktoś nie powinien zabić w dzwon, itd. Itp.? EDIT: dobra, widzę, że ktoś zareagował :P
    - Zrzuciła z siebie koszulę nocną wykonaną z najszlachetniejszego jedwabiu – znowu mało potrzebny opis :D całkiem szczerze przyznam, że m i to trochę przeszkadza. Za dużo takich wtrąceń jest, które mało wnoszą i są troszkę przesadzone. Kolejny przykład: Czarnowłosa dziewczyna z wysokim chłopakiem u boku – zaczyna się walka, nikogo nie interesuje, że chłopak jest wysoki xD Kolejny przykład: Bał się, że ta wampirzyca o włosach w kolorze nocnego nieba i oczach o barwie lazuru może przez niego zginąć. – jezu, kłócą się o to , czy uciec, czy nie, tracą w siebie wiarę i myślą o takich pierdołach.- NOBODY CARES-.
    - – Najwidoczniej. Posłuchaj mnie uważnie. Bierz Alexandra i uciekajcie.– no dobra i teraz pytanie. Mimo wszystko, to wampiry, nie? Całe stado wampirów. Każdy powinien móc poradzić sobie z co najmniej tuzinem ludzi. Bo ja rozumiem ogień, kołki itd. Ale w końcu to WAMPIRY. Kurde, czemu oni tak panikują? :P
    - Reakcja Ver na propozycję ucieczki też trochę przesadzona. Alex tylko zaproponował, wspomniał, że mogliby uciec. Jej ojciec też to powiedział. Strata wiary w niego, taka gwałtowna i emocjonalna reakcja jest trochę głupia.
    - – Chcesz? Uciekaj! – łkała. – Proszę bardzo! Podwiń ogon jak tchórzliwy pies! Jeśli to zrobisz, to wiedz, że nie jesteś niczym innym jak zwykłym mordercą! – Alex jest zwykłym mordercą, niezależnie od tego, czy ucieknie, czy nie. xD
    - Krople lodowatego deszczu co i rusz wpełzały mu do oczu jak dzikie węże… - … wut?
    - – Tęsknie za osobą, którą byłeś. Przepraszam! - za co Ver go przeprasza?
    - walczyła plecy w plecy z Alexandrem – chyba mówi się ramię w ramię.
    - Widziała, jak Diva łapie się za krwawiący brzuch. – czy Diva nie została w pokojach?

    No nie wiem. Tu też mam trochę mieszane uczucia. W moim osobistym odczuciu pokonanie szlachetnego, wampirzego rodu przez nawet liczniejszą bandę głupich wieśniaków, do tego przerażonych, jak sama o tym piszesz, to kwestia naciągana. Przynajmniej dla mnie. Szczególnie, że ciągle podkreślasz, że to wampiry, drapieżniki, blabla.

    OdpowiedzUsuń