sobota, 3 sierpnia 2013

ROZDZIAŁ 10. Londyn.

Jestem na dobrej drodze,
cóż, jestem na dobrej drodze.
Nie ma jak w domu.
Wieczorem,wieczorem....
Jestem na dobrej drodze.
Linkin Park "Home sweet home"

 


Było ciepłe, choć deszczowe i ponure lato. Nad Londynem leniwie kłębiły się szare i granatowe chmury, z których co i rusz siąpił deszcz. Niedaleko stolicy w okolicy zwanej Suth Hampsted przy ulicy Greencroft Gardens, gdzie pomiędzy tradycyjnymi zabudowaniami niezmiennie górowała zieleń, wprowadzała się nietypowa rodzina.
Przyjazd taksówki pod numer 108 wywołał niemałą ciekawość i poruszenie wśród sąsiadów, którzy wiedzieli, że ów dom należał do pewnej zamożnej rodziny, niestety przez wiele lat stał niezamieszkały.
Z samochodu wysiadła wysoka, powalająca urodą dziewczyna, wyglądająca na nie więcej niż dwadzieścia lat. Jej bujne, długie za ramiona, czarne jak pióra u kruka włosy falowały do rytmu rześkiego wiatru. Na ramię zarzuciła zwykłą torbę zwisającą do bioder, z nadrukami w języku francuskim. Młoda kobieta przyjrzała się okolicy. Czuła, jakby nie była tu wieki, choć minęła ponad dekada. Nachyliła się z powrotem do samochodu i wyjęła kurtkę i przewiesiła sobie przez rękę. Z lekkim ociąganiem podeszła do drzwi i przystanęła, patrząc niecierpliwie na taksówkę, z którego wyłoniła się dwójka osób o rudym odcieniu włosów.
Rudowłosa kobieta ubrana w letnią sukienkę zaczęła grzebać w skórzanej torebce. W pośpiechu wyszukała portfel i wyjęła z niego parę banknotów, po czym  wręczyła kierowcy. W tym czasie wysoki, postawny młodzieniec o ładnej i symetrycznej twarzy mocował się z torbami przy bagażniku.
– Moglibyście się pospieszyć? – zawołała dziewczyna w stronę rodziny. – Zanosi się na deszcz, a nie mam zamiaru moknąć pod drzwiami.
– To może wzięłabyś bagaże, a nie stała jak wytworna panna? – warknął młodzieniec w stronę młodszej siostry. 
Ta tylko  ze zrezygnowaniem rzuciła torbę oraz kurtkę na ziemię i, podciągając rękawy seledynowej bluzy, podeszła do chłopaka i wzięła dwie walizki. Po chwili odjechał taksówkarz, zostawiając trzyosobową rodzinę samą sobie.
W momencie, gdy z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, kobieta w luźnej sukience z kwiecistym wzorem zamknęła drzwi za swymi dziećmi. W domu panowała grobowa cisza. W powietrzu unosił się zapach kurzu. Przedpokój utrzymano w kolorze beżu i brązu. Na ścianach do połowy ich długości przyklejono drewnianą boazerię. Powyżej niej wisiały fotografie trzech osób, wprowadzających się właśnie do mieszkania. Naprzeciwko drzwi wejściowych, w których było małe szklane okienko, pięły się schody prowadzące na piętro. Te z kolei  obite ciemnobrązową wykładziną, skutecznie wygłuszającą odgłos stukania obcasów oraz kroków. Po lewej od drzwi znajdywał się salon.
Było to serce domu.
Na środku pomieszczenia stał stół z dębowego, ciężkiego drewna, wokół niego ustawiono skórzany komplet wypoczynkowy. Czarna sofa oraz trzy fotele idealnie kontrastowały z bielą ścian, które wielu mogłyby się wydawać zbyt surowe. Na podłodze leżał ciemny, puchaty dywan wykonany z prawdziwej wełny. Ścianę po lewej zajmowała obszerna biblioteczka wypełniona po brzegi. Książki znajdujące się na niej były przykryte sporą warstwą kurzu. Duży plazmowy telewizor, niedawno zakupiony i dostarczony do domu, wisiał na ścianie naprzeciw sofy. Pod nim stała niska, lecz szeroka komoda, na której leżał odtwarzacz DVD oraz parę pilotów. Z salonu, jak również i z przedpokoju, można było przenieść się do kuchni, w której dominowała butelkowa zieleń i srebrny kolor sprzętu AGD. Naprzeciw dwóch wejść znajdywał się kącik, gdzie przyrządzano coś do jedzenia. Stała tam kuchenka gazowa z niestandardowymi pięcioma palnikami, obok niej została wciśnięta szafka, na której ustawiono express do kawy, a dalej duża lodówka. Naprzeciw niej była wysepka barowa, gdzie dało się w spokoju zjeść szybkie śniadanie czy napić się małej czarnej. Na blacie wyspy ustawiono komplet kubków, przy niej trzy krzesła barowe w kolorze soczystej zieleni. Za nimi była duża, rogowa ława kuchenna, co mogła pomieścić siedem osób. Przy niej znajdował się duży okrągły stół wykonany z bukowego drewna. Siedziska zostały wykończone ciemnozieloną tapicerką, która zdążyła już popękać w niektórych miejscach, a w jeszcze innych można było dostrzec ślady po przypaleniu papierosem, powstałych na skutek nieuwagi pani domu. Przeciwlegle do ławy stały szafki z garnkami, talerzami i innymi kuchennymi rzeczami. Pomiędzy ławą a kuchenką były oszklone drzwi prowadzące do ogrodu, który w tej chwili straszył zarośniętym do granic możliwości trawnikiem oraz wszechobecnym zaniedbaniem.
W chwili wejścia przez próg czarnowłosa dziewczyna poczuła się w końcu jak w domu. Upuściła bagaż na podłogę i zaczęła przechadzać się po parterze, który był tak dobrze jej znany. Każda listwa w przedpokoju, każde zdjęcie na ścianie, każda usterka. Przeszła w głąb korytarza, gdzie obok wejścia do łazienki znajdowały się drzwi do piwnicy. Pewnym ruchem otworzyła je i zaczęła schodzić w ciemność. 
Gdy dotarła do samego końca schodów, stanęła twarzą do ściany i otworzyła małą metalową skrzynkę. Przełączyła wszystkie przyciski, kierując je ku górze i, zamykając puszkę, nacisnęła jeden z dwóch kontaktów znajdujących się obok. W pomieszczeniu rozbłysło światło. Zadowolona z siebie ruszyła w drogę powrotną, uprzednio gasząc za sobą żarówki.
– Włączyłam prąd! – krzyknęła na całe gardło tak, by domownicy, którzy od razu poszli na piętro rozpakować swoje rzeczy, ją usłyszeli.
Jej się nie spieszyło, więc ruszyła do kuchni z zamiarem nalania sobie szklanki chłodnej i orzeźwiającej wody.
Gdy tak stała przy zlewie, sącząc napój, do pomieszczenia wpadł chłopak. Zmienił strój na bardziej wygodny. Uśmiechnął się szeroko i usiadł na jednym ze stołków barowych, i parzył wyczekująco na siostrę, do której w ogóle nie był podobny, a raczej ona w niczym nie przypominała matki i brata.
– Co się tak szczerzysz? – spytała Veronique, nie spuszczając oczu z Kaina.
– Dobrze tu wrócić.
–  Mhm. – Nieznaczny pomruk wydobył się z wampirzycy, gdy ta przełykała ostatni haust wody.
Wierzchem dłoni starła resztki płynu z ust i z westchnieniem zadowolenia opuściła pomieszczenie.
– Kain, gdzie moje bagaże? – zawoła w kierunku kuchni.
– Zaniosłem do twojego pokoju – usłyszała odpowiedź i z uśmiechem oraz wdzięcznością na nagły akt dobroduszności ze strony brata ruszyła schodami na górę.
Na piętrze, nie zerkając nawet, gdzie podziała się matka, od razu skręciła w lewo do swojego pokoju. Uradowana oparła się o drzwi, zamykając je za sobą. Rozejrzała się tęsknym wzrokiem po grafitowym pomieszczeniu. 
Jej Azyl. Mały kawałek w raju w tym nic nieznaczącym świecie. Spostrzegła torby leżące na środku ciemnoszarego dywaniku, który okrywał chłodne mahoniowe panele.
Był to najmniejszy pokój w całym domu. Veronique to nie przeszkadzało, mimo że kiedyś, bardzo dawno temu, pławiła się w luksusach, to szczerze wolała skromniejsze pomieszczenia. W najdalszy róg pokoju zostało wciśnięte duże łóżko. Naprzeciw niego, przeciwlegle do drugiej ściany, stała stara, antyczna szafa, w której wampirzyca zakochała się od pierwszego wejrzenia, gdy ujrzała ją na pchlim targu. Wysoka pod sufit, dwuskrzydłowa. Na każdym z drzwiczek widniały płaskorzeźby przedstawiające las oraz dzikie zwierzęta. Nogi były grube i kształtem przypominały łapy lwa. Sam mebel wyróżniał się w ponurym pokoiku, w którym dominowały rożnego rodzaju szarości. Drewno, z jakiego został wykonany mebel, miało ciepły ciemnobrązowy kolor przywodzący na myśl gorzką gorącą czekoladę.
Na wprost szafy widniały wwiercone w ścianę półki. Na jednych ustawiono pamiątki, na innych książki oraz różnego rodzaju albumy, na innych kasety oraz płyty CD. Obok łóżka było rogowe biurko, które straszyło pustką. Przy nim stało skórzane krzesło na kółkach.
Ulubioną część pokoju Veronique stanowiło okno. Wysunięta wnęka z trzema przylegającymi do siebie okienkami. Wiele lat temu, gdy Lilith nabyła ten dom, Veronique zabudowała wnękę, montując tam półkę z szufladami. Wierzch obiła gąbką oraz miłym w dotyku materiałem, resztę ozdobiła poduszkami. I tak powstał kącik Veronique, miejsce, z którego mogła obserwować życie na Greencroft Gardens oraz niebo.
Nie chcąc tracić dłużej czasu na podziwianie pokoju nostalgicznym wzrokiem, zaczęła rozpakowywać swoje rzeczy. W pierwszej kolejności na biurko trafił laptop, odtwarzacz MP4 i komórka. W drugiej zaczęła uzupełniać wieszaki rozleglej szafy. Pod nosem nuciła melodię znanej piosenki, gdy w całym pokoju zagrzmiał jej donośny głos skarżący się na ból prawej strony pleców i łokcia.
Do pokoju wampirzycy bez zapowiedzi wparował jej brat, uderzając ją drzwiami, i bez wyrzutów sumienia skoczył na łóżko, z którego, w momencie spotkania się ciała wampira z materiałem pościeli, wystrzeliły kłęby kurzu, drażniąc przy tym nozdrza. Zadowolony z siebie Kain śmiał się pod nosem i kasłał szalenie. Veronique stała, piorunując brata spojrzeniem i rozcierając bolące miejsca.
– Mógłbyś w końcu zacząć pukać, do cholery jasnej! – krzyknęła, niezadowolona z wizyty wampira.
Ten posłał jej figlarne spojrzenie i przeciągnął się, układając wygodniej na posłaniu.
 – Czego chcesz? – spytała już spokojniej, ponawiając układanie rzeczy.
– Matka się pyta, czy nie wiesz, gdzie powinny znajdować się wizytówki. Szuka tej od ekipy sprzątającej i od ogrodnika – powiedział.
– Nie mogła sama przyjść i zapytać? –Dziewczyna westchnęła pod nosem. – Powinny być w jednej z szafek w kuchni. Poza tym musiały już stracić ważność. Lepiej niech poszuka czegoś w Internecie – odpowiedziała po chwili, zerkając badawczym spojrzeniem w kierunku mężczyzny wylegującego się na jej łóżku.
Kochała brata, ale czasem potrafił jej działać na nerwy tak, że miała ochotę wgryźć się w jego tchawicę, doszczętnie mu ją masakrując z nadzieją, że się już nigdy nie zregeneruje. Jednak mimo jego wad była mu wdzięczna. To on stał się jej największym oparciem, gdy to w towarzystwie jego oraz Lilith opuszczała Francję ponad siedemset lat temu. 
Przyjrzała się bratu, przekrzywiając głowę.
 – To nie wszystko, prawda? – spytała, choć i tak znała już odpowiedź.
Chłopak usiadł.
– Tak sobie myślałem, że może mogłabyś zacząć żyć. – Spojrzał czule na siostrę. – W Berlinie nie byłaś zbyt towarzyską osobą. Chociaż tu, w domu, zaczęłabyś normalnie funkcjonować. Wyjść do ludzi, poznać nowych przyjaciół, zabawić się.
Dziewczyna w momencie, gdy wieszała ostatnią ze swych kurtek, spojrzała na chłopaka.
– A po co mi przyjaciele? – spytała, nie żądając odpowiedzi. – I tak za dziesięć lat czy później się stąd wyniesiemy – sprostowała, choć wiedziała, że co do jednego Kain miał rację.
W Berlinie całymi dniami przesiadywała w domu, a gdy już wychodziła, to tylko po to, by zapolować lub obrabować stacje krwiodawstwa. Nie żyła, lecz egzystowała.
– Jesteś wampirem, już dawno powinnaś przywyknąć. Ci, których darzymy sympatią, starzeją się i umierają. Pocieszające jest to, że może właśnie w tej chwili rodzą się ludzie, którzy za parę bądź paręnaście lat staną się tymi ważnymi dla nas, po czym również dopadnie ich czas i pójdą do piachu, a my – powiedział, wstając i patrząc na Veronique – będziemy trwać po kres czasu, droga siostro.
– Jak to jest, że potrafisz być takim bezdusznym draniem? – spytała wampirzyca, siadając na oknie.
– Staram się – wzruszył ramionami – chociaż nie zawsze jest tak kolorowo. – W tym momencie wyraz twarzy mężczyzny zmienił się diametralnie.
Uśmiech zastąpił ponury grymas, a wesołe iskierki w oku – ból.
– Wiem, pamiętam – odpowiedziała Veronique ze smutnym uśmiechem, przywołując wspomnienia z pobytu w Niemczech.
Podczas gdy tam mieszkali, Pradawny wampir zakochał się w dziewczynie o imieniu Claudia. Byli szczęśliwą parą. Claudia zmieniła go, stał się bardziej pokorną oraz weselszą osobą. Utemperowała jego wybuchowy charakter oraz światopogląd. Chciał ją przemienić, jednak coś poszło nie tak. Nie rozmawiał o tym, całe to wydarzenie dusił w sobie. Veronique i Lilith mogły się tylko domyślać, co się tak naprawdę stało.
Wampirzyca również spochmurniała. Ona też prawie zabiła kogoś, kogo kochała. Chociaż, patrząc na to ogółem, to tak właśnie się stało. To ona odebrała Alexandrowi jego człowieczeństwo.
– O czym myślisz? – spytał Kain, trzymając już klamkę.
– O niczym szczególnym – odparła, patrząc w oczy brata.
– Wiesz, że w każdej chwili mogę to sprawdzić?
– Wiem, ale tego nie zrobisz – odrzekła, wstając i pochodząc do szafy, i ze skupieniem na twarzy zaczęła przeglądać ciuchy.
Gdy wybrała parę z nich i kopnięciem zamknęła garderobę, wyszła z pokoju za bratem, po czym skierowała kroki do łazienki na końcu korytarza. Kain stanął przy poręczy schodów i patrzył za odchodzącą dziewczyną z uśmiechem triumfu.
– Wybierasz się gdzieś?
– Jakoś nie mam zamiaru siedzieć w domu, gdy będzie się tu krzątała epika sprzątająca – odparła przez ramię. – Pójdę zwiedzić okolice. W końcu nie było nas tu już ładnych parę lat.

Z łazienki dobiegał odgłos prysznica.
Veronique w momencie, gdy poczuła, jak niską temperaturę miała woda, zaklęła pod nosem, że zapomniała włączyć bojler. Przestając się skarżyć na chłód, zaczęła się obmywać po ciężkiej podróży.
Ostatnio dziwnie się czuła. Była zamyślona, a raczej to jej umysł stwarzał sytuacje, których nie powinien. Nie chciała rozmawiać o tym z Lilith czy Kainem. Jeszcze by pomyśleli, że zwariowała. Bo jak można słyszeć umarłych? Nawet wampiry nie posiadały takiej mocy.
Wszystko zaczęło się rok temu. Mieszkali wtedy w stolicy Niemiec. Pewnej nocy przyśnił jej się dziwny sen. Widziała w  nim Alexandra; a raczej wspomnienia z nim. Później obrazy, które widywała podczas mar nocnych, zaczęły pojawiać się nawet za dnia, gdy tylko zamknęła oczy. Zaczynała też odczuwać obecność zmarłego kochanka. Tłumaczyła to sobie tęsknotą. Zastanawiała się nawet, jak długo wampiry kochają. Przez te wszystkie lata spotykała się z innymi ludźmi, wiadomym, że jako kobieta miała swoje potrzeby, ale czy darzyła miłością tych przelotnych partnerów i partnerki? Nie. Tego była pewna. Coraz częściej łapała się na tym,  że myślała, iż już nie potrafiła kochać
Veronique opuściła prysznic i zaczęła wycierać ciało puszystym ręcznikiem. Ubranie z podróży wrzuciła do kosza na brudną bieliznę, po czym założyła na siebie potargane jeansy oraz zieloną koszulkę bokserkę. Bujne włosy związała w kucyk. Zerknęła na swoje odbicie w lustrze krytycznym spojrzeniem. 
Pod zwierciadłem wisiała półka z kosmetykami. Lilith zdążyła zająć jej większą część, jak zawsze zresztą. Veronique nie rozumiała matki w sprawach makijażu.  Przecież ich twarze były idealne. Oczy nie wymagały żadnej poprawki. Naturalnie miały ciemne, długie rzęsy, a powieki zdawały się przydymione. Usta Veronique w przeciwieństwie do Lilith nie miały krwistoczerwonego koloru. Były różowe, subtelne.
Dziewczyna opuściła łazienkę, zostawiając za sobą zapach intensywnych perfum. Wróciła do siebie po komórkę i odtwarzacz muzyki, po czym zbiegła po schodach. W przedpokoju natrafiła na Lilith, która właśnie weszła do domu z pełnymi siatkami.
– Kiedy zdążyłaś pójść na zakupy? – spytała Veronique, przyglądając się Pradawnej.
– Ja je tylko odebrałam – odpowiedziała z błyskiem w oku. – Nasz sąsiad to tak cudowny człowiek, że zaoferował mi pomoc.
– Rzuciłaś urok. – Veronique skwitowała matkę z westchnieniem. – Jesteś niemożliwa –powiedziała, wymijając kobietę w przedpokoju.
– Veronique. – Lilith zatrzymała córkę, nim ta zdążyła wyjść za drzwi.
Czarnowłosa wampirzyca obróciła się, zerkając na płomiennowłosą postać.
– Będę mogła skorzystać z komputera? – spytała Lilith. – Nasz ogrodnik zmarł dwa lata temu i muszę poszukać kogoś na jego miejsce.
– To chyba logiczne, skoro gdy wyjeżdżaliśmy, miał ponad siedemdziesiąt lat. – Veronique przewróciła oczami. – Laptop jest na biurku. Jeszcze coś?
– Bądź pod telefonem – poprosiła matczynym głosem i skierowała kroki do kuchni.

Zapadał zmrok, a Veronique od domu zawędrowała do Soho Square, małego parku, wręcz skwerku, który znajdował się przy Greek Street, gdzie były najróżniejsze bary oraz kawiarnie. Czarnowłosa dziewczyna siedziała na ławce, popijając cappuccino i obserwując mijających ją ludzi. Przedstawiciele przeciwnej płci strasznie irytowali siedmiowieczną wampirzycę, zawieszając na niej wzrok dłużej, niż by tego chciała.
Drzewa szumiały pod wpływem wiatru.  Słońce chyliło się ku zachodowi. Zaczynało się robić coraz bardziej ponuro. W momencie, gdy wampirzyca wstała z ławki, a plastikowy kubek po kawie wylądował w śmieciach, poczuła głód. Oblizała usta i powolnym krokiem ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Nie miała ochoty pieszo wracać do domu, gdyż zajęłoby to jej ponad godzinę. Włożyła dłonie w kieszenie potarganych spodni i poszła przed siebie, czujnym okiem wypatrując kolacji. Nie lubiła polować, zawsze musiała się ubrudzić krwią, co niezmiernie ją irytowało. Szczerze wątpiła, by Kain ruszył się do szpitala, by zaopatrzyć dom w krew.
Zirytowana i nieszczęśliwa wkroczyła w ciemną uliczkę, w której śmierdziało rozlanym alkoholem oraz szczynami. Znała ten zaułek. To tu znajdowała się owiana złą sławą dyskoteka, gdzie kwitł handel narkotykami. Mając nadzieję, że ów przybytek nadal prosperuje, szła dalej w głąb ponurej ulicy, którą normalni ludzie omijali z daleka. Dla osoby postronnej Veronique mogła w tej chwili wydawać się dziewczyną, co zbłądziła i kusiła los.
Słysząc przytłumione dźwięki muzyki, dla wampirzycy brzmiącej jak dwie patelnie uderzające o siebie, przyśpieszyła kroku. W oddali niedaleko latarni zauważyła grupkę młodych ludzi chwiejących się na nogach.
Automatycznie na ustach wampirzycy na chwilę zagościł wredny uśmieszek.
– Przepraszam – powiedziała niewinnym głosem.
Mężczyźni, gdy usłyszeli kobiecy głos, przerwali konwersację i skupili całą uwagę na czarnowłosej piękności. Jednemu z nich wyrwał się gwizd zachwytu. Jeszcze inny poszturchiwał kumpla, szepcząc sprośne rzeczy pod adresem młodej kobiety.
– Zgubiłaś się, maleńka? – odezwał się średniego wzrostu szatyn.
Miał duże piwne oczy. Na twarzy znać było parodniowy zarost, który dodawał mu łobuzerskiego uroku. Ubrany w skórzaną motocyklową kurtkę z kiczowatym nadrukiem na plecach prezentował się co najmniej żałośnie.
Veronique otaksowała mężczyznę spojrzeniem i podeszła do niego, zalotnie dotykając dłonią jego torsu. Wciągnęła mocno powietrze, chcąc sprawdzić, czym oduczony był delikwent. Ulżyło jej, jak poczuła tylko alkohol. Nie przepadała za ćpunami. Zanieczyszczona różnymi substancjami krew odbijała się na wampirze. Zdecydowanie Veronique wolała alkohol niż jakieś świństwo.
– Wyglądasz na motocyklistę, a mi właśnie uciekł autobus. Może pomożesz kobiecie w potrzebie? – spytała kokieteryjnie.
W odpowiedzi usłyszała rubaszny śmiech jego kolegów.
– Motocyklu nie posiadam, ale mieszkam niedaleko. Mogę zaoferować nocleg i nie tylko. – Puścił do niej oko. – Nazywam się Jack – powiedział, wyciągając dłoń w stronę wampirzycy.
Ta uścisnęła mu rękę i odpowiedziała, kłamiąc:
– Melanie. Więc prowadź. – Puściła mężczyznę przodem, a sama udała się za nim zadowolona, że tak łatwo poszło.
Nagle poczuła, jak w kieszeni wibruje jej komórka. Zirytowana wyjęła telefon i przyłożyła aparat do ucha.
– Czego? – spytała niemiłym głosem; Jack zatrzymał się i pojrzał na wampirzycę.
Ta machnęła ręką, by szedł dalej, i palcem wskazała na komórkę. Uspokojony mężczyzna wznowił krok.
– Masz wracać – usłyszała w słuchawce głos Kaina.
– Pozwól, że najpierw zjem kolację. Do godziny powinnam być – powiedziawszy to, rozłączyła się.
Podbiegła do chłopaka i chwyciła go pod rękę. Widząc po prawej ciemną uliczkę pomiędzy dwoma budynkami, pociągnęła tam swą ofiarę.
W pierwszej chwili Jack zareagował gwałtownie i nerwowo, jednak gdy poczuł na ustach słodkie pocałunku ponętnej kobiety, poddał się pieszczotom, licząc na coś więcej. Popychany przez dziewczynę w coraz ciemniejsze miejsce, nie oponował. Veronique ujęła twarz mężczyzny w dłonie i spojrzała mu głęboko w oczy.
– Nie krzycz – powiedziała stanowczym głosem, a zahipnotyzowany mężczyzna jak kukiełka pokiwał głową na znak, że zgadzał się z wolą wampirzycy.
Nie protestował, gdy ta przekrzywiła mu głowę, odsłaniając  pulsującą tętnicę. Nie wydał z siebie nawet pomruku, kiedy ostre kły przebiły skórę. Po paru minutach Veronique poczuła, jak ciało trzymane w jej ramionach wiotczeje, a serce przestaje bić. Wypuściła delikwenta z rąk; ten z hukiem upadł na ziemię. Spojrzała za siebie zadowolona, że nikt nie przejął się chwilowym hałasem. Podniosła klapę śmietnika i wrzuciła tam umierającego. Nie lubiła zostawiać martwych na widoku, to tylko ścigało kłopoty, zaś kłopoty oznaczały łowców. Nasycona oblizała usta i popędziła na przystanek, widząc nadjeżdżający autobus.
Wampiry to dziwny gatunek. Szybcy, silni, nieśmiertelni, a ci, co wywodzili się bezpośrednio od Pradawnych, byli niezwykle potężni. Pytanie brzmiało: dlaczego? Skoro polowali na ludzi czy zwierzęta, wedle upodobań, to po co im ta cała moc, jeśli pożywiali się tak kruchymi istotami, które same dla siebie potrafiły być śmiertelnym zagrożeniem? Statystycznie to człowiek mordował więcej ludzi w ciągu roku niż przeciętny wampir. Veronique często się zastanawiała, dlaczego wampiry istniały, i zawsze dochodziła do jednego, dość nietypowego wniosku.  Skoro ludzie nie mieli żadnego naturalnego wroga, ktoś musiał ich zabijać. Ironizując, to właśnie ludzie zabijali wampiry.
Wampirzyca uśmiechnęła się pod nosem z własnych absurdalnych myśli. Widząc, że dojeżdżała na swój przystanek, wstała z miejsca. Gdy pojazd się zatrzymał, wyskoczyła z niego i truchtem pobiegła do domu.
– Wróciłam! – krzyknęła, doskonale wiedząc, że i tak domownicy słyszeli trzask drzwi.
Z salonu wychyliła się kasztanowo-ruda czupryna należąca do Kaina.
– Stało się coś? – spytała Veronique, ściągając buty w przedpokoju, po czym weszła do salonu, gdzie w jednym z foteli siedziała ich matka.
– Siadaj – powiedziała Lilith do córki, ta posłusznie wykonała rozkaz.
Rozłożyła się wygodnie na sofie i spojrzała na rodzicielkę pytającym spojrzeniem.
– W okolicy pojawili się łowcy.
– Jesteś jakimś cholernym medium? – zapytała Veronique, unosząc brwi. – Naprawdę, nie minął jeszcze cały dzień, a ty już masz takie informacje?
– Nie tylko ty poszłaś zwiedzić okolice – powiedział Kain, włączając telewizor, i zaczął przeskakiwać po kanałach, aż w końcu zatrzymał się na znajomej dziewczynie animacji.
– Mniejsza z tym. I co z tymi łowcami? – spytała, przenosząc wzrok z brata na matkę.
– Jest ich trzech lub czterech. Nie jestem pewna. Wątpię, by o nas wiedzieli. W końcu dopiero co tu wróciliśmy. Jednak lepiej, jak nie będziemy się wychylać. Co się tyczy polowań, wybierajcie dyskretne miejsca. A najlepiej by było, gdybyście pożywiali się w domu. Jutro postaram się załatwić stałe dostawy ze szpitala. Veronique – kobieta zwróciła się bezpośrednio do córki – panuj nad emocjami. Dobrze wiesz, jakie potężne masz wybuchy aury, kiedy się denerwujesz. Wtedy cała okolica chodzi przygnębiona.
– A co ma do tego moja aura? Poza tym to wina tego głupka. – Wskazała na brata. – To on mnie doprowadza do szału – warknęła.
– Wydaje mi się, że ci dranie potrafią w jakiś sposób ją wyczuć – kontynuowała Pradawna, nie zwracając uwagi na komentarze w stronę Kaina.
– Teraz też mnie to dziwi – powiedział wampir, odwracając wzrok od telewizora. – Skąd ty to wszystko wiesz? – spytał Lilith.
– Zahipnotyzowałam parę osób, by nie zwracali na nas niepotrzebnej uwagi, i przy okazji wypytałam ich o ludzi mieszkających w okolicy. Pewien staruszek powiedział, jak widział w centrum dwójkę mężczyzn, którzy wyjmowali z bagażnika cały arsenał broni. – Lilith patrzyła na swoje dzieci bardzo uważnie. Była poważna jak nigdy.
Veronique również przyglądała się matce. Wątpiła, by taki strach wzbudziła w niej grupka łowców, bo czyż przez te wszystkie lata nie nauczyli się z nimi radzić?
– Zrozumiałam – powiedziała, wstając i przeciągając się. – To wszystko? – spytała. – Chciałabym wziąć w końcu gorącą kąpiel i zaszyć się w pokoju.
– Tak, to wszystko. Możesz iść, Veronique.
Najmłodsza z całej trójki opuściła salon i udała się na górę, marząc jedynie o tym, by położyć się w łóżku i zasnąć.

7 komentarzy:

  1. Hm, myślę, że po napisaniu powinnaś przeczytać tekst jeszcze raz. Pojawiają się potknięcia, które przeszkadzają w czytaniu ;)

    Rozdział opisowy, jestem pod wrażeniem długości ;) Choć i tak zaciekawił mnie dopiero moment 'kolacji' ;) Niech się krew leje ! Jakoś Veronique nie może mnie do siebie przekonać... Kain mi bardziej odpowiada :D

    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Borze, borze, borze. Mój ulubiony rodział. Moment wprowadzenia się ich do domu wyszedł ci genialnie. Czułam tą niesamowitą atmosterę. Och, i uwielbiam takie wnęki okienne podbite poduszkami. Zawsze chciałam takie mieć. Czekam z utęsknieniem na nowy rozdział ;3

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm dużo opisów, wprowadzających do domu wampirzą rodzinie :) jednak najlepsze polowanie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Poprzedni się nie dodał, spróbuje jeszcze raz :3
    Tak samo, jak bardzo lubię Lilith, tak zaczynam ubóstwiać Kaina. Takiego braciszka to mogłabym mieć przy sobie na wieki. Choć na dziesięć wieków powinnam od niego odpocząć conajmniej dwa wieki. Mimo wszystko nadal chciałabym z nim spędzać dużo czasu. Jeśli dobrze zrozumiałam, to gdy wampir napije się krwi z człowieku, który miał styczność z alkoholem, wtedy i na niego zaczyna działać ta substancja. Ma to swoje plusy i minusy, ale trzeba jakoś przetrwać, prawda? Łowcy, coś mi tu zaczyna lekkim smrodliwy zajeżdżać i bynajmniej nie są to moje skarpetki. Wiem, że zgotowałaś nam tu coś specjalnego, po prostu muszę do tego dotrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    ledwo przyjechali a już maja informacje o łowcach, i ciekawe Vernikque czuje obecność Aleksandra, może on jednak przeżył....
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Te trzy ostatnie rozdziały były zaskakujące. Od początku myślałam, ze będzie to historia od A do Z pleciona wokół wątku miłosnego Very i Alexandra. Wzloty, upadki, zdrady, połączenia... może trochę sentymentu, grozy i innych takich. Tu mnie mile zaskoczyłaś - utrata ukochanego, strata dotychczasowego, dobrze znanego życia...
    Nie opisywałaś tego ckliwie, ale przedstawiłaś Veronique i inne postacie na tyle dobrze, by ich śmierć była poruszająca. Żal mi głównie dziewczyny.
    Przy pierwszej wzmiance o Kainie zaczęłam węszyć kłopoty w raju Very i Alexandra. Się przeliczyłam, nie ma co. Raczej tu związków kazirodczych nie będzie? No, przekonam się prędzej, czy później.
    Łowcy - motyw dający wiele możliwości. Od romansu, przez kolejną tragedią, do... cóż, mam za wątła wyobraźnie, by zawężać pole manewru. Ale spodziewam się, że pewnie to wykorzystasz - na swój sposób.
    Pozdrawiam,
    Vivian

    OdpowiedzUsuń
  7. - Z opisu wampirzej rodzinki wciąż nie wiem, jak wygląda. Opis włosów, trochę o twarzy, mało o reszcie detali. Myślę, że warto poświęcić na opis więcej słów, więcej szczegółów, a potem z tego zabiegu zrezygnować, żeby nie przypominać wszystkim co i rusz, że ktoś był powalająco piękny i właściwie tyle było wiadomo z jego opisu. EDIT. Szczególnie, jakby wziąć pod uwagę opis domu.
    - W ogóle zauważyłam, że masz tendencję do lubowania się w mało popularnych nazwach kolorów xD kobaltowe, bursztynowe, seledynowe. Nikt nie ma płowych włosów, zwyczajnych oczu i nie ubiera się w stonowane kolory.
    -siedmiowieczną wampirzycę – siedmiowieczna?
    - Ulżyło jej, jak poczuła tylko alkohol. – Ver potrafi węchem wyczuć narkotyki rozpuszczone w krwi?
    - Podniosła klapę śmietnika i wrzuciła tam umierającego. – a co jak go znajdą, jeszcze żywego? Będzie mógł powiedzieć, kto go zaatakował. No i co ze świadkami? W końcu z zaatakowanym byli kumple i na pewno zapamiętali, że odszedł z jakąś pięknotką, która sama się podłożyła. Jak zaczną kumpla szukać, to od razu powiedzą policji, co i jak. No, chyba, że Verka będzie czarować wzrokiem wszystkich na prawo i lewo. EDIT. No i już problem, bo łowcy. xD
    - Pewien staruszek powiedział, jak widział w centrum dwójkę mężczyzn, którzy wyjmowali z bagażnika cały arsenał broni. – Naciągane. :P

    Generalnie opis bardzo mi się podobał. Napisany fajnie, wzrok właściwie przelatywał po tekście.

    OdpowiedzUsuń