poniedziałek, 5 sierpnia 2013

ROZDZIAŁ 11. Łowcy, wampir-psychopata i wilkołaki.

Jak mogę żyć bez tych, których kocham?
Czas wciąż przewraca strony księgi, to spalone
Miejsce i czas, zawsze w mojej pamięci
Mam tak dużo do powiedzenia, ale Ty jesteś tak daleko.
Avenged Sevenfold "So far away"  


  

  – Zwariowałeś! – krzyczał mężczyzna do telefonu.
Ciemne, średniej długości włosy łaskotały mu kark. Na nosie miał duże okulary przeciwsłoneczne. Dość szerokie ramiona zakrywała czarna, zwiewna marynarka, pod którą odznaczał się biały T-shirt. Przystojną twarz zdobił dwudniowy zarost. Usta co i rusz unosiły się w uśmiechu, ukazując rząd równych, perliście białych zębów. Wąska szczeka dodawała mężczyźnie młodzieńczego wyglądu. Nie odznaczał się wysokim wzrostem.
Słonce, które wyłoniło się nagle zza chmur, oślepiało czarnowłosego przechodnia. Uniósł rękę na wysokość czoła, by zasłonić jasne promienie. Był upalny dzień i dla odmiany słoneczny, co nie często można zaobserwować w Anglii. Zerwał się lekki wiatr, przyjemnie chłodzący spocone czoła.
– Gabriel, mówiłem ci, że to zły pomysł. Teraz to już na pewno zwariowałeś. Nie. Nie przerywaj mi. – Donośny mężczyzna zwracał uwagę przechodniów, jednak jemu to nie przeszkadzało. – I pomyśleć, że jesteśmy spokrewnieni. – Zaśmiał się ironicznie do telefonu. – Tak, przekażę mu. Wal się – rzucił i rozłączył się.
Schował telefon do kieszeni czarnych spodni, a z drugiej wyjął paczkę papierosów lightów. Wyciągnął jednego i włożył sobie do ust. Po omacku szukał zapalniczki.
 – Cholera! – zaklął na tyle głośno, że starsza pani, która go właśnie mijała, pokręciła głową, mrucząc pod nosem coś o niewychowanej młodzieży.
Zdenerwowany rzucił petem i zdeptał go nogą.
– Widzę, że nie marnujesz tylko mojego czasu, ale również pieniądze, Michaelu. – Mężczyzna, słysząc swoje imię, obejrzał się za plecy.
Stał przed nim niski na oko trzydziestoletni Azjata. Wąskie oczy miały przenikliwe tęczówki w kolorze jasnego piwa. Twarz wyrażała stoicki spokój i obojętność. Ciemne półdługie włosy co i rusz zaczesywał dłonią do tylu.
– Natsu – prychnął Michael. – Nie ciebie się spodziewałem.
– Racja. Posłuszny piesek czeka na swego pana – odparł.
– Zważaj na słowa, pijawko. – Michael ściągnął okulary z prostego nosa, odsłaniając piękne, głęboko osadzone oczy. Tęczówki miały kolor oceanu. Ni to niebieskie, ni zielone.
– Wyszczekany jak zawsze. – Pokręcił głową Natsu. –  Też nie miałem ochoty się z tobą spotykać, więc daruj nam obu te bezsensowne przekomarzanie się – powiedziawszy to, rozejrzał się po ulicy.
Obaj stali pod szyldem banku naprzeciwko restauracji z fast foodem. Po drodze jeździły samochody, a ich obojętnie mijał tłum ludzi.
– Gdzie twoje klony? – Natsu spytał po chwili.
– Gabriel jak zwykle siedzi w jakimś kasynie w towarzystwie pięknych kobiet i alkoholu, a Rafael… hmm… pomyślmy… no tak! – Michael klasnął w dłonie i wskazał palcem na Azjatę. – Mój kochany starszy brat robi za psa myśliwskiego szukającego pewnej czarnowłosej wampirzycy w ogromnym mieście, gdzie… wow, i tu nowość! – zaśmiał się, drapiąc się po nosie. – Tu się roi od wampirów! – krzyknął zirytowany.
Mijający ich ludzie spojrzeli na Michaela jak na wariata. Natsu tylko skrzyżował ręce na piersi i przyjrzał się uważnie rozmówcy, który był rozdrażniony bardziej niż zwykle. Zdziwił się, że w kąciku ust nie sterczał tlący się papieros, pomimo że w kieszeni spodni wyraźnie odznaczała się paczka.
– Czyżbyś zapomniał ognia? – spytał, śmiejąc się. – Cholera, żeby nawet wilkołaki uzależniały się od tak prymitywnej rzeczy.
– Powiedział facet, który urodził się w średniowieczu. Po co cię wysłał? – spytał zirytowany Michael.
– Nasza gwiazdka znowu się zgubiła. Masz ją odszukać. Ja posiadam ważniejsze rzeczy na głowie niż niańczenie nieposłusznych szczeniąt.
– Pieprzona kobieta – powiedział wilkołak, ponownie wyciągając paczkę papierosów i patrząc proszącym wzrokiem na wampira. – Powiedz, że masz – rzekł nader miłym tonem.
Nieśmiertelny westchnął, wkładając rękę do kieszeni sztruksowych spodni.
– Łap! – Rzucił Michaelowi paczkę zapałek.
Ten z radosną iskrą w oczach złapał podarek i czym prędzej odpalił papierosa. Zaciągnął się szarym dymem i z westchnieniem ekstazy wypuścił go z ust.
– Jeśli to wszystko, to pójdę poszukać Kitty. – Michael pomachał paczką zapałek, która zagrzechotała głośno. – Zabieram to ze sobą. A ty rób, co tam wampiry robią. Idź kogoś wyssać. Połóż się w trumnie i umrzyj – zaśmiał się i, nawet się nie żegnając, ruszył przed siebie, mijając Natsu.



   



Veronique schodziła po schodach. Włosy miała potargane, a oczy zaspane. Luźne bokserki, które kiedyś podkradła bratu, świetnie sprawdzały się w roli piżamy. Biała podkoszulka  luźno opadała za biodra. W domu unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy oraz środków czystości. Dziewczyna, ziewając, wkroczyła do kuchni, nie zwracając uwagi na matkę czytającą gazetę przy kuchennej ławie ani na brata, co leniwie mieszał srebrną łyżeczką w swoim ulubionym kubku z nadrukiem z jakiejś kreskówki.
Czarnowłosa wampirzyca wzięła do ręki różową, porcelanową filiżankę i podeszła do expressu, gdzie z dzbanka leniwie unosiła się para, będąca źródłem przyjemnego aromatu. Nalawszy sobie czarnego płynu, otworzyła lodówkę i wyjęła z niej plastikową, litrową butelkę z mlekiem. Podeszła z kawą oraz mlekiem do stołu barowego i dosiadła się do brata. Ten, nie patrząc na siostrę, podsunął jej pod nos cukierniczkę.
– Co dzisiaj będziesz robić? – spytał Kain, przerywając ciszę.
Veronique zerknęła kątem oka na brata, upijając łyk ciepłego napoju, który skutecznie ją pobudzał. Wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, a dlaczego pytasz?
– Z ciekawości.
– Niech zgadnę – zaczęła, obracając się przodem do Pradawnego. – Próbujesz mnie wygonić z domu bym, jak to wczoraj powiedziałeś, znalazła przyjaciół? – Błękitne oczy świdrowały spojrzeniem antycznego wampira, który na słowa młodszej siostry uśmiechnął się kpiąco.
– Kain, Veronique jest już dorosła i potrafi o siebie zadbać. Daj jej spokój. Niech robi, co chce – rzekła Lilith, nie odrywając wzroku od gazety. – Tylko jeśli poluje, to niech pozbywa się dowodów. – Pradawna spiorunowała wzrokiem córkę, na co ta tylko zrobiła nieznaczny grymas, a Kain spojrzał na rodzicielkę, unosząc jedną z brwi. – „Tajemnicze morderstwo. Mężczyzna pozbawiony krwi. Kolejna sekta?”Lilith wstała, recytując tytuł artykułu znajdującego się na pierwszej stronie czasopisma.
– Zawsze zostawiamy za sobą trupy – powiedziała dziewczyna wymijająco. – I wtedy nie wiedziałam, że mamy ogon w postaci łowców.
– Pożywiacie się w domu i koniec tematu – odparła antyczna kobieta głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Powinniście znaleźć sobie jakieś zajęcie. Stwarzajmy pozory normalnej rodziny – powiedziawszy to, rzuciła gazetę przed nos córki i opuściła dom, trzaskając drzwiami.
Veronique z westchnieniem irytacji przysunęła do siebie artykuł, a jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia oraz zdenerwowania. Powietrze wokół niej zaczęło drżeć, atmosfera stawała się coraz cięższa.
– Ver. Twoja aura – powiedział spokojnie Kain, obserwując wampirzycę.
Nigdy nie potrafił się nadziwić, ile mocy miała w sobie ta drobna kobieta. Lilith niejednokrotnie mu mówiła, że Veronique była silna, może nawet silniejsza niż oni. Nie zdziwiłby się. On urodził się jako człowiek, to Bóg zesłał na niego klątwę wiecznego życia, tak jak przed laty na Lilith. A Veronique? Urodziła się wampirem. Zrodzona z Pradawnej, a poczęta przez jednego z najpotężniejszych nieśmiertelnych tamtych czasów, Armanda Vigee-Lebrun.
– Kain, spójrz na to – poprosiła dziewczyna, pokazując palcem zdjęcie ofiary denata z artykułu.
– Jakiś facet. No i?
– To nie jest ten ze wczoraj – powiedziała poważnym tonem. – Czy on, według ciebie, ma brązowe włosy i piwne oczy? Na dodatek piszą, że ofiara miała czterdzieści dwa lata. A ten z wieczora nie mógł mieć więcej niż trzydzieści. – Veronique wpatrywała się wyczekująco w brata, który skupiony był na zdjęciu mężczyzny ze sporą nadwagą i mysimi włosami. Małe paciorkowe oczka dodawały mu świńskiego wyglądu.
Dziewczyna dopiła kawę i wstała od stołu.
– Najwidoczniej w okolicy poluje ktoś, kto ma w dupie, czy zostanie złapany, może to Caitiff? – spytał po chwili Kain.
– Co się tak na mnie patrzysz? – Dziewczyna rozłożyła ręce w geście bezbronności. – Nie jestem wyrocznią. Wiem tyle, że to na pewno nie moje kły rozszarpały mu gardło. Idę na górę, później wychodzę. Może się czegoś dowiem. – Westchnęła, opuszczając kuchnię.
Kain uniósł kubek do ust, nie spuszczając wzroku z gazety. Ledwo wrócili do jedynego miejsca, w którym Veronique czuła się jak w domu, a już zaczynały się problemy.
– Łowcy, wampir-psychopata, jeszcze mi wilkołaków do szczęścia brakuje – burknął sam do siebie, po czym udał się do swojego pokoju.






Michael siedział wygodnie w cieniu drzew na ławce w Soho Square. W ustach dymił się papieros, a oczy zasłonięte ciemnymi szkłami dużych okularów wpatrywały się w wyświetlacz telefonu. Widniał tam napis Kitty oraz ikona wykonywanego połączenia. Z głośnika aparatu wydobyło się charakterystyczne miarowe pikanie.
– Zabiję – mruczał pod nosem mężczyzna – rozszarpię, a ciało zakopię w ogródku. Później zasadzę tam drzewko, które, użyźnione zwłokami nieposłusznej i nieznośnie głośnej, i irytującej istoty, wyda owoce przesiąknięte egoizmem. –Na Michaela spojrzała, jak na wariata, młoda kobieta, która przechodziła obok z małym dzieckiem.

Gdzieś w centrum Londynu w jednym z apartamentowców, w mieszkaniu, gdzie dominowała biel, otworzyła oczy kobieta. Rozejrzała się po pokoju, ziewając. Luksusowo urządzona sypialnia, na którą poprzedniej nocy nie zwróciła uwagi, zrobiła na niej piorunujące wrażenie.
Usiadła na łóżku, odsłaniając zgrabne, umięśnione i powabne ciało. Idealna, gładka skóra w kolorze kawy z mlekiem komponowała się z ciemnobrązowymi włosami. Okrągła twarz, która miała urok nastolatki, była zarumieniona. Kobieta spojrzała za siebie, na śpiącego obok niej biznesmena, na którego trafiła wieczorem w jednym z londyńskich klubów. Niepocieszona mało udanym seksem wstała i z gracją zwierzęcia zaczęła zbierać swoją garderobę z jasnych paneli. Ubrała się w pośpiechu i przeszła przez salon do przedpokoju. Całe mieszkanie było urządzone z przepychem mieszczącym się w granicach dobrego gustu.
Ciemnoskóra kobieta założyła na szczupłe stopy sandałki, które ładnie prezentowały się z beżowymi rurkami i brązową tuniką. Patrząc w lustro, poprawiła włosy, a po chwili wzrok przyciągnął grubo wypchany portfel. Z uśmiechem porwała fant i wyszła z mieszkania.
Gdy opuściła budynek, a oślepiające słonce zmusiło ją do zmrużenia pięknych oczu, wyjęła z kieszeni telefon.
– Cholera – przeklęła, widząc pełno nieodebranych połączeń.
Z westchnieniem udała się na najbliższy przystanek autobusowy, przykładając aparat do ucha. Po niespełna dwóch sygnałach usłyszała w telefonie znajomy, męski głos:
– Gdzie byłaś, do kurwy nędzy?! – warknął mężczyzna w słuchawce.
Kitty przewróciła oczami, wbiegając do autobusu.
– Pilnuj własnego tyłka! – odburknęła. – Radziłabym się uspokoić, bo żyłka ci pęknie lub zejdziesz na zawał, a wtedy twoi bracia będą jeszcze bardziej uciążliwi, niż są teraz. Nawet nie mogę nocy sama spędzić, bo on od razu wysyła za mną pogoń. Dałby sobie na wstrzymanie… – Potok niepochlebnych słów na temat rozmówcy i pewnego wampira zwracał uwagę pasażerów pojazdu.
– Kitty, zamknij mordę! Uszy mnie bolą od twojego pierdolenia. Mówił ci już ktoś, że masz nieznośny głos? Jestem w Soho Square.  Przyjdź tu.
Nie czekając, aż dziewczyna coś powie, rozłączył się.
Kitty złożyła ręce na piersi i wściekła wpatrywała się w obrazy przewijające się za oknem autobusu. W odbiciu szyby zauważyła swoje oczy.  Niejednokrotnie słyszała, że wyglądały jak dwa kamienie szlachetne. Mieszanina szmaragdu, bursztynu i rubinu.
Autobus dojechał na miejsce. Już w oddali dało się zauważyć, że Soho Square było wypełnione rodzinami z dziećmi i zakochanymi parami.
Kitty wyjęła z kieszeni gruby, skórzany portfel, który ukradła jednorazowemu kochankowi. Otwarła fant i, nie zwracając uwagi na dokumenty, od razu wyjęła dwa pokaźne pliki banków. Zbędną dla niej rzecz wyrzuciła do śmietnika, a pieniądze schowała do kieszeni. Zadowolona ruszyła w kierunku przejścia dla pieszych. Idąc dumnie przed siebie i kołysząc biodrami, wydawała się być modelką. Egzotyczne oczy oraz uroda robiły swoje, roztaczając wokół czar, mamiący mężczyzn. 
Dziewczyna przystanęła przy parku, rozglądając się w poszukiwaniu znajomej twarzy, której szczerze nie cierpiała. Kiedy już zauważyła ciemnowłosego palacza w czarnej marynarce, westchnęła i ponowiła marsz. Nagle została popchnięta przez młodego chłopaka z niebieskimi włosami postawionymi na żelu. Młodzik tylko na nią spojrzał, otaksował wzrokiem i bez przeprosin ruszył przed siebie.
– Dupek! – zawołała za nim, pokazując środkowy palec.
Ujrzała tylko szerokie plecy okryte czarną koszulką z nadrukiem punkowej kapeli oraz spodnie bojówki w kolorze moro. Kręcąc głową, podeszła do Michaela. Wilkołak spojrzał na stojącą przed nim kobietę. W dłoni trzymał papierosa, a wyraz jego twarzy nie wskazywał zadowolenia.
– Znikasz na całą noc bez uprzedzenia, a później ja muszę cię szukać. – Bez przywitania zaczął wypominać dziewczynie błędy.
– Jestem dorosła i nie przypominam sobie, bym prosiła cię o niańczenie mojego tyłka – odpysknęła jak zawsze. – Plus, to nie twoja działka się mną zajmować. – Rozejrzała się wokół. – Gdzie Rafael? – spytała, mając na myśli idealną kopię mężczyzny siedzącego przed nią.
Michael, Gabriel i Rafael byli rodzeństwem, których matka posiadała zbyt duże poczucie humoru, nadając synom imiona archaniołów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że to trojaczki. Najstarszy z nich – Rafael – był najbardziej odpowiedzialny. Michael za często wpadał w kłopoty, a Gabriel? Najcięższy przypadek z całej trójki. Alkoholik, dziwkarz i hazardzista, dzięki któremu rodzeństwo miało niezłą fortunę na koncie.
– Mam coś, co cię może udobruchać – powiedziała już pokorniej dziewczyna, która sama też nosiła w sobie wilczy gen.
Kitty nie miała łatwego życia. Odziedziczyła po ojcu moc zmieniana się w bestię. Gdy zaczęła dojrzewać, wszystkie negatywne emocje jak gniew, niechęć czy nienawiść brały nad nią górę. Przestawała się kontrolować, co miało fatalne skutki. Podczas pierwszej przemiany zabiła matkę i rodzeństwo, ojca tylko pokiereszowała, po czym uciekła z domu.  Od tamtej pory gardziła sobą, gardziła zwierzęciem, które w niej drzemało. Wilkołactwo miało też i dobre strony. W ludzkiej formie widziała i słyszała o wiele lepiej niż przeciętny człowiek. Do tego dochodził jeszcze czulszy węch oraz ogromna siła.
–  Niby co? – spytał w momencie, gdy Kitty włożyła dłoń w tylną kieszeń spodni.
– Zabiję smarkacza! – zaczęła krzyczeć, rozglądając się po parku.
– Hej! Ciszej! – Michael starał się uspokoić podopieczną.
– Ten punk, co na mnie wpadł, zakosił mi kasę…
– Którą ty miałaś skąd? – Cyniczny uśmiech wpełzł na twarz Michaela.
Zrezygnowana kobieta podparła się o biodra. Wiedziała, że pieniądze zawsze uspokajały Michaela. Uwielbiał je, był materialistą zepsutym do szpiku kości.
– Nieważne. – Westchnęła. – Będziemy tu tak stać? Niczego nie jadłam od wczoraj. – Wilkołak przewrócił oczami.
– Wybierz knajpę, postawię ci lunch.




Do sklepu monopolowego wpadł wysoki młodzieniec o ładnej, lecz łobuzerskiej twarzy. Szarozielone oczy miał podkreślone czarną kredką, a na ustach malował się uśmiech triumfu. W dłoniach trzymał pokaźną sumkę.
– Skąd masz te pieniądze? – Postawny mężczyzna o szerokich barkach i mocno umięśnionych ramionach przyglądał się chłopakowi.
– Spokojnie, staruszku – odparł z uśmiechem Nathan. – Zwędziłem pewnej lasce w parku, gdy tu biegłem.
Georg spojrzał uważnie na wychowanka. Ciemne tęczówki, które były niemal czarne, świdrowały młodzieńca. Ten tylko wzruszył ramionami i poszedł za ladę. Zadowolony z siebie wyjął żelazną kasetkę i po wpisaniu kodu, ukrył swój łup pośród innych kosztowności.
– Nie uczyłem cię zwinności i szybkości, byś kradł.
– Gdybym nie kradł, nie wyżylibyśmy. Ten sklep – chłopaka rozpostarł szeroko ręce, starając się nimi ogarnąć ogromną przestrzeń – to kupa syfu. Dobra przykrywka, która nie daje profitów.
– Widać dla młodego liczy się tylko kasa. – Z drzwi po lewej stronie lady, prowadzących do magazynu, wyszedł średniego wzrostu mężczyzna.
Miał jasne blond włosy.  Zielone oczy wpatrywały się przyjacielsko w dwie osoby obecne w sklepie. Nie za szeroka szczęka, krzywy nos, po którym widać było, że już nieraz został złamany, nie odbierał uroku przystojnej, lecz surowej twarzy. Na brodzie i policzkach dało się dostrzec jednodniowy zarost. Od prawego ucha po obojczyk ciągnęła się blada, pionowa blizna. Silne dłonie trzymały duży karton wypełniony kolorowymi pudełkami. – Bierz się do roboty, młody – powiedział nowoprzybyły z obcym akcentem.
– To jest jawne wykorzystywanie najmłodszego pracownika. Georg, pomożesz mi, prawda? – Punk spojrzał błagalnie na postawnego mężczyznę.
Ten tylko pogładził się po łysej głowie i z kpiącym uśmiechem ruszył w kierunku wyjścia.
– Wybacz, dzieciaku, ale trzeba było się nie spóźniać. Poza tym właścicielem tej nory nie jestem ja. – Uśmiechnął się szczerze do Nathana i opuścił przybytek.
– Nienawidzę go – powiedział niebieskowłosy chłopak, przysuwając do siebie karton. – Co to? – spytał, zaglądając do środka.
– Towar, który w ciągu dwudziestu minut ma znaleźć się na półce – odparł rozbawiony Adrian.
– Nienawidzę was obu – powiedział żartobliwie punk, po czym wziął karton i ruszył do odpowiedniej alejki.
– Nathan, tylko niczego znów nie rozwal – westchnął mężczyzna z blizną i wszedł za ladę.
– Adrian, nie jestem już dzieckiem!






Kilburn Grange Park był dużym obszarem zieleni, który znajdował się niedaleko South Hampsted. To właśnie tu Veronique postanowiła spędzić wieczór. Zwyczajnie posiedzieć na ławce i posłuchać muzyki płynącej ze słuchawek odtwarzacza MP4.
Dzień przeleciał na przeglądaniu wiadomości w Internecie na temat nietypowych morderstw, jednak nie dokopała się do niczego pożytecznego. Po nikłym obiedzie, na który składała się porcja krwi z centrum krwiodawstwa, udała się na spacer po okolicy z zamiarem powęszenia. Zdziwiło ją, że w parku, w którym poprzedniego dnia piła kawę, czuła ulatniający się zapach wilkołaków. Gatunek ten miał dość specyficzną woń, drażniącą czuły węch wampirów. Zaniepokojona odkryciem, wiedząc, że mogło to pokomplikować wiele spraw, postanowiła wrócić pieszo do domu, by wszystko przemyśleć. Jednak gdy stanęła pod drzwiami z numerem 108, nie miała ochoty przez nie wchodzić.
Robiło się coraz bardziej zimno. Zachodni front przyniósł ze sobą burzowe chmury. Ne zwracając uwagi na pogarszające się warunki pogodowe, udała się do parku. Była tego wieczora rozkojarzona. Dzisiejszego dnia dwa razy zdawało jej się, że wyczuwała nieswoje emocje. Wpierw była to niezwykła euforia, jednak w godzinach przedpołudniowych poczuła gniew i frustrację.  W momencie, gdy z nieba spadły pierwsze ciężkie krople deszczu rozbryzgujące się na nagrzanych płytach chodnikowych, Veronique ponownie pogłośniła muzykę, chcąc się odciąć od świata. Głowę miała pełną najróżniejszych odczuć nienależących do niej. Rozkojarzona bardzo łatwo poddawała się presji otoczenia. W tym momencie słyszała myśli grupki osób na końcu parku oraz staruszki, prowadzącej na smyczy psa, który równie dobrze mógłby być imitacją parówki na nogach.
Muzyka zaczęła docierać coraz głębiej w umysł błękitnookiej dziewczyny. Skupiona wystarczająco na tekście piosenki w końcu się odprężyła i oparła o ławkę, odchylając głowę, pozwalając tym samym, by zimny deszcz obmywał twarz i spływał po czarnych włosach oraz skórze, przyjemnie ją łaskocząc. Przez chwilę na ustach wampirzycy pojawił się uśmiech.
Oddychała lekko, a jej pierś unosiła się miarowo. Jeansowa kurtka, którą miała na sobie, zaczęła jej ciążyć od nadmiaru wody, a wąskie materiałowe spodnie przykleiły się do bladej skóry. Nie przeszkadzało jej to. Lubiła deszcz i panującą wtedy atmosferę. Czuć było, jak natura się oczyszczała.
Kiedy park opuściły ostatnie osoby, a w oddali słychać było uderzenia zegara wypijającego drugą w nocy, Veronique w końcu osiągnęła pełnię spokoju. Wiedząc, że w domu pewnie będą na nią czekać lub, co gorsza, wyruszą na jej poszukiwania, wyjęła telefon i napisała krótkie:
Jestem w parku niedaleko domu. Będę późno. Nie czekajcie.
Światło bijące od ekranu komórki rozjaśniało już i tak bladą skórę twarzy dziewczyny. Wpatrzona w animowaną kopertę symbolizującą wysyłanie wiadomości nie zwróciła uwagi na to, jak dwie alejki dalej pojawiła się jakaś postać. Dopiero gdy frustracja, jaką wokół siebie wytwarzała, zaczynała odbijać się na Veronique, spojrzała w tamtym kierunku. Wyjmując słuchawki z uszu, postanowiła przysłuchać się osobie, która zakłócała nocną ciszę swoim jestestwem.
– Ted! Do jasnej cholery, w tej chwili masz po mnie przyjechać! – Wampirzyca uniosła kąciki ust w kpiącym uśmiechu, słysząc zdenerwowany kobiecy głos.
Nie mogła się lepiej przyjrzeć nieznajomej, bo co chwilę jej postać znikała za drzewami. Głos zaczynał się zbliżać do wampirzycy.
– Tak, na pewno! Nie! – Chwila ciszy. – Wprost idealnie! – krzyknęła dziewczyna, patrząc w telefon. – Kurwa! Nie rozłączaj się! Ted! Ted! Ted! – Furiatka schowała telefon do kieszeni spodni i z rezygnacją rozejrzała się po parku.
Jej spojrzenie zatrzymało się na postaci siedzącej w cieniu drzew. Sama zdawała się być cieniem. Okrywając nagie ramiona rękoma, postanowiła podejść do nieznajomej osoby. Z chwilą, gdy zbliżała się coraz bardziej, zaczynała się uspokajać, a kiedy zobaczyła, że miała do czynienia z przedstawicielką swojej płci, odetchnęła z ulgą. Było to tak intensywne, że ulgę tę poczuła nawet wampirzyca, która oparła się jeszcze wygodniej, lustrując dziewczynę.
Wyglądała jak siedem nieszczęść. Przemoczona i zmarznięta. Biały top bez ramion przylegał mokry od deszczu do zziębniętej skóry. Pod nim można było zauważyć odznaczający się czarny stanik. Luźne biodrówki miały ciemne plamy z deszczu, a nogawki zostały ubrudzone błotem. Jasne włosy opadały na twarz, z ich końcówek ściekała woda. Czujne zielone oczy o odcieniu igieł sosnowych wpatrywały się w Veronique z wyrazem rezygnacji. Szczupła twarz w kształcie trójkąta pokryła się rumieńcem zdenerwowania. Usta lekko drżały zapewne z zimna.
– P-przepraszam – wyjąkała. – Nie orientuje się pani…
Veronique parsknęła śmiechem tak donośnym, że zapewne słyszała ją cała okolica.
– Co cię tak rozśmieszyło? – spytała dziewczyna piskliwym głosem.
– Wybacz, ale spójrz na siebie i na mnie. Jesteśmy w podobnym wieku, a ty mi z „pani” wyjeżdżasz. – Błękitne oczy spojrzały rozbawione na ofiarę nocy.
Tak naprawdę przez ułamek sekundy Veronique myślała o tym, by wgryźć się w szczupłą, długą szyję, ale po namyśle zrezygnowała, wstając z miejsca. W chwili, gdy miała mordercze zamiary względem nowoprzybyłej, jej oczy zabłysnęły zwierzęcym blaskiem.
 Jasnowłosa dziewczyna pokręciła głową i zamrugała parę razy, po czym uważnie przyjrzała się rozmówczyni.
– Coś nie tak? – spytała Veronique, krzyżując ręce na piersi.
– Nie… tak… po prostu przez chwilę wydawało mi się… nieważne. – Machnęła ręką i westchnęła z rezygnacją. – Pewnie nie wiesz, jak się stąd dostać na Rideway Street?
– Aż stamtąd jesteś? To pół godziny samochodem, pieszo ponad godzinę i to szybkim marszem – powiedziała Veronique, przyglądając się dziewczynie jeszcze uważniej.
Może znajdziesz sobie jakichś przyjaciół? W głowie wampirzycy zagrzmiał głos jej brata. Sama nie wiedziała, czemu teraz przypomniała sobie te słowa. Wskazała brodą na komórkę odznaczającą się w kieszeni spodni blondynki.
– Chłopak? – spytała obojętnym tonem.
Dziewczyna pokręciła głową.
– Przyjaciel, zarazem współlokator. Najpierw namawia mnie na imprezę, na którą sam nie idzie, a później nie chce po mnie przyjechać, bo: jutro mam pracę, co ty sobie wyobrażasz – powiedziała, ujmując ostatnie słowa w cudzysłów z palców.
Veronique prychnęła rozbawiona, po czym zawtórował jej najbardziej melodyjny śmiech, jaki słyszała. Gdy dziewczyna skończyła się śmiać, wyciągnęła przed siebie drobną dłoń.
– Olivia. Olivia Drak. Dla przyjaciół Liv – powtórzyła, dodając nazwisko.
Wampirzyca westchnęła i podała nowopoznanej dłoń. Zdziwiła się, jak człowiek mógł mieć tak lodowate palce.
– Veronique… – Przez chwilę się zastanawiała, czy podać nazwisko. Myśląc, że nikt jej nie skojarzy ze szlachecką rodziną podjęła decyzję. – Veronique Vigee-Lebrun.
– Masz francuskie korzenie? – spytała Olivia, patrząc uważnie na Veronique.
Ta przeklęła w duchu i spuściła głowę, kiwając nią nieznacznie.
– Tak – potwierdziła. – Ale nie chcę o tym rozmawiać. Jak chcesz, mogę cię przenocować. Mieszkam niedaleko, a ty jesteś przemoczona i wyglądasz okropnie – powiedziała, wskazując jej strój.
– Tak, masz rację.  – Olivia zarumieniła się. – Ratujesz mi skórę. – Uśmiechnęła się promiennie do Veronique w taki sposób, że wampirzycy zaparło dech w piersiach.
Przez chwilę ta dziewczyna przypominała jej Alexandra, zanim stał się jednym z jej rodziny.
– Dlaczego mi się tak przypatrujesz? – spytała Olivia, kryjąc twarz w dłoniach onieśmielona.
– Przez chwilę przypominałaś mi osobę, którą znałam dawno temu.
– Zabrzmiało to tak, jakbyś nie wiadomo ile lat żyła – powiedziała dziewczyna, nawet nie mając pojęcia, jak wiele w tym zdaniu było prawdy. – Mam nadzieję, że masz z tą osobą dobre wspomnienia.
– Tak – powiedziała cicho Veronique. – Były dobre. – Mówiąc to, wskazała kierunek, w którym znajdował się jej dom.

6 komentarzy:

  1. Czarnowłosa (coś zrobiła), błękitnooka, zielonooka itp. W książkach nie ma takich określeń, to niestety chyba tylko wymysł blogosfery... Używaj imion lub np. wampirzyca, kobieta, mężczyzna, wampir. Czasem posłuż się zaimkiem. Nie popełniaj takich banalnych błędów w dobrym opowiadaniu.

    Poczytaj też sobie zasady pisania dialogów. "Dla przyjaciół Liv.-powrórzyła dodając swoje nazwisko. Czarnowłosa westchnęła (...)" - to wszystko, o czym mówię. Poprawiamy: (...) Dla przyjaciół Liv - powtórzyła, dodając swoje nazwisko. Veronikque westchnęła..."
    (Wycięłam fragment dla przykładu)

    Przy dialogach masz dywizy. Dywiz nie służy do zapisu dialogu, to łącznik, którym łączymy np. człony nazwisk. Zamieniaj te dywizy na półpauzy albo pauzy w Wordzie, bo skoro piszesz długie opowiadanie (prawie powieść), to musisz się do tego przyłożyć.

    Jeśli zabrzmiałam złośliwie, przepraszam, bo nie to było moim celem. Chciałabym Ci pomóc, bo fabuła mnie zaciekawiła.

    P.S.
    Muzyka na blogu jest ok, ale ta, która odpala się sama, doprowadza mnie do szewskiej pasji... Niestety nie jestem jedyna. Czytelnicy są różni. Jeden lubi czytać, słuchając, a inny nie i trafisz na oba typy. Jeśli ktoś by chciał, odpaliłby sobie muzykę, klikając na pasek. To naprawdę wystarczy. Myślę, że trzeba mieć na uwadze wszystkich swoich czytelników.

    Trafiłam tu z Rejestru blogów i jeszcze wpadnę, by przeczytać kolejny rozdział.
    Uwielbiam wampirki;)

    Pozdrawiam serdecznie,
    Dess

    OdpowiedzUsuń
  2. Znalazłam twój blog na rejestrze i nie żałuję, że tu zajrzałam. Widząc nagłówek, który nawiasem mówiąc bardzo mi się podoba, od razu domyśliłam się, że to opowiadanie o wampirach. Uwielbiam je, więc od razu zaczęłam czytac.
    Podoba mi się postac Veronique. Na początku nie mogłam przyzwyczaic się, że tworzy "zwyczajną" i "szczęśliwą" rodzinkę z Kainem i Lilith. Zawsze kojarzyłam tych dwoje jako przerażające istoty, przeklęte przez Boga, które mszczą się na wszystkich dookoła. Mimo to podoba mi się to, jak ich przedstawiasz.
    Gabriel, Michał, Rafael... gdy pierwszy raz przeczytałam o nich, pomyślałam, że to archanioły, w końcu mają ich imiona. Potem okazało się, że nie są archaniołami, tylko wilkołakami. Swoją drogą ich matka miała niezłe poczucie humoru, nazywając ich tak. ;D Spodobała mi się postac Michaela. Nie wiem czemu, ale jakoś go polubiłam.
    Czemu Lilith aż tak przejmuje się tymi łowcami? Przecież jest Pradawną, raczej nie uda im się jej zabic. Poza tym "żyje" już tyle lat, więc na pewno nie raz się na nich natknęła. Chyba, że ci łowcy są jacyś niezwykli.
    Dołączam do obserwatorów i z chęcią przeczytam kolejne rozdziały.
    Pozdrawiam i życzę weny. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zadziwiające, ale pojawiła się kolejna postać, którą od razu polubiłam- Michael. Coś dużo się już ich nazbierało, a na dodatek to wilkołak, co już jest dla mnie pretekstem, by go lubić. Gabriela poznam, choć jestem ciekawa jego osoby, a Rafeal, cóż, chyba nie będę go lubić. I Kitty, czarnoskóra wilkołaczka, ma w sobie taką iskierkę, która zachwyca. Nathan- ulubione imię, punk, kradzież, wszystko na swoim miejscu. I Veronique ma szanse na jakąś przyjaźń, być może Liv okaże się dobrą partnerką do wieczornych pogawędek. Ciekawe, co na to Kain i Lilith.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam,
    czyżby Vernique znalazła przyjaciółkę, tak tam roi się od wilkołaków i to sporo, Kitty tak łatwo dała się obrabować, a Michael'a już polubiłam...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem w raju gdzie do kolekcji Wampirów dodano wilki :D

    OdpowiedzUsuń