czwartek, 1 sierpnia 2013

ROZDZIAŁ 9. Siedemset pięćdziesiąt dziewięć lat.

To do tych których zostawiliśmy z tyłu
Do tych którzy nigdy się nie chowają
Do tych którzy są złamani w środku
Będę krwawić z wami
Do tych którzy czynią to słusznym
Do tych którzy nadal walczą
Do tych którzy nie tracą celu
Będę krwawić z wami.
Drowning Pool "Bleed with you"  






Dym. Czarne kłęby dymu unosiły się nad Rivalem. Porte de Demons skąpane było w ogniu, który tlił się od nocy. Blady świt, czerwone słońce, jakby z krwi. Czerwone w hołdzie poległym.
Demony, nie ludzie, istoty żywiące się krwią śmiertelnych, wpatrywały się w niebo z pustym wyrazem oczu. Z wyrazem śmierci.  Ich klatki piersiowe nie unosiły się już w miarowym oddechu. Ustały w miejscu.
Główna brama, ta, która prowadziła do miasteczka, została wyłamana. Na dziedzińcu, gdzie kiedyś sprzedawano chleb, gdzie kowal z uśmiechem na twarzy pozdrawiał przyjaciół oraz klientów, gdzie w stajni wesoło prychały rumaki, panowała pustka. Nie było niczego prócz ciał. Wszystko zniknęło.
Zamiast tego zostało pogorzelisko, pośród którego straszyły trupy istot, co miały siebie za nieśmiertelnych. Nieśmiertelnych, dla których ludzie byli tylko pokarmem. To właśnie ten pokarm, te nic nieznaczące dla nich istoty wydały wyrok na potężny ród wampirów Vigee-Lebrun.
Przestali istnieć.

Daleko, w ciemnym zaułku, gdzie jeszcze wczoraj, znajdował się mały sklepik zielarza, leżał blady, jasnowłosy mężczyzna. Złociste pasma, które skrzyły się w słońcu, były posklejane krwią i potem. Oliwkowa niegdyś skóra została pokiereszowana, a z otwartych ran leniwie sączyła się posoka. Wokół krwawiących otworów latały muchy, bzyczeniem nuciły żałosną żałobną pieśń w akompaniamencie syku ognisk.
Fioletowo-sine powieki zadrżały. Spierzchnięte, popękane usta uchyliły się, a spomiędzy bladych warg wydobyło się westchnienie. Tak ciche, tak żałosne, przepełnione bólem. Mężczyzna leżący do teraz na brzuchu ostatkiem sił zdołał się obrócić na plecy, sycząc i jęcząc w agonii. Nie miał siły na nic, czuł, że umierał. Z oczu spłynęły gorzkie łzy. Sam nie wiedział, czemu płakał, czy przez to, co go otaczało – wszechobecna śmierć, która była z jego winy –  czy z  bezsilności, a może z bólu.
– Ver… ero… niqu… que… – wyszeptał, patrząc w różowe niebo.
Świt. Chyba ostatni w jego krótkim życiu.
Spojrzał na swoje ciało. Odzienie zostało całe podarte. Wszystko miało czerwony odcień. Spojrzał na prawo, w dół, tam, gdzie go tak potwornie bolało.  Zamknął oczy, czując, jak wnętrzności zaczynają podchodzić mu do gardła na ten obrzydliwy widok. O ironio. Własne ciało napawało go odrazą.
Z prawego boku pod dziwnym kątem wystawało jedno z żeber, poniżej straszyła ogromna rana, z której wylewała się posoka. Nie pulsowała zacięcie, zdawało się, że to jego ostatnie krople krwi, krwi, co utrzymywała go przy życiu. Rana była rozległa, można by do niej wsadzić pięść rosłego mężczyzny.
Tak. Przypomniał sobie. Jeden z oszalałych wiśniaków zamachnął się na niego siekierą. Trafił dwa razy w to samo miejsce, odrąbując kawałek ciała.
Zaczął kaszleć. Z ust wypluł czerwoną ciecz. Umierał.
Mógł mieć tylko nadzieję, że tam po drugiej stronie, o ile istniała, znowu ujrzy czarne włosy, alabastrową skórę i błękitne oczy. Że ujrzy uśmiech i czerwone usta. Że ujrzy ją, jego Veronique.




Dziewczynę o kruczoczarnych włosach obudziły wstrząsy. Mruknęła coś niewyraźnie, otwierając oczy. Podtrzymując się o podłoże rękoma,  usiadła, rozglądając się wokół. Nad nią było błękitne niebo, a ona sama siedziała na drewnianej bryczce, którą ciągnęły dwa konie. Jeden – siwy z czarną grzywą i ogonem, drugi – kasztanowy.
Ledwo przytomna obejrzała się za siebie. Oczy rozszerzyły jej się ze zdumienia, nie potrafiła pohamować łez i szlochu narastającego w gardle, gdy widziała czarny słup dymu unoszący się ku niebiosom. Wydarzenia z nocy zaczęły powracać niczym koszmar.
Spojrzała ku szoferce. Siedział tam mężczyzna o brązowych włosach i w łachmanach. Zdawał się być zwyczajnym chłopem. Obok niego siedziała Lilith wpatrująca się w obraz nędzy i rozpaczy, jaki przedstawiała sobą Veronique. 
Większość ran, tych powierzchownych, zdążyła się już wygoić. Te poważniejsze nadal pulsowały tępym bólem i krwawiły.
– Gdzie jedziemy? – spytał Veronique, wpatrując się w Lilith.
– Opuszczamy Rival – odparła.
– To nie jest odpowiedź – powiedziała głośniej.
– Hej, hej – usłyszała głos, którego nie potrafiła rozpoznać.
Zerknęła lekko w lewo.
Siedział tam przystojny młodzieniec o kasztanowo-rudych włosach i złotych oczach, które mieniły się czerwienią. Miał wąską szczękę i prosty, drobny nos. Wysoko zarysowane kości policzkowe dodawały mu osobliwego wyrazu twarzy, zaś gdy się uśmiechał, po lewej, lekko nad linią wąskich warg, pojawiał się dołeczek.
– Uspokój się – dokończył, patrząc na Veronique ciekawskim wzrokiem.
Dziewczyna spojrzała na niego i na Lilith. Byli do siebie bardzo podobni.
– Kim jesteś? – spytała, odsuwając się od obcego jej wampira.
– Kain. Twój brat. A to jest pierwszy dzień reszty twojego życia.




Wiele się zmieniło. Wiele spraw nabrało sensu. Wiele pytań kłębiących się w głowie Veronique doczekało się odpowiedzi.  Podczas podróży z Rivalu wampirzyca poznała prawdę o sobie. Dowiedziała się, kim była.
Lilith, tajemnicza kobieta-demon siejąca chaos i niepewność podczas Elizjum i późniejszego pobytu miała swój cel, przybywając do Francji. Jej celem było odzyskanie córki, którą powiła w tajemnicy przed wszystkimi, a której ojciec dopuścił się zdrady.
Armand Vigee-Lebrun w roku 1229 gościł Pradawną w swoich włościach. Tajemnicza i zjawiskowa kobieta, która sporadycznie pojawiała się i znikała z jego życia, zawładnęła jego zmysłami. Była zakazanym owocem, była pięknym kwiatem, który urodą i ponętnością przewyższał Divę o stokroć.
Szlachcic dopuścił się występku przeciw małżonce. Czuł żal, a sumienie nie pozwalało mu zmrużyć oka.  Przepędził Pradawną ze swych włości, mając nadzieję, że romans z potężną wampirzycą nie wyjdzie na jaw.
Wtenczas jego małżonka oznajmiła mu, że spodziewała się dziecka. Cały Rival radował się na wieść o potomku Armanda. W parę dni przed porodem Divy, Lilith złożyła niezapowiedzianą wizytę Armandowi, który zdumiony nie potrafił przyjąć do świadomości, że i ta spodziewała się jego dziecka.
W noc, gdy Diva powiła syna, nastała tragedia. Podczas porodu wampirzyca straciła przytomność, a dziecko nie przeżyło. Zrozpaczony wampir zwrócił się o pomoc do Lilith, która urodziła mu córkę. Po wielu błaganiach Pradawna oddała kochankowi dziecię pod opiekę z obietnicą, że w dniu Elizjum dziewczynki wróci po to, co należało do niej.
W ten sposób Diva nie poczuła, czym jest cierpienie po stracie syna, poczuła matczyną miłość, którą obdarzyła czarnowłosą dziewczynkę z przenikliwym spojrzeniem ciemnoniebieskich oczu.
To właśnie przez krew Lilith płynącą w żyłach dziedziczki Porte de Demons, Veronique z taką łatwością penetrowała umysły ludzkie, to właśnie dlatego Lilith z taką uwagą interesowała się młodą kobietą, to dlatego dopuściła się niecnych czynów, by odzyskać tę, którą porzuciła przed laty.





Dzisiaj Veronique tułała się po świece, mając u boku matkę i brata. Matkę, którą wpierw przeklęła i znienawidziła. Brata, którego umiłowała i pokochała, który stał się jej najbliższym przyjacielem. Wiele lat minęło, nim Veronique zaakceptowała Pradawną. Wiele lat Lilith czekała, aż z ust czarnowłosej wampirzycy usłyszy „matko” zamiast przekleństw.
Cała nieśmiertelna rodzina żyła, przemieszczając się z miasta do miasta, z państwa do państwa. Jednak zawsze powracali w jedno miejsce – do Anglii, którą Veronique pokochała całym sercem. Pokochała ją za tradycję i kulturę.
Wszakże nigdzie nie mogli zostać dłużej niż dziesięć lat, musieli uważać. Nastały niespokojne czasy.
Od wydarzeń w Rivalu ludzie zaczęli siebie wzajemnie ostrzegać przed nieśmiertelnymi istotami, które żywiły się krwią. W wielu państwach dochodziło do podobnych czystek jak ta, która miała miejsce w Porte de Demons. Zaczęły powstawać zakony, klany, co za cel obrały sobie wybić krwiopijców. Wiele ludzkich rodzin zaczęło się trudnić polowaniami, nie tylko na wampiry, ale również na wilkołaki, które niejednokrotnie masowo wybijano.
Nastały ponure czasy dla tych, co zrodzili się w mroku.
Wilkołaki i wampiry, mając wspólnego wroga, nauczyły się ze sobą koegzystować, nie wyrządzając sobie krzywdy. Owszem, były i takie watahy oraz takie klany, które po dziś dzień prowadziły otwarte walki, narażając się wzajemnie na ataki łowców.
Świat zaczął się zmieniać.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata oraz wieki. Przez ten czas Veronique starała się wyprzeć z pamięci koszmarną noc. Noc, kiedy to straciła wszystko. Mimo to pamięć wampira była niezawodna. Wystarczyło czasem na chwilę zamknąć oczy lub zasnąć, a każde bolesne wspomnienie powracało, na powrót raniąc ledwo zabliźnione serce.
Wystarczyło przymknąć powieki, by zobaczyć ich wszystkich. Przyjaciół. Rodziców. Alexandra. Cienie minionych wieków.
Od nocy, gdy to ród Vigee-Lebrun przestał istnieć, minęło siedemset pięćdziesiąt dziewięć lat. Podczas tego okresu świat, który kiedyś istniał, zmienił się diametralnie.
Konne zaprzęgi zostały zastąpione przez samochody plujące spalinami drażniącymi nozdrza. Światło bijące od ognia wyparła elektryczność i żarówki, które raziły oczy. Listy wysyłane za pomocą ptactwa zastąpiła poczta oraz Internet.
Technologia wciąż i wciąż się rozwijała. Już nic nie było w stanie zszokować starych wampirów. Nic nie było w stanie wywrzeć wrażenia na Veronique, która patrzyła na ponad siedemset lat ewolucji i destrukcji.
Żyła i egzystowała, obserwując świat. A czas, co dla niektórych był wrogiem, nie odcisnął nawet najmniejszego piętna na ciele wampirzycy. Ona wciąż porażała urodą. Wciąż była piękna. Była dojrzała, panowała nad sobą oraz nad swymi zdolnościami.





Nastał rok 2009.
Veronique w towarzystwie brata i matki opuściła samolot. Zadarła głowę wysoko, patrząc na deszczowe chmury. W nozdrza wciągnęła wilgotne powietrze. W oddali ujrzała napis na terminalu lotniska: Lotnisko Heathrow w Londynie.
– Nareszcie w domu – wyszeptała pod nosem i ruszyła za gnającym tłumem.


8 komentarzy:

  1. Krótki, ale moim zdaniem bardzo dobry rozdział.
    Jedna wypowiedź, ale i tak słowa bohaterów nie były tu potrzebne do opisania sytuacji. Ten rozdział, bardziej wstęp do dalszych, jest świetny!
    Czekam na kolejne!
    Joyce

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy i momentami brutalny. I to mi się podoba ;) Zaczęłam czytać właściwie z powodu tych francuskich nazw. Jak można preferować Anglię nad Francję?! Cóż za ignorancja.
    Uważaj tylko na literówki ;)
    [teoria-wiecznosci]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy am inne upodobania, ja uwielbiam i Francję i Anglię :)

      Usuń
    2. Wow. Niesamowite. Podejrzewałam, że to Lilith jest matką Veronique. Nie wiem co powiedzieć.

      Usuń
  3. O jejciu xD Lilith jest mamą Ver, tak jak myślałam :D ale piękny rozdział, potrafisz świetnie pisać. Trafił we mnie smutek chwili .

    OdpowiedzUsuń
  4. W końcu po kimś musiała odziedziczyć taki charakterek. Lilith, matko, jak ja ubóstwiam tą boską kobietę, jest niesamowita. I do tego Kain, jestem ciekawa jak tam jego stosunki z siostrą. A Alexander? Przeżył? Jak przeczytałam opis jego wyglądu to aż zaczęły mnie biodra boleć, nieprzyjemne uczucie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    świetny, więc Vernique tak naprawdę była córką Lilith, Armand miał z nią romans, Dica urodziła syna, który zaraz po porodzie zmarł, więc Vernique została ich dzieckiem, dziwi mnie, że tak spokojnie przyjęła śmierć Aleksandra, ale co z nim umarł na prawdę czy jakimś cudem przeżył...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. - Większość ran, tych powierzchownych, zdążyła się już wygoić. Te poważniejsze nadal pulsowały tępym bólem i krwawiły. – czy wampiry nie leczą się w mgnieniu oka? Pamiętam, że jak Ver dotknęła Verbenę, to spopieliło jej palec. Który od razu powrócił do pierwotnej formy. Jeżeli przy większych ranach jest problem z regeneracją, to nie jest to jasne.
    - Podczas podróży z Rivalu wampirzyca poznała prawdę o sobie. Dowiedziała się, kim była. – a o swojej wielkiej miłości to już zapomniała? I nawet nie próbowała wrócić po jego ciało? Czy próbowała, ale jej nie pozwolili?
    - Wszakże nigdzie nie mogli zostać dłużej niż dziesięć lat, musieli uważać. Nastały niespokojne czasy. – czemu akurat 10?

    Tutaj ciekawy wstęp do dalszej akcji. Generalnie wyczuwam w powietrzu Zmierzch, nową wilkołaczą miłość i powrót Alexa, ale jeszcze nie wieszczę, tylko czytam dalej. :D

    OdpowiedzUsuń