czwartek, 12 września 2013

ROZDZIAŁ 13. Codzienność.

Jedna noc łowcy
Pewnego dnia zemszczę się
Jedna noc, by wspominać
Jeden dzień i to wszystko po prostu się skończy.
30 seconds to mars "Night of the hunter"






Do sklepu zoologicznego Dunlops Pet Shop, który mieścił się na Finchley Way, weszła niska blondynka z zaspanymi zielonymi oczami. Rozejrzała się po pomieszczeniu, szeroko ziewając. Przetarła powieki i ruszyła w stronę kasy.
– No nareszcie! – Za ladą stała niska dziewczyna, której ładna, owalna twarz była ozdobiona licznymi piegami. Proste, jasnorude włosy opadały za łopatki. – Gdzieś ty się podziewała, Liv?! – krzyczała piskliwym głosem.
Z nerwów mały piegowaty nos marszczył się niczym u małej rozkapryszonej dziewczynki, którą zresztą Lisa przypominała. Naburmuszona skrzyżowała ręce pod dużymi, jak na swój niski wzrost, piersiami, skrytymi pod błękitną koszulką z logo sklepu. W szaro-niebieskich oczach kryła się złość pomieszana z wesołością.
Olivia uśmiechnęła się przepraszająco do młodszej koleżanki i oparła się o chłodną ladę, kładąc na złożonych rękach głowę. Ze wzrokiem zbitego psa spojrzała na twarz przyjaciółki.
– Przepraszam Lisa, ale to wina Teda. Wczoraj byłam na imprezie, na którą mnie namówił, po czym mnie z niej nie odebrał i nie miałam jak się wydostać z South Hampsted – jęknęła.
– Aż tam cię wywiało? – spytała już udobruchana dziewczyna.
Olivia odpowiedziała tylko lekkim skinieniem głowy.
– No już dobrze, a teraz idź się przebrać – powiedziała Lisa, grożąc palcem. – Masz szczęście, że szef dzisiaj nie przyszedł.
– Wiem – odpowiedziała starsza dziewczyna, prostując się.
Przebiegła wzrokiem po sklepie z uśmiechem na ustach. Lubiła swoją pracę. Po pierwsze, bardzo kochała zwierzęta. Po drugie, szef to jej sąsiad i bardzo dobrze się z nim dogadywała. Po trzecie, miejsce to mieściło się tylko osiem minut pieszo od domu, gdzie mieszkała wraz z Tedem.
Dunglops Pet Shop był małym sklepem. Naprzeciwko szklanych drzwi znajdował się regał ciągnący się do samej kasy. Po lewej stronie mebla na półkach umieszczono najróżniejsze akcesoria, w jakie mógłby się zaopatrzyć właściciel jakiegokolwiek zwierzęcia. Zwisały tam długie smycze, przeurocze obróżki z cekinami oraz ubranka dla psów. Dalej można było zauważyć różnych kształtów i kolorów domki dla gryzoni wraz z ozdobami nadającymi się do terrariów i akwariów. Naprzeciwko tychże akcesoriów, pod ścianą, stały klatki, transportery, akwaria, terraria. Zaś prawa strona regału wypełniona została pokarmem i przysmakami. Naprzeciw karmy całą ścianę zajmowały drewniane półki, na których w klatkach pomieszkiwały zwierzęta czekające, aż ktoś je zakupi i podaruje nowy dom.
– Idę się przebrać  – powiedziała Olivia w stronę osiemnastolatki i minęła drewnianą ladę, by się dostać do pomieszczenia dla personelu.

– Proszę bardzo – powiedział Olivia do starszej pani, podając jej zakupy. – I życzę miłego dnia. – Z uśmiechem na ustach odprowadziła wzrokiem stałą klientkę sklepu.
Lisa w tym czasie uzupełniała towar na półkach. Gdy skończyła, otarła czoło i zadarła głowę. Nad wejściem do pomieszczeń socjalnych wisiał zegar. Wskazówki na metalowej tarczy wskazywały trzecią po południu.
– Za niedługo kończymy – powiedziała rudowłosa dziewczyna.
Olivia zerknęła na tarczę zegara.
– Faktycznie. Jeszcze tylko dwie godziny – przytaknęła i zamknęła kasę fiskalną.
Lisa oparła się o ladę i przez chwilę przyglądała koleżance.
– Z tego, co opowiadałaś, to Ted rzeczywiście nieźle cię wyrolował.  – Osiemnastolatka zaśmiała się z politowaniem.
– Daj spokój. – Olivia machnęła niedbale ręką. – Dobrze, że spotkałam tamtą dziewczynę w parku.
– Tak – powiedziała Lisa przeciągle, po czym badawczo zerknęła na straszą od niej koleżankę. – Jak ona się nazywała?
– Veronique.
– Ładne imię – mruknęła niby od niechcenia.
– I właścicielka imienia też niczego sobie – odparła Liv, puszczając oko do koleżanki.
– Spodobała ci się? – spytała Lisa bez ogródek.
Doskonale wiedziała o preferencjach seksualnych znajomej z pracy. Nigdy jej to nie przeszkadzało. Olivia była na tyle nieśmiała, że z początku, kiedy Lisa podjęła pracę w sklepie, cały czas ją unikała, rumieniąc się niczym burak za każdym razem, gdy ta na nią spojrzała. Później jednak się to zmieniło. Z czasem Olivia zaczęła się przed nią otwierać. Ich relacje się polepszały i, nie wiedząc kiedy, zaprzyjaźniły się. Jednak nie była to zażyła przyjaźń, bliżej im do dobrych koleżanki niż przyjaciółki.
Lisa była totalnym przeciwieństwem Olivii. Żywiołowa i przebojowa. Nigdy nie miała problemu z nawiązywaniem kontaktów. To dzięki niej Olivia w pewnym stopniu przezwyciężyła wręcz chorobliwą nieśmiałość.
– Może – mruknęła Olivia, paląc buraka, który w mig zdradził uczucia dziewczyny.
Z wypiekami na twarzy zaczęła nerwowo układać ulotki w plastikowym stojaku przy kasie. W tym momencie w sklepie zabrzmiał śmiech należący do Lisy.
– Wiedziałam, że ci się spodobała. Wiedziałam to już w momencie, jak o niej opowiadałaś z tym zachwytem w oczach.
– Zamknij się! – Zdenerwowana Olivia rzucała w przyjaciółkę stosem gazetek.
Lisa, nadal z uśmiechem, pokornie pozbierała makulaturę i odłożyła na miejsce.
– Spotkacie się jeszcze? – zagadnęła figlarnym głosem.
– Nie wiem, może.  – Olivia spojrzała na przyjaciółkę i oparła się o ścianę, na której wisiał ogromny plakat szczeniaka owczarka niemieckiego. – Wiesz, jej brat dał mi wyraźnie do zrozumienia, że mam się z nią spotkać. Jednak ona jest...  – Olivia zamyśliła się na chwilę, przywodząc wspomnienia tajemniczej, w jej mniemaniu, dziewczyny.
Dziewczyny, która nie miała własnych zdjęć z dzieciństwa; dziewczyny roztaczającej wokół siebie przygnębiającą aurę; dziewczyny, co była nienaturalnie piękna.
– Jaka? – dopytywała Lisa, patrząc na zamyśloną koleżankę.
– Jest inna. Nigdy nie spotkałam kogoś takiego. I jeszcze ten zdumiewający brak podobieństwa miedzy nią a jej bratem. To jest aż wbrew naturze.
– Sama mówiłaś, że mieli innego ojca.
– Tak, ale nawet wtedy jest się podobnym chociaż minimalnie do rodzeństwa. A oni wyglądają, jakby byli z dwóch różnych światów. – Olivia przygryzła dolną wargę.
Zawsze tak robiła, gdy mocno się czymś zafrapowała. Po chwili zwróciła wzrok na Lisę i, lekko się uśmiechając, powiedziała:
– Ale tak. Chciałabym się z nią jeszcze spotkać.
– Ja bym na twoim miejscu skorzystała. Kiedy ostatni raz się z kimś umówiłaś? – Olivia na to pytanie tylko spuściła wzrok, a na policzki wkradł się różowy rumieniec. – No właśnie. Zawsze zżera cię nieśmiałość. Jak tak dalej pójdzie, to zostaniesz starą panną, moja droga.
 


Dzielnica magazynowa mieszcząca się zaraz pod Londynem niedaleko Tamizy słynęła z szemranego towarzystwa. To właśnie tu kwitnął handel narkotykami i prostytucja, to tu zapuszczały się najgorsze odpady ludzkie, jakie znał Londyn, i nie tylko ludzkie. Policja oraz służby porządkowe nie zapuszczały się w ten rejon z obawy o własne bezpieczeństwo. Władze wolały zostawić to miejsce samopas. Przestępcy, błądzący w tych rejonach, nie robili nikomu krzywdy, jedynie samym sobie.
Magazyny znajdujące się w tej części miasta nie były używane od lat. Parę kilometrów dalej, na drugim brzegu rzeki, powstały nowe, bardziej nowoczesne. Te stare czekały, aż sąd wyda nakaz rozbiórki.
Uliczki pomiędzy blaszano-betonowymi konstrukcjami pokrywało roztrzaskane szkło oraz plamy niewiadomego pochodzenia. Z wielu kątów dawało się wyczuć ostrą woń szczyn oraz wymiocin żuli, którzy w spokoju, z dala od widma aresztowania, mogli zatopić się w alkoholu.
Jedna z dróg, nikle oświetlona przez migającą co i rusz latarnię, prowadziła do najdalej wysuniętego magazynu, z którego dobiegały dźwięki mocnej rockowej muzyki. Był to jeden z najbardziej zadbanych tutejszych budynków. Większość okien, gdzie kiedyś gościły szyby, było zabite popękanymi deskami, chroniącymi przed wścibskimi spojrzeniami.
We wnętrzu na oko zapyziałej budowli królował porządek i namiastka luksusu. Gdy przekroczyło się rozsuwaną żeliwną bramę, oczom ukazywało się ogromne pomieszczenie, z którego już dawno zniknęły magazynowe półki. Jednak z sufitu nadal zwisały przemysłowe lampy świecące białym, drażniącym oczy światłem.
Na lewo od wejścia znajdowały się schody wykonane z metalowej kraty prowadzące na piętro. Zaraz obok nich postawiono niską szafkę z dużym telewizorem. Przed nim był niski, prostokątny stolik, pod którym na chłodnej podłodze leżał puchaty, beżowy dywan. Wokół rozrzucono cztery pufy w tandetnym czerwonym kolorze. Po drugiej stronie magazynu znajdowała się kuchnia z wysoką lodówką, piekarnikiem, dwiema szafkami i stołem, tym razem wysokim oraz solidnie wykonanym, w kształcie koła. Przy nim ustawiono pięć krzeseł, z których cztery w tamtej chwili były zajęte.
Na trzech zasiadali mężczyźni. Każdy z nich miał ciemne, średniej długości włosy niemalże sięgające ramion, zaś oczy były jasne, przywodzące na myśl oceaniczne wody.
Jeden z braci – Michael podpierał brodę ręką. Z ust wystawał mu papieros, którego szary dym leniwie się unosił. Zmęczony wzrok miał utkwiony w szklance wypełnionej do połowy wodą. Obok niego, najmłodszy z rodzeństwa, siedział Gabriel, sącząc whisky.  Najstarszy z trojaczków, Rafael, rozsiadł się wygodnie na krześle i rozmawiał z Kitty, która tego wieczoru była jeszcze bardziej gadatliwa niż zwykle. Rafael jednak ze stoickim spokojem słuchał wilczycy. W jego oczach nie znać było agresji, co tak często gościło w spojrzeniu jego braci.
– Michael musi kojarzyć tego gościa. – Kitty spojrzała na najmniej lubianego przez nią wilkołaka.
Michael, słysząc swoje imię, tylko wypuścił kolejną porcję dymu spomiędzy wąskich warg.
– Którego? – spytał znudzonym głosem.
– Tego, co zwinął mi kasę.
– Nie widziałem jego twarzy. Widziałem tylko, że ktoś na ciebie wpadł. Pech chciał, że nic ci się nie stało. – Ostatnie zdanie powiedział ciszej. – A co z nim? – spytał po chwili.
 Rafael, Gabriel i Kitty spojrzeli z niedowierzaniem na mężczyznę.
– Wybaczcie mi, ale słuchanie was nawet zdrowego człowieka może wprowadzić w śpiączkę. Gabriel zresztą też ma waszą rozmowę w dupie, prawda, braciszku? – Michael zerknął z nadzieją na swą wierną kopię.
– To, że się nie odzywam, wcale nie znaczy, że ich nie słucham – powiedział spokojnie lekko zachrypniętym głosem i upił łyk alkoholu.
– Udam więc zainteresowanie. To o czym biadoliliście? – spytał Michael, gasząc niedopałek w szklanej popielniczce leżącej na środku stołu.
– Ten dzieciak miał dziwny zapach – zaczęła Kitty, nachylając się ku Michelowi. – Najpierw nie byłam tego pewna, bo równie dobrze mógł mnie minąć jakiś wampir, ale później do mnie dotarło, że to nie zwietrzały zapach pijawki, tylko kogoś, kto ma mieszaną krew.
– Hybrydy? – Palacz uniósł brew. – Ciekawa teoria, ale co ona nam daje?
– Można się temu bliżej przyjrzeć. Bo ile znasz hybryd? – Gabriel, który do tej pory praktycznie się nie odzywał, podjął temat.
– Jak się nad tym zastanowić… – Michael wyjął kolejnego papierosa i uderzył filtrem parę razy o blat stołu, namyślając się nad zadanym przez brata pytaniem. – Kiedyś znałem jedną… I tak nie rozumiem, po co mielibyśmy się interesować niedojebanym wampirem.
– Bo, jak to określiłeś: „niedojebany wampir”,  może nas doprowadzić do niej. – Rafael, wstał od stołu, szurając krzesłem.
– Marny plan – powiedział Gabriel, prychając. – Nie widzę związku pomiędzy jednym a drugim. Poza tym to trochę jak szukanie igły w stogu siana. Osobiście proponowałbym o tym zapomnieć. I tak urabiamy się po łokcie, przeszukując Londyn, by znaleźć tę wampirzą wywłokę, która, notabene, gówno mnie obchodzi. I tak już mało sypiam, więc, szczerze mówiąc, gówniarz, który objebał Kitty, jak dla mnie może sczeznąć w czeluściach piekieł. – Gabriel wypił resztkę alkoholu, skrzywił się przy tym nieznacznie, po czym spojrzał po reszcie wilkołaków. – Owszem, jeśli nadarzy się okazja i, na przykład, ta suka – mówiąc to, puścił perskie oko do Kitty – znów wpadnie na tego złodziejaszka, to wtedy może użyć swego uroku osobistego i się dowiedzieć paru rzeczy.
– Czyli dać dupy? – zapytał Michael, śmiejąc się szyderczo.
Kitty, słysząc to, posłała nienawistne spojrzenie w kierunku wilkołaka. Zdenerwowana wbiła paznokcie w blat stołu, robiąc na jego powierzchni widoczne pęknięcia i rysy.
– Zignoruj go – powiedział Rafael, kładąc dłoń na ramieniu kobiety.
– A ty co sądzisz o pomyśle Gabriela, braciszku? – spytał Michael, zerkając na najstarszego z nich.
Ten tylko wzruszył ramionami.
– I tak zrobicie to, na co będziecie mieć ochotę – powiedział znużony ciągłym użeraniem się z rodzeństwem, po czym zarzucił na plecy ciemną bluzę.
– Wybierasz się gdzieś? – spytała Kitty, patrząc na ubierającego się Rafaela.
– Muszę spotkać się z Natsu i sprawdzić pewien trop. Nie czekajcie na mnie, bo nie wiem, kiedy wrócę.
Michael, Gabriel i Kitty bez słowa odprowadzili wzrokiem zmierzającego do drzwi wilkołaka.




Veronique otworzyła oczy, które jarzyły się pośród ciemnego pokoju. Wampirzyca, ciężko oddychając, usiadła na łóżku i spojrzała za okno.  W tym samym czasie jej prawa dłoń zacisnęła się na podkoszulku, w miejscu, gdzie pod cienką warstwą skóry i twardymi kośćmi czuć było pracujące serce. Zwiewny materiał przykleił się do spoconego ciała.

– Dlaczego płaczesz? – spytał, gładząc kruczoczarne włosy dziewczyny.
– Nie płaczę – odpowiedziała, odrywając się od chłopaka, ukradkiem ocierając słone łzy.
Niedbale podciągnęła narzutę, zakrywając nagie piersi. Snop łuny księżycowej wpadał przez witrażowe okno, oświetlając parę kochanków.
– A te łzy, co spływają ci po policzkach?
– To nie moje łzy. – Obróciła twarz w kierunku młodzieńca.
Nikły uśmiech na jego twarzy odsłonił ostre kły.
– Jak nie twoje, to czyje? – spytał wampir.
Wtem blada ręka pochwyciła śniadą dłoń mężczyzny i przycisnęła ją do kobiecej piersi.
– Czujesz?
– Twoje serce, lecz czemu jest tak niespokojne?
– Bo to ono płacze.

Veronique potarła czoło, wzdychając ciężko. Kolejny sen. Znowu o nim śniła, a raczej widziała wspomnienia. Skołowana wstała z łóżka i, delikatnie stąpając po wykładzinie, podeszła do biurka, na którym stała szklanka z zimną wodą. W parę sekund opróżniła naczynie, ocierając usta.
Usiadła przy biurku i otwarła laptop. Po chwili w pomieszczeniu, zagłuszając nocną ciszę, rozległ się szum włączanego urządzenia. Blade i ostre światło bijące z wyświetlacza drażniło wrażliwe na każdy impuls wampirze oczy. Nie namyślając się, napisała tylko krótką wiadomość i zamknęła komputer, odchylając się w fotelu.

Gdzieś w Londynie blada twarz wpatrywała się w ekran komputera. Jasnobłękitne, niemalże białe oczy rozszerzyły się ze zdumienia, widząc tekst wiadomości.

Musimy się spotkać. Sny powracają coraz częściej. Chyba tracę zmysły.
V.

– Cholera. – Pomruk niezadowolenia odbił się echem po małym skromnym pokoju. Szorstka dłoń kogoś, kto dużo przeżył, przetarła zmęczone już oczy.  – I niby jak ja mam ci pomóc, Veronique? – Głęboki, męski głos zdawał się pytać sam siebie.
Mężczyzna wyłączył komputer.
Nastała ciemność.







7 komentarzy:

  1. Witaj, jestem tu nowa. Twoje opowiadanie jest wybitne, ciekawe i wciągające. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Ciekawi mnie ta Oliwia, którą poznała Veronique i czy Alexander nadal żyje.
    Pozdrawiam, Obserwatorka
    PS Przepraszam, że tak krótko, ale nie mam weny na pisanie komentarzy

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam wątpliwości i specjalnie zerknęłam co na to wujek Google i powiedział, że wyraz 'logo' się nie odmienia, więc Lisa miała bluzkę z logo sklepu, a nie z logiem sklepu ^^

    Ty się uczysz na weterynarza, nie? Uwielbiam chodzić do sklepów zoologicznych, a najbardziej lubię ten zapach, który się tam unosi. Taki bardzo charakterystyczny.

    O rajuśku, uwielbiam takie klimaty; zapuszczone fabryki, do których nikt nie chce wchodzić, a okazuje się, że tam ktoś mieszka. Awww.

    Nie pamiętam dokładnie jakie Alexander ma oczy, ale żywię nadzieję, że to o nim było na końcu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Się poprawi :P
      A nasz drogi Alexander ma brązowozłote oczęta :3

      Usuń
    2. Czyli to nie o niego chodzi, skubany ;c No to jestem zmuszona czekać na kolejny rozdział, ech

      Usuń
  3. Witaj.
    Przykro mi, ale nie wykonam dla Ciebie miniatury, ponieważ grafika, jaką posiadasz na blogu, jest potwornie kiepskiej jakości. Zdjęcia zostały rozciągnięte i rozpikselizowane, są niewyraźne i krótko mówiąc - paskudnie się prezentują.
    Przykro mi, ale na razie nic nie mogę zrobić.

    Kłaniam się,
    Heroina [przy-barze-fantastyki]

    OdpowiedzUsuń
  4. Znowu, to samo. Tyle się rozpisałam, a tu znowu mi komentarz usunęli. To niesprawiedliwe.
    Tak, jak mówiłam Gabriela i Michaela lubię, z Rafaelem będzie już ciężej. Choć któż wie? Może się do niego z czasem przekonam. Są hybrydy, które bardzo lubię i już nie mogę się doczekać, gdy dojdę do jakiejś akcji z nimi. Czy mi się zdaje, czy to oni są właśnie łowcami i polują na Lilith, Kaina i Veronique? Całe miejsce, opuszczone magazyny, brud, smród i syf- skojarzyło mi się ze scenografią z "Szeptem". Uwielbiam takie klimaty, także myśle, że będzie ich tu dużo. No i Liv przyznała się, że Veronique jej się podoba. Czemu mam nieodparte wrażenie, że jest ona w jakiś sposób powiązana z Alexandrem?

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    Liv zakochała się w Vernique, ciekawe kogo szukają, może naszej Ver...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń