wtorek, 8 października 2013

ROZDZIAŁ 14. Niezapowiedziana wizyta.

Spójrz w moje oczy
Tam kryją się moje demony
Nie podchodź zbyt blisko
Tam jest ciemno
Tam kryją się moje demony.
Imagine Dragons "Demons"



W kuchni czuć było specyficzny zapach unoszący się z wysokiej szklanki. Blada dłoń niedbale otarła usta, pozostawiając czerwoną smugę na skórze. Niebieskie oczy patrzyły w przestrzeń pustym wzrokiem. Veronique zdawała się być w tamtej chwili odłączona od otaczającego ją świata. Nie zwracała uwagi na hałas dobiegający z salonu. Po prostu siedziała przy stole i leniwym ruchem ręki zataczała kręgi na krawędzi szklanki, która splamiona była krwią.
Wtem do pomieszczenia wkroczyła, jak zawsze zjawiskowa, Lilith. Bujne, gęste, rude włosy miała upięte z tyłu głowy w ciasny kok. Z ramion zwisała ładna, prosta sukienka w kolorze beżu, która podkreślała bladość skóry. Spojrzenie miodowych oczu zatrzymało się na zamyślonej twarzy młodej wampirzycy. Antyczna kobieta oparła się o barowy stolik i, krzyżując ręce na piersi, chrząknęła stanowczo, chcąc zwrócić na siebie uwagę córki.
Veronique nieśpiesznie spojrzała na rodzicielkę z obojętnym wyrazem twarzy.
– Wyglądasz okropnie – powiedziała Lilith poważnym tonem głosu.– Głodzisz się? – spytała po chwili ciszy.
 Veronique odpowiedziała jej, tylko kręcąc głową.
 – Więc co się z tobą dzieje? – Lilith usilnie wpatrywała się w markotną twarz należącą do jej młodszego potomka.
– Nic – opowiedziała Veronique, wstając z miejsca.
Opróżniona szklanka została zapomniana i pozostała na swoim miejscu.
Veronique odeszła od stołu; chciała opuścić kuchnię, wymijając matkę, wychodząc drzwiami do salonu. Mocny uścisk należący do matczynej dłoni skutecznie jej to uniemożliwił. Długie paznokcie zaczęły boleśnie się wbijać w białą skórę Veronique.
Niebezpieczne spojrzenie niebieskich oczu zwróciło się ku twarzy Pradawnej. Ta tylko prychnęła, zirytowana dziecinnym zachowaniem córki. Sytuacja ta przypomniała Lilith tę sprzed siedmiuset lat, gdy to rozmawiała z Veronique przy schodach, w Porte de Demons.
– Puść mnie. – Szorstkość głosu Veronique można było przyrównać do powierzchni papieru ściernego.
– Puszczę, jeśli mi wyjaśnisz, co się z tobą dzieje. Zauważyłam, że od jakiegoś czasu zaczęłaś się snuć jak cień; wyglądasz, jakbyś nie przespała żadnej nocy przez ostatnie miesiące. Myślałam, że powrót tu, do Anglii, coś zmieni w twoim zachowaniu.
Veronique wyrwała rękę z uścisku, poważnie się przy tym kalecząc. Rozszarpane ramię zaczęło obficie krwawić. Krople krwi, spływając, plamiły podłogę, jednak po chwili przestały. Rana błyskawicznie się wygoiła, nie pozostawiając nawet blizny.
– Tak, źle sypiam, ale na to dla wampira nie ma lekarstwa. To, co myślę, nie powinno cię obchodzić, więc spieprzaj z mojej głowy. – Veronique niemal krzyknęła, czując, jak Lilith starała się wedrzeć jej do umysłu. –A co się tyczy odżywiania, to odżywiam się normalnie. Więc czy byłabyś tak łaskawa i przestała się mieszać? Daj mi spokój. – Wampirzyca uśmiechnęła się sztucznie do matki, po czym przeszła przez salon, mijając leżącego na sofie Kaina.
Huk zamykanych drzwi frontowych odbił się echem po całym domu.
Lilith stała oparta o futrynę i spoglądała na syna. Ten, czując spojrzenie matki, podniósł na nią wzrok.
– Nie patrz tak na mnie – powiedział, unosząc dłonie w geście obrony. – Ja nic nie wiem. Myślisz, że się mi zwierza? Jeśli tak, to grubo się mylisz. Ostatnim razem, gdy chciałem być dla niej miły, skończyłem z połamanymi żebrami i plecami, które wyglądały jak grzbiet zmodyfikowanego genetycznie jeża.
Lilith westchnęła, wywracając oczami. Nie lubiła tracić kontroli, szczególnie nad swoim potomstwem. Była Matką Potępionych, każdy wampir jej podlegał, zawsze surowo traktowała tych, którzy się jej sprzeciwili, jednak dla swoich dzieci miała zbyt miękkie serce. Zawsze dawała Kainowi i Veronique wolną rękę. Nigdy też nie czytała im bezpodstawnie w myślach. Jedynie teraz, nie mogąc się porozumieć z córką, próbowała wtargnąć do jej głowy, chcąc znaleźć źródło problemu.
– Martwi mnie jej zachowanie – powiedziała.
Kain podniósł się z sofy i wszedł do kuchni. Otworzył lodówkę i wyjął z niej butelkę wody. Upił parę łyków i, zakręcając korek, oparł się o blat.
– Rozumiem, że się martwisz, ale ona potrzebuje swobody – odparł Kain, oblizując wargi.
Lilith tylko skrzyżowała ręce na piersi.
– Jest dorosła. Jeśli chce siedzieć w swoich czterech ścianach, niech siedzi. Jeśli chce zniknąć na parę dni, to czemu nie? – powiedział młodzieniec, wzruszając ramionami. – Im bardziej będziesz naciskać, tym bardziej ona będzie się zamykać. Będzie chciała porozmawiać, to sama wyjdzie z inicjatywą. Wchodzenie jej na siłę do głowy tylko pogorszy sytuację.
– Kain, ja to wszystko rozumiem. Jednak z jej postawą… – Lilith westchnęła. – Boję się, że ściągnie na siebie kłopoty.
– Masz na myśli tych łowców? – Kain przechylił głowę. Jego średniej długości, proste włosy opadły mu na czoło, przysłaniając złote oczy. Zirytowany przesunął dłonią po głowie, odgarniając rude pasma. – Dlaczego się ich tak obawiasz? – zadał kolejne pytanie, nie czekając na odpowiedź.
Przenikliwym spojrzeniem zaczął świdrować postać Lilith, chcąc zauważyć najmniejsze wahanie nastroju. Był to jednak bezskuteczny zabieg. Lilith do perfekcji panowała nad swymi emocjami oraz aurą.
– Dlaczego rodzina taka jak nasza ma obawiać się łowców? Zdajesz sobie sprawę z tego, że samą naszą aurą jesteśmy w stanie zabić zdrowego, w pełni sił człowieka. Więc dlaczego? Hmm? – Kain zdawał się być rozluźniony, jednak w głębi cały się gotował z ciekawości.
Lilith wkroczyła do kuchni i usiadła przy stole. Szczupłe dłonie splotła na powierzchni zimnego blatu. Głowę zadarła i spojrzała na syna.
Biły od niego pewność siebie oraz samokontrola. W niczym nie przypominał wampira sprzed siedmiu tysięcy lat. Nie był tym samym narwanym, krwiożerczym potworem, dla którego liczyło się tylko mordowanie ludzi.
– Łowcy zawsze oznaczają kłopoty – odpowiedziała zagadkowo. – A twoja siostra uwielbia się w kłopoty pakować. Przyciąga je z siłą, z jaką magnes przyciąga żelazo.
– To nie jest odpowiedź, Matko – powiedział Kain, prychając. – Dlaczego nie potrafisz odpowiedzieć na jedno proste pytanie? – Bursztynowe oczy spojrzały na Lilith.
Wampirzyca milczała. Kain zaklął i zdenerwowany pokręcił głową. Ruszył do wyjścia, jednak zatrzymał się przy futrynie i palcem wskazującym wycelował w Pradawną.
– Ty coś wiesz – powiedział ostrym tonem głosu. – Czuję, że stan Veronique nie jest ci obojętny z jakiejś konkretnej przyczyny. Czuję, że sama się czegoś boisz lub kogoś.
Oczy Lilith rozszerzyły się i na ułamek sekundy zagościł w nich starach.
– Myślę, że powinieneś odszukać siostrę.
– A ja myślę, że nie powinnaś mi mówić, co mam robić.


           
Veronique stała, opierając się plecami o latarnię. Wzrok miała skierowany w stronę sklepu Dunlops Pet Shop. Czekała na Olivię. Właściwie sama nie wiedziała, czemu tu przyszła. Wytrącona z równowagi potrzebowała czyjegoś towarzystwa. Obojętnie kogo, byle nie był to wampir.
Zbliżała się siedemnasta. Powietrze robiło się coraz chłodniejsze. Pomimo tolerancji organizmu na skrajne warunki, Veronique nie lubiła marznąc. Przypominało jej to wtedy o długich i srogich zimach, jakie miały miejsce w Porte de Demons. Wraz z porywistym podmuchem wiatru wampirzyca mocniej otuliła się skórzaną kurtką, a czarne loki zatańczyły w powietrzu. Zadrżała. Nie była pewna, czy z zimna, czy ze zdenerwowania.
Jej myśli znów powróciły do Lilith, nie potrafiła jej rozszyfrować. Własna matka była dla niej nie lada zagadką. Znikała na całe dnie, po czym z uśmiechem na ustach wracała do domu, jak gdyby nic. Ona i Kain nie wypytywali, gdzie była i co robiła. Mało ich to obchodziło, dopóki Pradawna trzymała stosowny dystans. Dystans, który przez ostanie dni zmalał, a to nie podobało się Veronique.
– Do widzenia. – Veronique uniosła głowę na dźwięk piskliwego głosu należącego do rudowłosej dziewczyny, która w towarzystwie Olivii opuszczała sklep.
Nie zdając sobie sprawy z obecności wampirzycy po drugiej stronie ulicy, przyjaciółki rozmawiały ze sobą jak gdyby nic. Veronique nudził ten spektakl codzienności, więc uwolniła trochę aury, która w ciągu chwili zwróciła uwagę obu dziewcząt.
Olivia spojrzała w stronę Pierworodnej. Wpierw na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech, jednak po chwili zniknął w grymasie strachu.
– Cholera – zaklęła Veronique, czując, jak własna moc wymykała się spod kontroli.
Wzięła parę głębokich oddechów, starając się uspokoić i poskromić aurę. Gdy jej się to udało, przez ulicę w jej stronę zmierzała Olivia, zostawiając za sobą zdziwioną Lisę.
– Porzucasz koleżankę? – zagaiła wampirzyca jakby nic.
Olivia na zadane pytanie obróciła się i posłała Lisie uśmiech. Ta odpowiedziała jej tym samym i,  machając ręką na pożegnanie, ruszyła w tylko sobie znanym kierunku.
– Co tu robisz? I skąd wiedziałaś, że tu pracuję? – Olivia patrzyła na Veronique szeroko otwartymi oczami.
Głowę miała lekko zadartą, gdyż była znacznie niższa od rozmówczyni.
Wampirzyca zaśmiała się w duchu.
– Gdybym ci powiedziała, że to twój zapach mnie tu doprowadził, uwierzyłabyś?
– Prędzej pomyślałabym, że jesteś niespełna rozumu – odparła niższa dziewczyna z uśmiechem.
Spojrzenie zielonych oczu wbiła w chodnik; nie potrafiła znieść długiego kontaktu wzrokowego. Olivia, patrząc w oczy Veronique, miała wrażenie, jakby ta mogła dotknąć jej duszy. Nie było to przyjemne uczucie. Przerażało ją.
– Będziemy tak marznąć? – spytała Veronique po chwili ciszy.
Pogoda z minuty na minutę pogarszała się coraz bardziej. Ciemne, burzowe chmury zaczęły przysłaniać niebo, zwiastując kolejną ulewę.
– Chodźmy do mnie. To niedaleko – zaproponowała Olivia.
            


           
Dom, tak bardzo podobny do tego, w którym mieszkała Veronique, zapraszał do siebie otwartą na oścież drewnianą bramką. Ścieżka prowadząca do ciemnych drzwi wyłożona była dużymi płaskimi kamieniami. Białe firanki tańczyły na wietrze, wdzierającym się do domostwa poprzez uchylone okna.
Veronique przystanęła przed furtką i rozejrzała się po okolicy. Niebieskie oczy rejestrowały każdy szczegół, a umysł z zawrotną szybkością przyswajał nowe informacje. Wampirzyca wciągnęła powietrze w nozdrza, zadrżała. Wraz z wonią spalin i smażonej ryby wiatr przywiał ze sobą zapach, którego od dawna nie wyczuwała.
Podczas gdy Olivia zmierzała w stronę drzwi, Pradawna wpatrywała się z zawziętością w postać stojącą na końcu ulicy.  Ciemny kontur osoby odznaczał się na tle nieba, a w cieniu kaptura błyszczały niebiesko-zielone oczy. Szerokie ramiona wskazywały na mężczyznę, zaś nieprzyjemna woń, niczym mokrego psa, potwierdzała obecność wilkołaka.
– Veronique, idziesz? – Łagodny ton głosu Olivii sprawił, że wampirzyca na chwilę oderwała wzrok od rzadkiego gatunku.
Spojrzała na drobną dziewczynę uśmiechającą się do niej niepewnie i kiwnęła głową. 
Wraz ze zgrzytem i szczękiem zamka Olivia zniknęła we wnętrzu domu, a Veronique zerknęła w miejsce, gdzie stał intruz. Nie zdziwiła się, gdy ujrzała tylko sąsiednie domy oraz pojedyncze samochody. Czując, że ów mężczyzna rozpoznał, że nie była człowiekiem, wkroczyła do domu.
Od progu jej czuły węch zaatakowała woń spalenizny i czegoś, co pierwotnie musiało przypominać rybę. Olivia zniknęła jej z pola widzenia, więc została sama w przedpokoju. Kolor ścian przywodził na myśl domek samotnej babci. Ciemny korytarz tonął w odcieniach fioletu i brązu.
Veronique grzecznie zdjęła buty i odwiesiła kurtkę, pozostając tym samym w długim szaro-zielonym sweterku. Krzyżując ręce na piersi, wkroczyła w głąb mieszkania. Wiedziona odgłosami dochodzącymi z kuchni podążyła w tamtym kierunku. Oparła się ramieniem o futrynę i z zaciekawieniem przyglądała się Olivii oraz dwójce nieznanych jej osób.
Odgadła, że wesoły, dość przystojny mężczyzna to przyjaciela Olivii, Ted. Mężczyzna miał mocno zarysowaną szczękę oraz wyraziste rysy twarzy. Szare oczy zdawały się być bez dna. Dłuższe włosy sięgające karku były w kolorze dojrzałego żyta z przebłyskami brązu i czerni, co wskazywało na to iż, zostały przefarbowane.
Niska ciemnowłosa dziewczyna kręcąca się wokół starszego od niej Teda wydawała się być pogodną osobą. Oczy miała w tym samym kolorze, co Ted; również podobne rysy twarzy oraz niemal ich identyczny zapach utwierdziły Veronique w przekonaniu, że ta dwójka była spokrewniona.
Olivia z uśmiechem przyglądała się przyjaciołom. Ponad tym zamieszaniem spojrzenie jej zielonych oczu skrzyżowało się z chłodem niebieskich tęczówek. Na chwilę na twarzy Olivii pojawił się nieśmiały rumieniec.
Veronique, widząc to, uśmiechnęła się do siebie.
– Ted, Maggie – zaczęła cicho Olivia, wyciągając dłoń w stronę wampirzycy. – To jest Veronique, moja bohaterka, która uchroniła mnie przed wymarznięciem na kość, podczas gdy mój przyjaciel miał ważniejsze rzeczy do roboty – dokończyła ironicznie i spojrzała znacząco na mężczyznę, który w chwilę roześmiał się głośno, starając się ukryć zażenowanie..
– Doprawdy, Liv, nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Machnął ręką i zerknął na nowo poznaną dziewczynę.
Na chwilę rozszerzył oczy ze zdumienia. Po chwili podszedł do niej powolnym krokiem i stanął przed nią, mrużąc powieki.
– Nie spotkaliśmy się już kiedyś? Wyglądasz bardzo znajomo – powiedział niemalże szeptem
– Wybacz, ale nie – odparła pewnie Veronique. – Mam dobrą pamięć do twarzy i ludzi, których spotykam. – Wyjrzała za sylwetę Teda i kiwnęła głową w stronę Maggie. – Jesteście rodzeństwem?
– Aż tak to widać? – pisnęła dziewczyna. – Wolałabym nie być podobna do tego idioty.
– Ej! Zważaj na słowa! – warknął ostrzegawczo Ted, grożąc siostrze palcem. – Pamiętaj, że żywisz się pod moim dachem.
– O ile to – mówiąc to, podniosła zwęgloną rybę – można nazwać jedzeniem.
Veronique automatycznie zakryła usta dłonią i zaśmiała się w ciszy. Olivia w tym czasie podniosła słuchawkę telefonu, który przymocowany był do ściany.
– Zamówię pizzę – powiedziała bardziej do siebie niż do zgromadzonych.
Podczas gdy jasnowłosa dziewczyna prowadziła rozmowę telefoniczną, a rodzeństwo kłóciło się w najlepsze, Veronique wyszła z kuchni, kierując się na górę, do łazienki. Po drodze wyjęła z kieszeni spodni komórkę i machinalnie wybrała dobrze znany jej numer. Gdy zamykała za sobą drzwi, a z kranu zaczęła lecieć woda, w uszach usłyszała sygnał oznajmujący nawiązanie połączenia.
Usadowiwszy się wygodnie na brzegu zabudowanej wanny, czekała, aż rozmówca podniesie słuchawkę.
– Czego? – Usłyszała po piątym sygnale.
– Ciebie też miło słyszeć, Kain.
– Przez ciebie matka zaczęła się mnie czepiać. Dzięki, że zostawiłaś mnie na pastwę tej szalonej wiedźmy – warknął wyraźnie oburzony. – Ta kobieta doprowadza mnie do szału. Może ją zabijemy i spalimy szczątki? – zaproponował z nutą wyczuwalnego sarkazmu.
– Tak, dzięki temu zaskarbimy sobie względy całego naszego gatunku. Wybacz, że przerwę ci snucie niecnego planu zabicia naszej rodzicielki, ale nie po to dzwonię.
– Z twego tonu wnioskuję, że coś się stało – powiedział Kain, tak jakby w rzeczywistości nie chciał znać szczegółów.
– Można tak to ująć – westchnęła, pocierając czoło. – Spotkałam dzisiaj wilkołaka.
– No i? – spytał starszy wampir, jakby to był chleb powszedni. – Przecież czasem muszą wyjść ze swej budy i kupić nowy zapas psich chrupek.
– Kain. To nie są żarty. Słuchaj – zniżyła głos do szeptu. – Poszłam z Olivią do jej domu. Kiedy ona mocowała się z zamkiem, wyczułam jego zapach. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak stał na końcu ulicy, świdrując mnie spojrzeniem. To nie było normalne. Patrzył wprost na mnie, jakby się mi przyglądał i sprawdzał, że ja to rzeczywiście ja.
– Bredzisz – uciął Kain. – Po co jakiś pchlarz miałby się na ciebie gapić? Może był zszokowany, że widzi wampira.
– W mieście, gdzie się od nich roi? – spytała retorycznie Veronique. – Czuję, że coś tu nie gra. Może jak wyjdę od Liv, to go wytropię?
– A co zrobisz, jak go znajdziesz? Co zrobisz, gdy zaatakuje? Wiesz, czym się może skończyć nawet draśnięcie. – Słysząc tylko ciszę, Kain dodał: – Nie rób niczego pochopnie. Gdzie mieszka Olivia?
– Rideway 3.
– Pięć minut i jestem.
Veronique, słysząc sygnał zakończonej rozmowy, westchnęła przeciągle. Zakręciła płynącą wodę i wyszła z łazienki. Nie zdziwiła się, gdy ujrzała Teda opartego o barierkę schodów, wyczuła go już wcześniej.
– Mój brat zaraz tu będzie – poinformowała.
– Mogę wiedzieć po co?
– Jest okropnie nadopiekuńczy, ot co – odparła, chowając komórkę do kieszeni.
Fakt ten nie umknął uwadze Teda. Chłopak przyjrzał się uważniej stojącej przed nim dziewczynie.
– Jestem pewien, że już gdzieś cię widziałem, Veronique. – Przewrócił oczami, jakby szukał poszlaki w eterze.
Wampirzyca stała i wpatrywała się w natrętnego w jej mniemaniu młodzieńca.
– I do tego to imię i akcent. – Zastanawiał się głośno, po czym pstryknął palcami prawej ręki i wskazał na Veronique. – Jesteś Francuzką?
– Urodziłam się we Francji. Po co te wszystkie podchody?
– Wybacz, z natury jestem dociekliwy – odpowiedział z uśmiechem i wyminął dziewczynę, by móc wejść do łazienki.
– Ta dociekliwość kiedyś cię zgubi – rzuciła jeszcze przez ramię i zbiegła po schodach w chwili, gdy w domu rozległ się donośny dzwonek.

3 komentarze:

  1. Hmm, ciekawe co ich łączy. Gdzie się spotkali itp. Ted jest zwykłym człowiekiem? Czy też tam tego nie tak? Ona nie była tam przez wiele lat, więc napewno nie spotkali się tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ted będzie jej wiercił wielką dziurę w brzuchu aż się nie dowie skąd ją zna. I cały sarkazm Kaina tak mi się podoba, że nie możesz sobie tego wyobrazić. Zapewne to dlatego, iż sama jestem bardzo sarkastyczną osobę, raz się żyje. Wilkołak, zastanawia mnie czy, to któryś z trójki rodzeństwa, bo Kitty w pewnością nie. I kurczę, narobiłaś mi ochotę na pizzę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    czym tak naprawdę martwi się Lilith, o Keien ma ponad siedem tysięcy lat, czyżby ci szukali Ver i ciekaw mnie Ted czy naprawdę ją skądś zna
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń