piątek, 20 grudnia 2013

ROZDZIAŁ 17. Na tropie.

Gdy idę doliną cienia śmierci,
Noszę swoją cierniową koronę i wyciągam nóż z mej piersi,
Wciąż szukam czegoś, czego chyba nigdy nie znajdę,
Ale może nie znajdę, bo zostawiłem wszystko w tyle.
Hollywood Undead "Hear Me Now"



W salonie w starym, ciemnoniebieskim fotelu Olivia popijała zieloną herbatę. Przed nią na niskim stoliku leżały puste kartony po pizzy. Naprzeciwko Olivii, w dziwacznej pozycji siedziała Maggie, a obok na sofie leżał Ted. W tle grała cicho muzyka.
– Nie czepiałem się jej – powiedział z wyrzutem.
Dziewczyny spiorunowały go wzrokiem.
– No może trochę – przyznał się. – Miałem prawo być ciekawski, tak? Mówię wam, że skądś znam tę twarz.
– Nie pomyślałeś, że mogliście na siebie wpaść w jakimś sklepie? – odezwała się Maggie.
– Dokładnie – zawtórowała jej Olivia. – Ja wpadłam na nią w parku, w środku nocy, gdzie normalnie nie powinno być żywej duszy. Świat jest mały.
– A nie zdziwił cię jej akcent i nazwisko? – drążył temat chłopak.
Olivia wywróciła oczami, wzdychając przeciągle.
– A co w tym dziwnego? Nazwisko jak nazwisko. Wspominała, że pochodzi z Francji – jęknęła jasnowłosa dziewczyna.
Ted podniósł się i usiadł na brzegu sofy. Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że mężczyzna się nad czymś głęboko zastanawiał. Dziewczyny siedzące naprzeciwko siebie posłały sobie znaczące spojrzenia, zaś Maggie palcem pokazała, że jej brat oszalał.
– Teddy, wiesz, że to się nazywa mania prześladowcza i leczy się to psychiatrycznie? – spytała z przekąsem Maggie, na co chłopak posłał jej mordercze spojrzenie.
– Koniec, jak on sobie coś ubzdura, to nic nie wskórasz – powiedziała Olivia do siostry przyjaciela. – Uwierz mi, mieszkam z nim.
Mężczyzna nagle wstał jak oparzony i wyszedł z pomieszczenia, głośno wbiegając po schodach. Dziewczyny tylko słyszały, jak krzątał się w swoim pokoju, który znajdował się nad salonem. Coś huknęło, coś spadło, coś się roztrzaskało, by zaraz zawtórowało hałasowi donośne przeklinanie i przezywanie wszelakich bogów.
– Często ma takie napady? – spytała Maggie.
Olivia nieznacznie wzruszyła ramionami.
– Czasem mu się zdarza – odpowiedziała z uśmiechem. – Jednak teraz nie mam zielonego pojęcia, co chce udowodnić. Ostatnio starał się rozszyfrować kod w Star Treku.
– Ale tam nie ma żadnego kodu – zdziwiła się młodsza dziewczyna.
– No właśnie – dodała Liv. – Kiedy to nie wyszło, zaczął się interesować badaniami Einsteina i Leonarda Da Vinci; twierdził, że coś je łączy.
– Nie mów mi, że zaczęło się to od chwili, gdy moja mama załatwiła mu tę pracę w bibliotece uniwersyteckiej?
Olivia w odpowiedzi tylko pokiwała głową.
– Mam! – dało się słyszeć radosny krzyk Teda.
Po chwili wpadł do salonu, trzymając ogromne stare tomiszcze. Na powrót rozsiadł się w sofie, a książkę położył na stole, w ciszy wertując kolejne strony.
– Co to jest? – spytała Olivia.
– To jest księga, w której są odnotowane wszystkie rody szlacheckie Francji wraz z ich drzewami genealogicznymi – wyjaśnił pokrótce, nie odrywając wzroku od zapisanych kartek. – O, jest – powiedział pod nosem, przysuwając się bliżej stołu. – Vigee-Lebrun.
Słysząc nazwisko Veronique, Olivia w mig się zainteresowała i z ciekawością pochyliła się w stronę przyjaciela, gdy ten zaczął czytać:
– Czas panowania jednego z potężniejszych i najbardziej wpływowych rodów Francji Vigee-Lebrun trudno określić, ponieważ nie znana jest dokładna czy przybliżona data założenia rodu. Wiadomo, że nazwisko przestało istnieć w roku 1250, kiedy to ogromną posiadłość zwaną Porte de Demons strawił ogień. Gdy wybuchł pożar, głową rodziny był Armand Vigee-Lebrun, jego małżonką Diva, której pochodzenie jest niemożliwe do ustalenia. Armand miał tylko jednego potomka – córkę, Veronique. – Ted przestał czytać i z lekkim szokiem oparł się o sofę. – Interesujące – powiedział pod nosem.
Olivia zaśmiała się cicho, po czym, wstając, powiedziała:
– Niech zgadnę: przez zwykłą zbieżność nazwisk wysnujesz teorię, jakoby Veronique była ostatnią żyjącą osobą z rodu Vigee-Lebrun, który przestał istnieć siedem wieków temu?
– Siedemset pięćdziesiąt dziewięć lat – wymruczał.
– Słucham? – zdziwiła się Liv.
– Minęło dokładnie siedemset pięćdziesiąt dziewięć lat od tamtego zdarzenia.
Maggie wstała z miejsca, zabierając z oparcia kurtkę.
– Teddy, jesteś kochanym bratem, ale czasem robisz szalone rzeczy. Super, udowodniłeś nam, że kojarzysz skądś nazwisko Ver; możliwe, że skoro wyczytałeś je w jakiejś książce, to takim samym przypadkiem mogłeś Veronique spotkać w sklepie – odezwała się, kładąc bratu dłoń na ramieniu.
– Może – wyszeptał.
– Spędziliśmy dzisiaj miły wieczór, poznaliśmy fajne osoby – zmieniła temat Liv. – Kain pokazał nam parę sztuczek. Tylko szkoda, że tak wcześnie wyszli, prawda?
Maggie na wspomnienie przystojnego rudowłosego młodzieńca figlarnie zabłyszczały oczy, co nie umknęło uwadze Teda.
– Hej! – krzyknął za oddalającą się do drzwi siostrą.
Dziewczyna obróciła się w stronę mężczyzny, uśmiechając się szeroko.
– Mam pozdrowić mamę? – spytała niewinnie.
– Ty… – Skierował w jej stronę palec wskazujący. – Zadurzyłaś się w tym bufonie.
– Nie mów tak o nim – żachnęła się, zakładając buty i kurtkę. – Jest miły, zabawny i inteligentny.
– Na pewno nie będziesz się z nim spotykać – powiedział Ted głosem nieznoszącym sprzeciwu.
– A kto powiedział, że będę? – spytała, rozkładając ramiona. – To kolega, poza tym widziałam go na oczy tylko raz. Raz! – dodała dla podkreślenia wagi wypowiedzi. – Nie bój się, Teddy, nie jestem z tych, co lecą na pierwszego-lepszego faceta – mówiąc to, podeszła do brata i ucałowała go w policzek, po czym pomachała Olivii opierającej się o futrynę salonu.
– Jedź ostrożnie – powiedziała Liv z siostrzaną troską.
Maggie tylko kiwnęła głową i opuściła dom. Ted wychylił się zza drzwi i krzyknął jeszcze:
– Zadzwoń, jak dojedziesz do domu!
– Wiem! – odkrzyknęła, wsiadając do auta.
Gdy Ted zamknął drzwi, pierwsze, co zobaczył, to pełen politowania wzrok przyjaciółki. Uśmiechała się przy tym delikatnie.
– Wiem, jestem wariatem – powiedział wesoło.
– Nie ja tak twierdzę. – Olivia pokręciła głową. – Tylko twoja siostra. Posprzątaj w kuchni i w salonie – powiedziała proszącym tonem. – Jutro otwieram sklep; Lisa ma rano jakieś ważne spotkanie – dodała, kierując się na piętro.
– Hej, Liv. – Zatrzymał ją.
Dziewczyna obejrzała się na współlokatora.
– Całkiem fajni z nich ludzie, prawda? – mówiąc to, miał na myśli dwoje wampirów.
– Nawet Kain? – spytała z nutą wesołości.
– Nawet ten bufon. Idź się połóż, a ja – zerknął w stronę salonu – ogarnę ten rozgardiasz.




W świetle latarni, która zalewała ulicę pomarańczowym światłem, dało się zauważyć dwie postacie zmierzające wprost na siebie. Natsu, widząc nadchodzącego Rafaela, zwolnił kroku, by po chwili przystanąć przed żeliwną bramą prowadzącą do wnętrza magazynu, w którym pomieszkiwali. Wampir przestąpił z nogi na nogę, pocierając o siebie zmarznięte dłonie.
Rafael, zauważając nieśmiertelnego, uniósł kąciki ust ni to w przyjacielskim, ni to kpiącym uśmiechu. Podszedł do wampira powolnym krokiem przystając przed nim bez zbędnych powitań, odezwał się:
– Mam dobre wieści.
– Założę się, że nie tak dobre jak moje – odparł Nowonarodzony z nieukrywaną wyższością.
Wilkołak prychnął, jednak w jego oczach nie grały żadne negatywne emocje. Zdjął z głowy kaptur ciemnej bluzy i niedbale przeczesał włosy ręką. W ciemności jego oceaniczne oczy odbijały światło jak u wilka.
– Zawsze musisz być taki ostentacyjny? – spytał Rafael. –To drażniące. Tym bardziej, że ty i ja jesteśmy na równi.
– Twierdzisz, że się popisuję? – spytał wampir, mrużąc powieki.
– Twierdzę, że pomyliłeś teatr z prawdziwym życiem – mruknął Rafael od niechcenia, po czym chwycił za metalową klamkę i otworzył drzwi, które zaskrzypiały złowrogo.
– Pozwól, że rady i uwagi otrzymane od wilkołaka nie zrobią na mnie wrażenia – rzekł Azjata, wymijając jednego z trojaczków w przejściu.
Rafael tylko pokręcił głową, zamykając wrota.
– Wiesz, jaki jest twój problem, Natsu? – zawołał za oddalającym się w stronę schodów Nowonarodzonym.
Wampir, słysząc wilkołaka, przystanął, niechętnie się odwracając.
– Jesteś zbyt pewny swojej nieśmiertelności. Czujesz się niezwyciężony, co może w przyszłości okazać się fatalne w skutkach. Każdego da się zabić, wystarczy wiedzieć jak.
– Mówisz tak, jakbyś sam nie polegał na własnych umiejętnościach. – Wampir próbował się odgryźć.
Rafael postąpił krok naprzód, kierując się na piętro. Gdy zrównał się z wampirem uśmiechnął się, zachowując stoicki spokój.
 – A czy widziałeś mnie kiedykolwiek w postaci wilka? – spytał wprost do ucha nieśmiertelnego nie doczekując się odpowiedzi, kontynuował: – Wiem, że napawa cię duma z tego, kim jesteś. I dobrze, bo to nie powód do wstydu, ale pamiętaj o tym, kim byłeś, nim odrodziłeś się na nowo. Pamiętaj, że nie zostałeś stworzony z dobroci serca i umiłowania, a ze strachu przed samotnością. Wiem, że w twoich oczach ja i moi bracia zachowujemy się niczym psy myśliwskie, jednak robimy to z własnej woli i nie czujemy się upodleni, wykonując czyjeś rozkazy. A teraz, jeżeli nie masz nic więcej do powiedzenia, zejdź mi z drogi, bo mam do przekazania ważne wieści.
– Ty? Niby jakie? – prychnął Nastu, świdrując nieprzychylnym spojrzeniem Rafaela. – Od lat staracie się ją wytropić, mimo to nadal wracacie z niczym więcej jak poszlakami.
– Godzina siedemnasta dwadzieścia jeden, Rideway Street, weszła do domu numer trzy. Nadal uważasz, że wracam z niczym?
Wampir rozszerzył oczy ze zdumienia, jednak po chwili na jego ustach zagościł perfidny uśmieszek.
– Jesteś pewny, że to była ona?
– Jeżeli się pomyliłem, osobiście będziesz mógł wyszarpnąć mi serce. A ty co masz?
– Pół kilometra stąd, w pobliżu London Eye, minąłem się z nią. Była w niezłym szoku, gdy mnie zobaczyła – odpowiedział dumny z siebie wampir. – Jest tylko jeden mały problem, o którym nie mieliśmy pojęcia – dodał.
– Jaki? – westchnął Rafael. – I właśnie dlatego cię nie lubię, Natsu. Nigdy nie mówisz konkretów.
Azjata zbliżył się o krok w stronę rozmówcy, po czym nachylił się i wyszeptał mu do ucha:
– Wiedziałeś, że podróżuje z Pradawnymi? Dam sobie wyrwać kły, że razem z nią był przeklęty Kain.






– 16 października 1834 roku spłonęła znaczna część Pałacu Westminsterskiego. Zaraz po tragedii ruszyła budowa tego zegara. Uwielbiam pożary. Niszczycielska siła żywiołu, jakim jest ogień, od zawsze mnie fascynowała. Do tej pory żałuję, że gdy płonął Londyn, ja w tym czasie oddawałam się najróżniejszym rozrywkom, jakie mogły zapewnić mi kolonie holenderskie w Afryce. – Rudowłosa kobieta siedziała na ławce, podziwiając pnącego się ku niebu Big Bena.
Rozpuszczone włosy spływały jej za łopatki niczym lawa wyciekająca ze zbocza wulkanu. Czarna obcisła sukienka podkreślała nienaganną, wręcz idealną figurę. Złocistomiodowe oczy wpatrywały się w białą tarczę zegara, którego ogromne wskazówki informowały, że wybiła trzecia w nocy.
– Pół wampir, pół wilkołak oraz jego młodszy brat zrodzony ze zwykłej śmiertelnej kobiety, która  nie potrafiła oprzeć się urokowi Pierworodnego – wymruczała, obracając za siebie głowę.
Za nią w odległości niecałych dwóch metrów stali Max oraz Nathan. Ten drugi ściskał w ręku rękojeść noża skrytego w pochwie przy pasku. Lilith, widząc broń, uśmiechnęła się pobłażliwie, po czym zeszła z ławki okrążając ją, stanęła na wprost dwóch hybryd.
– Czym zawdzięczam sobie waszą obecność tutaj? – spytała nader uprzejmym głosem, w międzyczasie przeczesując ich umysły w poszukiwaniu przydatnych informacji. – Samotnik oraz łowca. Jak to jest polować na swych pobratymców? – To pytanie skierowała bezpośrednio do Nathana.
Chłopakowi niebezpiecznie zajarzyły się oczy. Zacisnął szczęki, starając się nie dać wyprowadzić z równowagi.
– Ciekawe, jakie to uczucie: móc wbić sztylet w pierś kogoś, z kim łączy cię podobieństwo krwi?
– Zamilcz, kobieto. – Pierwszy przemówił Max. – Nie rób mojemu bratu wody z mózgu, i tak niewielu mu go tam zostało. Doskonale wiemy, że na twoich rękach jest dużo więcej przelanej krwi nieśmiertelnych. I nie tylko.
Lilith zaśmiała się.
– Och, Max – zamruczała. – Uwielbiam takich mężczyzn jak ty. Niebezpiecznych, silnych i nieprzyzwoicie przystojnych.
Mieszaniec zmrużył oczy. Chwycił się za skronie, przeklinając pod nosem.
– Spieprzaj z mojej głowy, przeklęta wiedźmo – warknął ochrypłym głosem zwiastującym początek przemiany.
Paznokcie rąk zaczęły się wydłużać, zaś zęby zaostrzać, a skóra na dłoniach pokrywać sierścią. Lilith to nie wzruszało. Jednak nie chcąc robić zamieszania szalejącą hybrydą, opuściła umysł mężczyzny, który w jednym momencie cofnął zachodzące w jego ciele zmiany.
– Myślałam, że lubisz perwersyjny seks – powiedziała urażona.
– Jeżeli wyżeranie serca brata nazywasz perwersyjnym seksem, to nie mam zamiaru zobaczyć, jak u ciebie wygląda sado-maso.
Nathan stał zdumiony obok. Zdezorientowany przenosił wzrok z wampirzycy na brata, nie mając pojęcia, co się tak naprawdę działo. Nie wiedział, skąd wampirzyca znała ich imiona, tym bardziej, że Georg nauczył go, jak blokować umysł przed wampirami.
– Jakim cudem spenetrowałaś nasze myśli? – spytał zszokowany.
– Jesteś łowcą, a nie masz o mnie pojęcia? – mruknęła wyraźnie rozczarowana.
– Wiem, że jesteś Lilith. Matka Demonów, która zapoczątkowała wampiry.
– Cholera, Nathan, czego cię ten dziad uczy? – jęknął Max. – Nie, nawet nie odpowiadaj – wtrącił, widząc, jak ten otwierał usta. – Lilith – zwrócił się do stojącej przed nim kobiety. – Wiem, że jesteś nieobliczalna i nie mam zamiaru cię prowokować.
– To co tu robisz w takim razie? – spytała.
– Każdy, kto ma w sobie wampirzy gen, jest w stanie cię odnaleźć, jeśli tego zechce…
– Do tej pory nikt nie był na tyle głupi – wtrąciła wyraźnie znudzona.
– Tak, masz rację – przytaknął Max, bojąc się, że jeśli się sprzeciwi, ta w mgnieniu oka ich zabije. – Potrzebujemy twojej pomocy. Chcemy wiedzieć, gdzie znajduje się Siergiej Nobokov.

8 komentarzy:

  1. Hejka.
    Wiem, wiem, mam straszne tyły w czytaniu blogow, nie mówiąc już o pisaniu. Nie mam czasu, a jak go, w jakiś magiczny sposób mam, to mój facet zajmuje kompa i ... Nie będę narzekać, niczego to nie zmieni.
    Co do Twojego tekstu. Bardzie zgrabnie prowadzisz intrygę, wiesz jak zainteresować czytelnika.
    Uwielbiam Kaina. Z jednej strony jest niebezpieczny, nieobliczalny i pragnie krwi, a z drugiej opiekuńczy.
    Czekam na rozwój sytuacji.
    Pozdrawiam. Ada.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć
    Przeczytałem, spodobało mi się, postanowiłem zostawić komentarz, żeby wiadomo było, że opowiadanie nie jest pisane na marne.
    Przypomina mi to serię Richelle Mead o sukubie, co wcale nie jest wadą. Wręcz przeciwnie, uważam to za duży plus.
    Pozdrawiam,
    A.J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć, jednak ciekawi mnie skąd te podobieństwo gdyż nie znam tej autorki :)

      Usuń
  3. Hej :) Blog mnie bardzo zainteresował, obiecuję w wolnej chwili zagłębić się lepiej w jego treść :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny blog :) Rozdział napsainy potocznym i przyjemnym do czytania językiem ;)
    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej
    Wow twoje opowiadanie jest świetne :) dzięki za uwagi na moim blogu były przydatne. Dzięki temu tekst został zredagowany więc jak coś możesz jeszcze raz przeczytać :).
    Ps. biorę twój button i wstawiam u siebie czekam na to samo

    OdpowiedzUsuń
  6. Tyle ciekawych informacji, tyle do komentowania, a ja jestem zbyt zmęczona, by skomentować.
    Przepraszam...lecz obiecuję poprawę! :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    czyli oni naprawdę szukają Vernique, Tedowi wydaje się znajoma, no i jeszcze ta księga o rodach francuskich...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń