sobota, 5 kwietnia 2014

ROZDZIAŁ 18. Bracia.

Wiem, że jestem pojebany i skażony
Chowałem się i czułem odrzucony (...)
Wiem, że jestem chodzącą sprzecznością
Jestem prawdą, którą życzysz sobie, żeby była fikcją.
Papa Roach "Give me back my life"


Krople deszczu spadające z ciemnego nocnego nieba rozbijały się o brudny asfalt. Gdzieniegdzie zaczęły się tworzyć kałuże, w których odbijał się blady księżyc wiszący na niebie. Jego świetlisty sierp co i rusz przysłaniały ciężkie chmury, tym samym nadając okolicy poniżej ponurego, mrocznego klimatu.
Nocną ciszę nad brzegiem Tamizy przerywał odgłos przyspieszonych kroków dwóch mężczyzn skradających się w cieniu budynków, niemal przylegając do nich plecami. Obaj byli uzbrojeni. Georg Bardson trzymał w dłoniach pokaźnych rozmiarów strzelbę, której lufę zakończono tłumikiem. Mężczyzna zmrużył oczy, gdy parę kropel wpełzło mu pod powieki. Oddychał spokojnie i miarowo. Obłoczki pary wydobywające się z jego lekko rozchylonych warg leniwie się unosiły. Po chwili przystanął, wyciągając za siebie rękę, gestem nakazując, by podążający za nim Adrian został w  miejscu.
Majewski bez wahania wykonał nieme polecenie szefa. Przylgnął plecami do jednego z budynków, oddychając ciężko. Nie miał nerwów ze stali jak Georg. Mimo wielu lat praktyk w polowaniu na nadnaturalne stworzenia Adrian nadal odczuwał stres i niepokój na misjach. Polak lekko spuścił głowę; gdy to zrobił, ujrzał własne odbicie w kałuży. Miał zmęczoną twarz, a zielone oczy, kiedyś były radosnego blasku, stały się matowe i puste. Zacisnął szczękę i pociągnął nosem. Prawą dłoń oparł na rękojeści katany, którą zwykł zabijać, zaś lewą bezszelestnie poprawił kaburę u paska, gdzie spoczywał pistolet z magazynkiem pełnym naboi z werbeną. Zerknął w prawo na druha, który właśnie zaglądał przez szparę pomiędzy dwiema deskami zabitego okna.
Bardson odsunął się o krok od ściany, strzelbę zarzucił na plecy, a z kieszeni wyjął pokaźnych rozmiarów kastet wzmocniony grubym kawałkiem tytanu oraz wyposażony w średnich rozmiarów kolce.
– Georg, co robisz? – szepnął Adrian, widząc poczynania szefa.
– Rozwalam okno, a na co ci to wygląda? – odpowiedział bez przejęcia.
– Widzę… nie pomyślałeś, że jeśli śpią, to się zbudzą? – dodał Majewski, podchodząc bliżej. – Nie wiemy, ile dokładnie jest tam wampirów, a nas jest tylko dwóch.
– Dramatyzujesz. – Bardson machnął niedbale ręką. –Odsuń się, nie chcesz mieć w oczodole drzazgi, prawda?
Polak tylko pokręcił z niedowierzania głową. Wiedział, że Georg był dość ekscentryczną i impulsywną osobą, jednak mimo to zawsze cechował go chłodny, trzeźwo myślący umysł. Najwidoczniej, gdy jego wychowanek – Nathan znikał bez słowa na parę dni, twardo stąpający po ziemi Bardson, martwiący się o chłopaka, łatwo popełniał głupstwa. Adrian uniósł kącik ust w uśmiechu, widząc, jak Georg przygotowuje się do wymierzenia ciosu w okno, gdy nagle zielone oczy Polaka dostrzegły niedomknięte drzwi z boku budynku.
– Georg, nie musisz strugać Terminatora – mruknął w kierunku barczystego mężczyzny.
Ten uniósł brwi niemalże po linię wygolonych włosów, przyglądając się trzydziestolatkowi. Adrian, widząc wyraz twarzy szefa, sugestywnie wskazał brodą boczną ścianę domu. Georg niechętnie schował kastet do kieszeni obszernych wojskowych spodni i, rozchlapując glanami wodę z kałuż, podszedł do krańca budynku. Zerknął w lewo na drzwi i dobrze widoczną szparę między nimi a  futryną.
– Drzwi są nudne – szepnął, krzywiąc się.
– Może tak, ale na pewno nie zbudzą wszystkich pijawek w okolicy, tak jak rozwalane w drzazgi okno. – Adrian, mówiąc to, wyminął Georga i stanął przy zawiasach, trzymając klamkę. – Przydałby się Nathan; młody przynajmniej sprecyzowałby, ile jest w środku tych potworków.
– Strasznie się od niego uzależniłeś, druhu – odparł cicho Bardson, odbezpieczając strzelbę. – Chłopak poluje z nami dopiero od pięciu lat.
Adrian zaśmiał się cicho, napierając przy tym na drzwi, które w tamtym momencie wydały z siebie przeraźliwe zgrzytnięcie mogące wyrwać umarłego z grobu. Łowcy zastygli w bezruchu, uważnie nasłuchując, czy aby wszystko było jak należy. Upewniwszy się, że nie ściągnęli na siebie niebezpieczeństwa, odetchnęli z ulgą.
– Właściwie, gdzie on się podziewa? – spytał Majewski, powoli otwierając drzwi.
– Max wrócił do miasta – wymruczał Georg, zaświecając latarkę znajdującą się na lufie, po czym uniósł broń i ostrożnie przekroczył próg.
– Tak? – zdziwił się Polak, wyjmując ostrze z pochwy. – Nie jesteś tym zainteresowany? Z ostatnich moich aktualizacji wynika, iż szczerze nie cierpisz tego faceta.
– Naprawdę musimy o tym rozmawiać, penetrując prawdopodobne gniazdo wampirów? – sarknął Bardson, rozglądając się po pomieszczeniu, wyglądającym niczym stare biuro.
Parę niewyróżniających się mebli, na których kurzyły się się rożne dokumenty i teczki, było poustawianych w nieładzie. Większość krzeseł została powywracana, zaś na ścianach dało się dostrzec bordowe plamy różnych kształtów. Zapach, jaki utrzymywał się w pomieszczeniu, łowcy rozpoznali od razu. Odór rozkładającej się krwi i zapewne niejednych zwłok. Adrian wybałuszył na chwilę oczy, gdy wziął głęboki oddech; szybko się przekonał, że to zły pomysł, czując narastające mdłości. Zakaszlał i odchrząknął cicho, zakrywając sobie usta dłonią, po czym zaczął się uważnie rozglądać, dopóki jego wzrok nie przykuły kolejne drzwi, tym razem zamknięte.
– Psst! – syknął w kierunku Bardsona, który był pochłonięty przeglądaniem stosu kartek na jednym z biurek.
Łowca, słysząc znajomy dźwięk, w mig się obrócił, by spojrzeć na partnera. Rozłożył dłonie w pytającym geście, zaś Adrian pokazał ostrzem katany białe okleinowe drzwi wciśnięte pomiędzy butlę z wodą a wysoką szafkę. Georg kiwnął głową i ostrożnie do nich podszedł; pewnie chwycił okrągłą klamkę, jednak gdy nią poruszył, nic się nie stało. Były zamknięte, na co obaj zareagowali westchnieniem niezadowolenia.
– Chyba trzeba będzie je rozwalić – mruknął Polak, chowając miecz do pochwy.
– No nie gadaj, serio? – sarknął Georg. – W takich chwilach przydałby się Nathan, dla niego żaden zamek to nie problem.
Adrian zaśmiał się cicho.
– Czy nie za bardzo się od niego uzależniłeś? – rzucił mu wcześniejsze słowa w twarz, na co Bardson zareagował grymasem i wiązanką przekleństw pod nosem. – Przepuść mnie – powiedział, wymijając szefa i podchodząc do drzwi; klęknął przed nimi i przyjrzał się zamkowi. – Bułka z masłem.
– Rzadko się wyrywasz do takiej roboty. – Georg stał w niewielkiej odległości z założonymi rękoma, obserwując, jak Adrian stara się wcisnąć coś, co w jego mniemaniu powinno być wytrychem, do wąskiej dziurki na klucz.
– Może i tak, ale nie zapominaj, że jestem Polakiem, a Polak potrafi – odparł, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
– No, żeby tylko na gadaniu się nie skończyło. Nie mam zamiaru spędzić tu całej nocy.
Po paru minutach coś zgrzytnęło, a drzwi z lekkim skrzypnięciem się uchyliły. Zadowolony Georg na powrót zdjął strzelbę z pleców i ułożył ją sobie wygodnie w rękach, zaś Adrian, wyprostowawszy się, wyjął katanę z pochwy i otwarł drzwi na oścież, pozwalając Georgowi oświetlić kolejne pomieszczenie.
– Cholera – warknął Bardson, widząc malujący się przed nim obraz.
Na podłodze leżało dwóch mężczyzn, na oko dwudziestoparoletnich. Twarze mieli wykrzywione w grymasie bólu, a oczy wywrócone białkami do góry, co wyglądało strasznie. Jednak najgorszy był zapach.
– Chyba puszczę pawia – powiedział cicho Adrian, czując, jak z tego wszystkiego zaczynają mu łzawić oczy. – To na pewno wampiry? – spytał, obracając się za siebie. – One lubią mieć czysto, rzadko zostawiają trupy pod swoim dachem. Na wilkołaki też mi to nie wygląda.
– Wiem – powiedział lider, wkraczając do kolejnego pomieszczenia, które okazało się wąskim korytarzem, z dwoma wejściami, po prawej i lewej stronie. – Może to strzyga? Albo inne cholerstwo.
– Strzyga?
– Gniją i rozkładają się jak każde zwłoki – odparł. – Jednak tak jak wampiry żywią się krwią. Z tym, że mają w dupie estetykę wystroju wnętrza, w którym przebywają – dokończył, rozglądając się i myśląc gorączkowo. – Nic tu po nas.
– Jak to? – zdziwił się Majewski.
– Nie polowałeś wcześniej na te stwory, więc nie masz o nich zielonego pojęcia. Jest ich bardzo mało, uwierz mi, nie często można na nie trafić, ale gdy już trafisz, to trzeba pamiętać o tym, że mimo iż w niektórych sprawach zachowują się jak wampiry, to nimi nie są. Po pierwsze: jak widać, w dupie mają zwłoki, zostawiają je gdzie popadnie. Po drugie: są martwe i są bardziej jak pasożyty z kończącą się datą ważności. Przeciętny osobnik dożywa, jakkolwiek głupio to nie brzmi, maksymalnie trzech miesięcy, po tym czasie wszystko obumiera, nie ma w sobie nic, co mogłoby go utrzymać przy życiu. Po trzecie i najważniejsze: nie mogą wychodzić na słońce. Jest noc, a co za tym idzie, nasza zguba nie pojawi się tu do świtu. Wrócimy tu z rana.
Adrian nie słuchał już od jakiegoś czasu, bo całą uwagę skupił na niezwykłym, przypominającym kształtem człowieka cieniu, który majaczył nad sylwetką Georga, co chwilę ruszając się niezauważalnie na boki. Majewski przełknął ślinę i ostrożnie na powrót wyjął ostrze, na co Georg przekrzywił głowę niczym dziwiący się pies.
– Co robisz? – spytał zaskoczony.
Adrian w odpowiedzi tylko dyskretnie pokazał palcem sufit.
– Och – westchnął Georg. – Nie wspominałam, że te dziadygi świetnie się poruszają po wszelakiej powierzchni?
Adrian pokręcił głową.
– To już wiesz – mówiąc to, błyskawicznie wycelował strzelbą w sufit nad sobą i oddał parę strzałów w postać zwisającą nad nim.
Strzyga, która okazała się kobietą, zawrzeszczała przeraźliwie i odskoczyła w bok, ostrymi pazurami odrywając kawałki farby i tynku. Zatrzymała się, dysząc i gulgocząc, jakby się topiła, w kącie pomiędzy ścianą a sufitem. Nogi rozłożyła w pokracznej pozie, zaś dłońmi trzymała się kurczowo ścian. W jej oczach, które świetnie odbijały światło, nie było znać człowieczeństwa, jedyne, co wskazywało, że kiedyś nim była, to twarz i postura. Rozchylone usta ukazujące rząd ostrych niczym u rekina zębów toczyły pianę. Sylwetkę miała okrytą potarganymi ubraniami, a w miejscach, gdzie dało się spostrzec widać było blado-sine ciało, dało się dostrzec różnych rozmiarów siniaki oraz kawałki pękającej i odpadającej skóry.
– Szybka jest. – Bardson ucieszył się niczym wariat.
– Co w tym zabawnego? Lepiej powiedz mi, jak to zabić!
– A no tak! – Nie dane było Bardsonowi dokończyć zdania, bo w tym momencie strzyga rzuciła się wprost na niego.
Mężczyzna, mając niesamowity refleks, zamachnął się w porę i z całej siły walnął ją strzelbą. Coś, co kiedyś było kobietą, przeleciało przez pomieszczenie i huknęło o ścianę; dało się usłyszeć, jak pogruchotały się jej niektóre kości. W miejscu, w które uderzyła, została nieduża plama gnijącej już krwi. Strzyga starała się podnieść, jednak złamana w łokciu ręka skutecznie jej to uniemożliwiała, a na regeneracje nie miała co liczyć. Ten luksus jej nie przysługiwał.
Wykorzystując okazję, Georg odwrócił się do zszokowanego kompana z zamiarem wyjaśnienia, jak monstrum zabić.
– Musisz jej odrąbać głowę – powiedział z uśmiechem.
Adrian stał w bezruchu, mrugając co chwilę, zastanawiając się, czy dobrze usłyszał.
– Z tym, że nie możesz tego zrobić, przecinając szyję, tylko zadać cios pod nosem tak, by rozpieprzyć móżdżek. Proste, prawda?
– Jasne – powiedział mało przekonany. – Świetnie.
Kręcąc głową z niedowierzania nad dziwną metodą egzekucji, podszedł do strzygi, która nadal nie potrafiła się podnieść. Gdy ujrzała zbliżającego się w jej kierunku łowcę, jedyne, co mogła zrobić, to warczeć, parskać i wrzeszczeć, starając się go do siebie zniechęcić. Adrian, widząc ten akt desperacji, prychnął pod nosem; zamachnął katana parę razy, po czym zaczął przymierzać się do zadania precyzyjnego cięcia. Obserwując strzygę, czuł litość do tego stworzenia. Dotknął końcem ostrza podbródka monstra i uniósł lekko tak, by to mogło na niego spojrzeć.
Oczy, których koloru nie potrafił zdefiniować przez efekt odbicia światła, były przesiąknięte strachem i szaleństwem. Półdługie, brązowe, rzadkie włosy pozlepiane krwią ofiar, ciało poharatane, a złamana ręka straszyła otwartą raną i wystającą kością. Całości dopełniał mdły zapach rozkładu.
– Wiem, że sama tego chcesz – odezwał się po chwili Majewski, wpatrując się w twarz byłej kobiety.
W odpowiedzi usłyszał coś jakby skomlenie.
Nie mogąc już dłużej patrzeć na ten dziw natury,  mocno ujął katanę w dłonie, po czym wziął zamach. Ściana za strzygą zabarwiła się pasmem cuchnącej krwi, a na podłogę z głuchym uderzeniem upadło pół głowy.
Majewski wyjął z kieszeni kawałek materiału, którym wytarł ostrze, po czym schował je do pochwy. W tym samym czasie Georg zaczął przeszukiwać dom. Nie znalazłszy innych trupów, wyciągnął za nogi dwóch denatów przed budynek, to samo uczynił ze zwłokami strzygi.
 – Cholera – przeklinał, omacując ubranie. – Nie wziąłem zapalniczki.
– Nawet benzyny nie masz – mruknął Adrian. – Zostaw ich tu, zajmą się nimi gliny. Byli młodzi, na pewno ktoś zgłosił ich zaginięcie. A ją – mówiąc to, spojrzał na martwą kobietę – wpakuj do wora, zajmiemy się nią na zapleczu.



W sklepie wielobranżowym mieszczącym się niedaleko skwerku Soho Square dwóch braci toczyła zażartą dyskusję.
– Tak, to był iście genialny plan, Max! – krzyczał Nathan, przyciskając do szyi przesiąkający krwią bandaż.
– Nie mogliśmy tego przewidzieć. Weź się uspokój. – Starszy mężczyzna wodził wzrokiem za pół-wampirem. – Nie jesteś człowiekiem; uleczysz się. – Max był zdenerwowany tym, jaki obrót przybrało spotkanie z samą Matką Demonów, Lilith.
Gdy spytali ją o Siergieja Nobokova, zaczęła się śmiać. Najpierw niby rozbawiona, jednak z sekundy na sekundę śmiech ten stawał się coraz bardziej szaleńczy, wręcz szaleńczy, gdy nagle z niewiadomych dla braci przyczyn wampirzyca wpadła w szał.
Odszukajmy ojca, NathLilith nam powie, gdzie on jestWszystko będzie dobrze, Nath… Kurwa! – Punk, biadoląc, przystanął naprzeciw brata, odrzucając zakrwawiony materiał na podłogę.
Jego szarozielone oczy połyskiwały w półmroku gniewnym blaskiem. Twarz, na której znać było zaschnięte krople jego własnej krwi, wykrzywił w grymasie bólu oraz wciekłości. Max pociągnął nosem, pocierając dłonią czoło. Oblizał lekko wargi, głęboko się nad czymś zastanawiając. Cały czas w umyśle przywoływał obrazy z dzisiejszego, jakże feralnego wieczoru.
– Szukacie Nobokova?– Lilith zaśmiała się szyderczo po raz wtóry.
– Tak, wiesz, gdzie się znajduje? – spytał Nathan, robiąc krok naprzód.
Lilith przyjrzała mu się uważnie, wzrokiem błądząc po każdym milimetrze jego osoby. Złote oczy badały fakturę ubrań oraz skóry chłopaka. Gdy czujne spojrzenie zatrzymało się na rękojeści noża, uniosła kąciki ust w grymasie, który był ni to uśmiechem, ni to wyrazem niezadowolenia. Wampirzyca zachichotała pod nosem złowieszczo.
– Mam w to uwierzyć? Myślicie, że jestem głupia? – wysyczała wściekle, na co łowca zareagował automatycznie, robiąc parę kroków w tył, dobywając broni.
Zaniepokojony Max rozejrzał się dookoła. Przeklął w duchu, nie zauważając żywej duszy.
– Czego hybrydy mogą chcieć od Nobokova? W tym łowca. – Lilith zaczęła się zbliżać do mężczyzn.
Max nie mógł oprzeć się wrażeniu, jakby rzucono na niego urok. Nie potrafił oderwać wzroku od majestatycznych ruchów kobiety. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w kołyszące się biodra, zaś uszy chłonęły jej głos niczym najpiękniejszą muzykę. Gdy dłoń Lilith zakleszczyła się na szyi Nathana, Max otrzeźwiał. Wyczuł, jak obca siła miała kontrolę nad jego ciałem. Skupiając się, wyparł ze swojej głowy Lilith i pośpieszył bratu na pomoc.
Trzask, jaki wydała z siebie miażdżona tchawica, zmroził Maxowi krew w żyłach.
– Ani kroku dalej, bo urwę mu łeb – powiedziała Lilith nader spokojnym głosem.
Na potwierdzenie groźby zacisnęła dłoń jeszcze mocniej, wbijając ostre pazury w skórę chłopaka, któremu zaczynało brakować tchu.
Max, widząc, że to nie żarty, przystanął w miejscu. Bezbronny mógł jedynie wpatrywać się, jak Nathan trzymany za szyję wisi parę centymetrów nad ziemią. Jednak, gdy zobaczył ślady krwi na jego koszuli, postanowił zaatakować.
– Nie wiem, co sobie myślałeś, rzucając się na nią. Gdybyś…
Gdybyś to, gdybyś tamto… Cholera, Nath, przestań w końcu gdybać. Stało się, i tego nie cofniesz.
Max, wzdychając, odchylił głowę, opierając się dłońmi o sklepową ladę. Jego młodszy brat przyglądał się mu. Nie widzieli się prawie trzy lata. Ich kontakt był urywany. Gdy Max miał czas, to dzwonił, dając znać, że żył, jednak Nathanowi to nie wystarczało. Nie cierpiał świadomości, że miał brata, ale naprawdę było tak, jakby ten w ogóle nie istniał. Mimo to łączyła ich dziwna więź. Potrafili mimo dużych odległości wyczuć siebie wzajemnie, czasem zamykając oczy, skupiając się przy tym dostatecznie, mogli zobaczyć to, co w danej chwili widział ten drugi. Dla Nathana ta więź dowodziła tego, że byli spokrewnieni. Krążyła w nich ta sama krew. Spłodził ich ten sam wampir. I ten sam wampir nie wiedział o jego istnieniu.
Max wyczuł zmianę nastroju brata. Zerknął na niego. Rana na jego szyi przestała krwawić; rozpoczął się proces regeneracji.
– Wiem, o czym myślisz – powiedział Max.
– Nie kłopocz się – odburknął, zabierając z jednego z regałów butelkę alkoholu.
– Zdaję sobie sprawę z tego, że chciałbyś, bym zawsze był w pobliżu, jednak sam dobrze wiesz, że nie jest możliwe.
– Wiem, dlatego powiedziałem, byś się nie tłumaczył. – Nathan usiadł na ladzie zaraz obok Maxa.
– Pewnie uważasz pomysł odnalezienia naszego ojca za głupotę…
– Nie – odparł punk, podając butelkę bratu. – Obaj jesteśmy wyrzutkami. Logiczne, że chcemy czegoś więcej. Nie rozumiem tylko, dlaczego zamiast pieniędzy czy pięknych kobiet postanowiłeś odszukać ojca.
Max pociągnął łyk alkoholu, nawet się przy tym nie krzywiąc.
– Wiesz, młody… mam pieniądze, na towarzystwo pięknych kobiet też nie narzekam. Jednak, jeśli chodzi o rodzinę, to mam tylko ciebie. Wiem, że ty masz Georga, który cię przygarnął, ale mimo to on nadal pozostaje człowiekiem, a ty nim nie jesteś. Co będzie, gdy w przypływie złości postanowisz rozszarpać mu gardło? Co, jeśli kiedyś się tak wściekniesz, że postanowisz go zaatakować? On nie pozostanie ci dłużny, Nath. Ten człowiek nigdy się nie zawaha. Nie będzie go wtedy obchodzić, czy cię wychował, czy nie. Zobaczy w tobie wampira i tak jak każdą pijawkę, postara się cię wyeliminować. Co wtedy zrobisz?
– Nie mam pojęcia – odpowiedział punk, zastanawiając się nad każdym słowem wypowiedzianym przez brata. – Nigdy nie brałem pod uwagę scenariusza, w którym atakuję Georga. Przedtem nie myślałem, że byłby w stanie zrobić mi krzywdę. Wychował mnie. Przygarnął z ulicy, wiedząc, kim jestem. Dał mi dom, o ile przemieszczanie się po całej Europie można nazwać domem. Wyszkolił mnie. To on nadał mi imię. Nawet moja matka nie potrafiła tego zrobić. Wiesz, co pamiętam z okresu, gdy z nią byłem?
Max tylko uniósł  pytająco brwi.
– Cały czas się mnie bała. W większości czasu mnie unikała, jednak gdy musiała się do mnie odezwać, w jej glosie słyszałem tylko pogardę i niezrozumienie. Nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem przyszedłem na świat. Nie ogarniała tego, że byłem w połowie taki jak jej kochanek. Ciągle się bała, że zakradnę się do jej pokoju i wgryzę się w tętnicę. Nie potrafiła mi nawet nadać imienia. Gdy ją pytałem, jak się nazywam, ona tylko odpowiadała: „jak można nazwać potwora?”. Tym dla niej byłem. Zwykłym potworem, który nie miał prawa bytu.
– Rozumiem, że jesteś wdzięczy Georgowi, ale zrozum, że nie jesteś taki jak on. Więcej w tobie wampira niż człowieka.
– Wiem, a z wiekiem jest coraz gorzej.
– Co masz na myśli? – Max zaniepokojony spojrzał na brata.
– Małe zranienia goją się w okamgnieniu, hipnoza idzie mi coraz lepiej. Zauważyłem wyostrzenie się wzroku i innych zmysłów – mówiąc to, Nathan zwiesił głowę, wpatrując się w butelkę, którą się bawił. – Apetyt na krew również się zaostrzył.
– I dlatego chcę odszukać Nobokova. Może gdy dowie się, że jesteś jego synem, to się tobą zajmie. Wiesz, Nath… podczas moich podróży nie uganiam się tylko i wyłącznie za hybrydami.
– Nie? A ja myślałem, że twoim priorytetem było założenie własnego klanu.
– Zanim tu przyjechałem, zatrzymałem się w Szkocji. W pewnej wiosce poznałem wiedźmę zajmującą się dziećmi porzuconymi przez rodziców. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że te dzieciaki są takie jak ty, Nath.
Punk w pierwszej chwili prychnął pod nosem, słysząc w jego mniemaniu nieprawdopodobną historię. Zeskoczył z kontuaru, stawiając na nim butelkę. Przeciągnął się, a w pomieszczeniu rozbrzmiał odgłos strzelających kości.
– I czego się od tej wariatki dowiedziałeś? – zironizował, znacząco patrząc na brata.
– Nie zastanawiałeś się, dlaczego nigdy nie spotykałeś nikogo podobnego sobie? Dlaczego zawsze trafiałeś na hybrydy takie jak ja? – spytał Max, przyglądając się łowcy z zatroskaną twarzą.
Wtedy do niego dotarło, że stojący przed nim dwudziestoletni chłopak to jeszcze dzieciak. Niebieskie włosy, kolczyki w nosie oraz w uszach, liczne tatuaże oraz kapryśny charakter, to wszystko było cechami, jakimi się odznaczał ktoś, kto dopiero zaczynał żyć. Pozbawiony dzieciństwa, dorastający z bronią w ręku nie miał czasu się wyszaleć, zabawić. Zawsze musiał się pilnować.
– Oświeć mnie, o starszy bracie. – Nathan rozłożył ręce, jakby czekał na rozstrzelanie.
– Tacy jak ty prędzej czy później kończą jako wampiry. Ludzkie komórki są za słabe, by mogły koegzystować obok wampirzych. W końcu całkowicie się poddadzą, a ty staniesz się stuprocentowym wampirem. Nie będziesz już miał taryfy ulgowej. Będziesz musiał odejść. I albo odejdziesz ze mną…
– Nie! Już ci to kiedyś mówiłem i powtórzę po raz kolejny. Nie będę tułał się z tobą po całym świecie tylko dlatego, że połowa ciebie potrzebuje watahy. Wystarczą mi lata tułaczki po Europie.
– Sam rozumiesz, że nie mamy innego wyboru, jak go odszukać.
– Kogo odszukać? – spytał Adrian, który właśnie wkroczył do sklepu od strony zaplecza.
Bracia spojrzeli na łowcę. Górną część ubioru miał całą uwalaną krwią ściekającą z tobołka, który przerzucił sobie przez bark. Adrian stał w przejściu, patrząc to na jednego, to na drugiego. Gdy spostrzegł pytający wzrok Nathana utkwiony w przedziwnym bagażu, od razu się zreflektował.
– To tylko martwa strzyga.
– Po co ją tu przytargałeś? – spytał Nathan zniesmaczony zapachem, który niczym bomba gazowa uderzył w jego czuły węch.
Stojący obok Max wytrzeszczył oczy, czując odór rozkładającego się ciała.
– Twój ojczulek zapomniał zabrać benzyny i ognia.
– Wszystko słyszałem! – Z głębi zaplecza dobiegł ich gruby głos Bardsona oraz odgłos ciężko stawianych kroków zbliżających się w ich stronę.
Gdy łysa głowa wyłoniła się zza futryny, a paciorkowe oczy spostrzegły sylwetkę Maxa, sekundę później został oddany pierwszy starzał.

9 komentarzy:

  1. Witam, witam i o zdrowie pytam, bo coś dawno Cię nie było. Już zaczęłam się martwić.
    Rozdział, jak zwykle, wciągający. Zastanawiam się kto oddał ten strzał. Jako, że skończyłas w takim, a nie innym momencie, z jeszcze większą niecierpliwością będę czekać na nn.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakoś bardziej do gustu przypadła mi część z łowcami, może dlatego, że nie lubię wampirów :P Ale fajny klimat, przypomina mi Świat Mroku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazwyczaj opowiadania o wampirach mnie odrzucają, ale Twój blog jest inny. Przyczytałam cały i fabuła naprawdę mnie wciągnęła :3
    Nie mogę się doczekać, kiedy Veronique spotka się z Alexandrem (bo spotka, prawda?).
    Czekam na kolejny rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie ma to jak kończyc rozdział w takim momencie ;c Nie mogę się doczekać następnego.
    Mam takie małe pytanko... Oglądasz Pamiętniki Wampirów? xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oglądam, a co? Ale od 3 sezony już niechętnie, bo czuć jakby dalsze odc. były robione na siłę.

      Usuń
    2. Z Eleny się taka trochę, za przeproszeniem, dziwka zrobiła po przemianie xD
      A tak się zastanawiałam, bo werbena i to, że jad wilkołaka zabija troche mi sie z TVD skojarzyło.

      Usuń
    3. Wiesz, to są popularne wierzenia i legendy w temacie wampiryzmu :)

      Usuń
  5. Moja wyobraźnia w pełni się uaktywniła przy tym rozdziale. Aż tak mi się spodobał, że przeczytałam go dwa razy i mogłabym go przeczytać kolejne dwa.
    Strzygi są interesującymi stworzeniami, z chęcią dowiem się o nich czegoś więcej, w końcu po coś je tu zamieściłaś, prawda? Przy czym opisy walki z kobietą były genialne, sama kiedyś nad takimi myślałam, ale w ogóle mi nie wyszły, ale jak wiadomo- praktyka czyni mistrza. George i Adrian, z ich dwójki to zdecydowanie bardziej polubiłam Adriana, chociaż George jest niczego sobie, a jego postać jest co najmniej interesująca. Spotkanie z Lilth z góry można było oszacować, że raczej nie może się za dobrze skończyć, w końcu to Pradawna, która wie wszystko i o wszystkich. O mało, co nie uśmierciła hybrydy, ale sądzę, że taki był jej zamysł. Pobudzić w nich niepewność wraz z czujnością, na którą powinni zwrócić szczególną uwagę. Rozmowa rodzeństwa zmusiła mnie do wielu refleksji, hm...ciekawe, bardzo ciekawe. I jeszcze zakończyłaś to w takim momencie, że już chcę przeskoczyć do kolejnego rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,
    no i jeszcze na strzygę trafili, czemu Brandon od razu musiał strzelać do Maxa...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń