środa, 4 czerwca 2014

ROZDZIAŁ 19. Powiązania.



 Mam sekret.
Jest na końcu mojego języka, jest po drugiej stronie moich płuc.
I zachowam go dla siebie.
Wiem coś, czego ty nie wiesz.
Bring Me The Horizon "Chelsea Smile"



            Max uchylił się przed pociskiem. Na policzku poczuł chłód powiewu kuli przecinającej powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed ułamkiem sekundy znajdowała się jego twarz. W sklepie echem odbił się kolejny wystrzał, a za nim następny. Nathan pchnął brata, krzycząc, by uciekał. Ten tylko nieznacznie się zatoczył, wymachując przy tym rękoma, jakby odganiał od siebie stado natarczywych much. Kiedy Adrian zrzucił z barków worek ze zwłokami i doskoczył do celującego w Maxa Georga, ten oddał kolejny strzał.
            Szyba witryny sklepowej, ozdobiona pajęczyną ciągnącą się od pozostałości po pierwszym chybionym strzale, posypała się w drobny mak pod naporem ciała Maxa, który, nie widząc sensu rozwalania zamkniętych na klucz drzwi, wybrał szybszą, niekoniecznie lepszą drogę ucieczki.




            – Słyszałaś to? – spytał Kain, zatrzymując siostrę ręką.
            Veronique przystanęła i zaczęła wsłuchiwać się w nocny Londyn. Stała tak niecałą sekundę, gdy pomiędzy dźwiękami miasta usłyszała donośny huk.
            – To niedaleko – odezwała się, gdy zaraz po tym rozległ się kolejny i następny.
            – Ktoś strzela – sprostował Kain. – Jakieś trzy… cztery ulice dalej.
            Zaciekawiona Veronique, nie czekając na pozwolenie, rzuciła się nienaturalnie szybkim biegiem w kierunku miejsca, skąd dobiegał odgłos strzelaniny.
            Ponura ulica była oświetlona bladożółtym światłem latarni. Nad asfaltem dało się dostrzec mleczną mgłę. Veronique wytężyła wszystkie zmysły. Usłyszała czyjś krzyk, po czym kolejny wystrzał, który był tak blisko, że aż zadzwoniło jej w uszach. Po tym wszystko działo się bardzo szybko. Tafla pękniętej szyby, niedaleko której stała, a na którą nie zwróciła uwagi, wystrzeliła ostrymi drobinami. Nim się obejrzała, poczuła piekący ból lewej strony twarzy, zaraz po tym zapach własnej krwi. Już miała zrobić krok w bok, podnieść ramię, chcąc się uchronić przed szkłem, gdy upadła na ziemię, przygwożdżona rosłym mężczyzną.
            – Wstawaj! Spadamy stąd! – usłyszała szorstki stanowczy głos oraz mocne szarpnięcie, które od razu postawiło ją na nogi.
            Gdy uczucie głuchoty i otępienia zniknęło, Veronique wyszarpnęła łokieć z wciąż zakleszczonej na nim męskiej dłoni.
            – Veronique! – Nagle niecałe dwa metry od nich pojawił się zdenerwowany Kain. Wampir podbiegł do siostry i chwycił ją za podbródek, uważnie się przyglądając zakrwawionej twarzy. – Goi się – powiedział bardziej do siebie niżeli do zgromadzonych; puściwszy siostrę, spojrzał na otaczający ich bałagan.
            Na ulicy, gdzie okiem sięgnąć, leżały lśniące drobiny szkła, gdzieniegdzie znać było krew. Gdy Pradawny zorientował się, że było jej zbyt dużo jak na rany, jakich doznała wampirzyca, zerknął na mężczyznę stojącego tuż za nią. W panującym wokół półmroku najbardziej odznaczały się jego jarzące się czerwonym kolorem oczy.
            – Max! Spieprzaj stąd! – W miejscu, gdzie jeszcze niecałą minutę temu znajdowała się szyba, stał na oko dziewiętnastoletni chłopak stylizowany na punka. – Ej! Pijawki! – zawołał w stronę wampirów. – Wy też, o ile życie wam miłe!
            – Lepiej go posłuchajcie – warknął Max, po czym chciał się oddalić, jednak zamiast tego, gdy tylko zrobił krok, przewrócił się na ulicę. – Cholera! – zaklął, dotykając ręką bolącego miejsca.
            Kain od razu zrozumiał, skąd na ulicy było tyle krwi. Z prawego uda mężczyzny pulsacyjnie sączyła się czerwona ciecz.
            – Ver, biegnij w stronę tamtej alejki – powiedział, wskazując brodą kierunek, a sam, dziwiąc się, że w ogóle to robił, pomógł rannemu wstać i wraz z nim podążył za siostrą.




            W zrujnowanym przez napad szału Georga sklepie panowała nerwowa atmosfera.
            – Ty naprawdę jesteś pierdolnięty! – krzyczał Nathan, szturchając palcem ramię Bardsona.
            – Język, dzieciaku! I emocje na wodzy. Twoje cholerne oczy wyglądają jak choinkowe lampki – odwarknął wychowankowi jak ostatni hipokryta.
            – I będą, kurwa, świecić! – Nathan czuł, że cały gotował się ze złości na ojczyma. – Jakbyś nie wiedział, to jestem pierdolonym mieszańcem wampira! – wrzasnął, ciężko oddychając.
            – To napisz to sobie na czole i ogłoś całemu cholernemu światu! – Georg wstał z miejsca przy ladzie i doskoczył do rozjuszonego punka.
            Adrian, nie chcąc się mieszać w sprawy „ojca i syna”, nie odzywając się słowem, zamiatał odłamki szkła znajdujące się w sklepie. Nie wtrącał się, jednak swoje myślał. Tak jak Nathan uważał, że ich szef zareagował zbyt gwałtownie na widok nieproszonego mężczyzny.
            – Za co go tak nienawidzisz, co? – spytał już spokojniej Nathan.
            Chłopak stał na wprost Bardsona, patrząc mu prosto w oczy. Byli niemal równego wzrostu, jednak Nathan już dawno przerósł przybranego ojca. Dziecięce rysy twarzy zanikły, a na gładkich kiedyś policzkach i brodzie znać było ciemny zarost.
            Georg odetchnął ciężko. Dłonią przetarł śliniącą od potu głowę, od czoła po potylicę. Czerwona ze złości twarz zaczęła blednąć, a zaciśnięte szerokie szczęki popuściły.
            – Nie potrafisz odpowiedzieć, bo nie znasz odpowiedzi, czy się jej po prostu wstydzisz? – odezwał się na powrót najmłodszy z mężczyzn.
            Jego szaro-zielone oczy teraz wyglądały jak u normalnej osoby. Złowrogi zielono-niebieski blask, zdradzający, że nie był tylko człowiekiem, zanikł.
            – Młody, nie drąż tematu. – Adrian postanowił się w końcu odezwać, czując niewygodną rozmowę. – Dobrze wiesz, że twój brat jest specyficzny i wyrządził wiele złego – napomknął Polak, wygrzebując niechlubne zachowanie mieszańca sprzed paru lat, gdy, nie mogąc zapanować nad wilczym genem, zamordował wiele osób.
            – Max się zmienił. Nauczył się nad sobą panować i przestał zabijać.
            – Jednak nadal pożywia się ludzką krwią – burknął cicho Georg, wyraźnie nie mając zamiaru się kłócić. – Co z tego, że nie rozrywa już ludzi na strzępy. Nadal ich krzywdzi. – Ciężko wzdychając, poszedł za ladę i sięgnął na półkę po butelkę rumu.
Nie namyślając się wiele, odkręcił ją i pociągnął łyka.
            – Też potrzebuję krwi, może to ignorujesz, ale ostatnio coraz więcej – stwierdził pół-wampir. – Czyli co? Do mnie też zaczniesz strzelać jak oszalały? Czym się różnię od Maxa? Oboje jesteśmy potworami.
            – Z tą różnica, że w tobie jest ludzka cząstka. Nath, wychowałem cię jak syna i tak też cię traktuję. Masz pewne zdolności, ale dla mnie zawsze będziesz człowiekiem.
            – Ten człowiek we mnie umiera. Stanę się stuprocentowym wampirem, i co wtedy zrobisz?
            – Możecie już przestać? – warknął Adrian opierający się o sztyl od miotły. Georg i Nathan spojrzeli na Polaka. – Zawsze jest tak samo. Max się pojawia, a ty wariujesz – zwrócił się do szefa. – Zaś ty – tu zerknął ku punkowi – mimo że wiesz, jak Georg na niego reaguje, zawsze go sprowadzasz do naszego domu. Czaicie wasz problem? – „Ojciec i syn” spojrzeli po sobie, unosząc wysoko brwi, po czym zwrócili twarze ku Majewskiemu. – Ty nie zabraniaj dzieciakowi się z nim widywać. W końcu to jego brat, a nawet jak mu nie pozwolisz, to wiesz, że i tak niczym uparty osioł do niego poleci. A ty, gagatku, nie sprawdzaj cierpliwości ojca, bo kiedyś się to skończy tragicznie.
            – Jakoś Max zawsze uchodził z życiem – powiedział Nathan z nonszalancką wyższością.
            – Bo nigdy nie miałem zamiaru go zabić – mruknął Georg. – Gdybym chciał, to padłby trupem już dawno temu. Nie zapominaj, synku, że jestem najlepszy w swoim fachu. I tą swoją arogancję, proszę, schowaj do kieszeni tego, co nazywasz spodniami – mówiąc to, skrzywił się, patrząc na potargane jeansy Nathana. – Jesteś dobry, bo ja cię wyszkoliłem. Kto wie, czy bez tych wampirycznych czarów byłbyś tym, kim teraz jesteś.





            Czarne zachmurzone niebo rozbłysnęło jasnym światłem. Nad miastem rozległ się potężny grzmot, od którego zadrżały szyby w oknach. Po kolejnych dwóch błyskach powietrze zrobiło się cięższe, a z góry, wprost na skryty pod mglistą pierzyną asfalt, spadł deszcz. Ciężkie duże krople dudniły o wszystko, rozchlapując się z nieprzyjemnym dla ucha plasknięciami. Szum spadającej wody zagłuszał odgłos kroków trzech osób idących obskurną uliczką pomiędzy dwiema starymi kamienicami, na których murach wymalowano mniej lub bardziej wulgarne hasła i slogany wypisane jaskrawymi farbami.
            – Zwolnij, przyjacielu – wychrypiał Max, zerkając na podtrzymującego go wampira.
            Kain spojrzał z wyższością na rannego mężczyznę.
            – Nie jesteśmy przyjaciółmi. Gdyby to ode mnie zależało, zostawiłbym cię tam i obserwował z ukrycia jak ten, kto do ciebie strzelał, ozdobiłby okolicę twym rozbryzgującym się mózgiem – powiedział Pradawny, uśmiechając się sadystycznie.
            Max tylko zaśmiał się lekceważąco, nie mając zamiaru drążyć tematu, jednak jego charakterek wziął górę i, nie wytrzymawszy, spytał:
            – To dlaczego tego nie zrobiłeś?
            Idąca na przedzie Veronique zatrzymała się i, przymykając oczy, skierowała twarz ku niebu. Deszcz obmywał jej policzki z jeszcze nie zaschniętej krwi. Po ranach nie było już najmniejszego śladu.
            Kain w pierwszej kolejności, ignorując zadane mu pytanie, przypatrywał się siostrze. Przystanął i mało delikatnie pozbył się balastu, rzucając mieszańcem na ścianę budynku tak, by mimo rany mógł się oprzeć oraz stać o własnych siłach. Max zacisnął zęby oraz pięści, jednak nie zaatakował. W innych okolicznościach, nie zważając na ranę, zwyczajnie by mu przywalił za takie traktowanie. W miarę opanowany oparł się pewniej plecami o kamienicę. Czuł, jak prócz deszczu po jego nodze ściekała krew. Przemoczone ubrania nachalnie przykleiły mu się do ciała. Z końcówki nosa kapały srebrzyste krople, a spomiędzy ust i z nozdrzy wydobywała się para.
            – Ona by mi na to nie pozwoliła – odezwał się w końcu Kain, jednak tak cicho, że tylko stojący obok mężczyzna mógł go usłyszeć.
            Zaintrygowany Max uniósł brwi. Jednak nim zdołał otworzyć usta, by coś wypowiedzieć, podeszła do nich Veronique. Wampirzyca przeczesała czarne włosy, strącając z nich nadmiar wody, co było bezcelowym zabiegiem, biorąc pod uwagę panująca ulewę. Spojrzała na brata, po czym przeniosła wzrok na rannego. Wyraźnie zaciekawiona skrzyżowała ręce i przestąpiła z nogi na nogę.
            – Kim  jesteś i kto do ciebie strzelał? – spytała niby bez emocji.
            Kain uniósł kącik ust w nikłym uśmiechu, widząc, jak jego siostra starała się nie potrząsnąć tym degeneratem od siedmiu boleści.
            – Max Score, do usług – odpowiedział, nie kryjąc sarkazmu, mówiąc to, rozpostarł ramiona, jakby był księżniczką przedstawiającą się księciu na balu. – Wybacz, że bez pokłonu, ale mieszanka tojadu i werbeny, sącząca się ze srebrnej kuli tkwiącej mi w nodze, sprawia, że mój mózg nie ogarnia przestrzeni. A uwierz mi, wolałbym nie wylądować ryjem w rynsztoku.
            – Chyba go polubię – powiedział Kain do Veronique, szczerząc się niczym Joker usiłujący zabić Batmana.
            – Jeden ty w zupełności mi wystarczy – odparła Veronique, obchodząc Maxa. – Czyli jesteś hybrydą? – spytała mieszańca, kucając przy jego prawej nodze. – Nie za wiele was po świecie chodzi – dodała, nie czekając na odpowiedź.
            – Och, tak. Jestem unikatowy. Co robisz? – Pochylił się, by móc zobaczyć, co ta majstrowała przy jego spodniach. – Zazwyczaj kobiety dobierają mi się do gaci, gdy jesteśmy sam na sam. No, ale jeśli lubisz trójkąty, to nie będę oponować.
            Wampirzyca zadarła głowę, jej błękitne oczy zajarzyły się niebezpiecznie, a na twarz wpełzł kpiący uśmieszek. Max, nie wyczuwając tego, co miało nadejść, posłał jej oczko.
            Dokładnie w tamtej chwili, gdyby nie donośny grzmot, cały Londyn usłyszałby wycie bestii.
            Veronique bez skrupułów i ostrzeżenia wsadziła palce w pulsującą krwią ranę w celu wyciagnięcia kuli. Doskonale słyszała dźwięki, jakie wydawały z siebie rozrywane przez jej palce tkanki. Max starał się ruszyć palącą bólem nogą, jednak bezskutecznie. Prawa dłoń Veronique niczym imadło zakleszczyła się tuż nad jego kolanem, zaś lewa dogłębnie badała fakturę mięśni uda. W końcu Veronique wyjęła palce z rany i, sycząc z bólu, na oślep rzuciła zatrutą kulą.
            – I po krzyku – powiedziała żartobliwym tonem, patrząc na udręczoną bólem twarz Maxa, dla którego te parę sekund zdawało się być wiecznością.
            Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rana zaczęła się goić. Krew przestała płynąć, żyłki i większe naczynia skryły się pod warstwą regenerujących się mięśni, a te po chwili zniknęły przykryte skórą. Jedyne, co świadczyło o postrzale i niedawnym prowizorycznym zabiegu, to rozszarpane i zakrwawione spodnie.
            – O ja pierdolę – stęknął Max. – Jak to kurewsko bolało.
            Veronique podniosła się z kucek i, stanąwszy obok mieszańca, oparła o ścianę.
            – Nadal nie znamy odpowiedzi na jedno pytanie – zauważył wyraźnie znudzony Kain bawiący się wyjętą przez siostrę kulą, trącając ją czubkiem buta i wymownie przy tym ziewając.
            – Jasne, a potem co? Rozejdziemy się każdy w swoją stronę, czy może wymienimy się numerami i będziemy się spotykać co piątek na brydża? – spytał Max, odrzucając mokre włosy do tyłu.
            – A po co mielibyśmy robić ci krzywdę? – zdziwiła się Veronique. – Po prostu intryguje nas, kto do ciebie strzelał i skąd ten dzieciak wiedział, że jesteśmy wampirami.
            – A wy co? Łączy was telepatia, że mówisz za was dwoje? – Veronique w odpowiedzi tylko pokiwała głową. – Jaja sobie robisz.
            – Chciałbym – wtrącił Kain. – Jednak poczucie humoru mojej siostry jest tak wyrafinowane i wyniosłe jak „Oda do radości” odśpiewana przez stado szympansów.
            – Kain… – Veronique zganiła wampira wzrokiem. – Przypomnij mi w domu, których kości ci jeszcze nie połamałam.
            – Zaraz, zaraz! – Max stanął na równe nogi mimo osłabienia wywołanego trucizną; był wyraźnie ożywiony. – Powiedziałaś „Kain”?
            – Tak – odparła, przeciągając samogłoskę.
            – Ten KAIN? Syn Lilith?
            – We własnej nieskazitelnie oszałamiającej osobie – powiedział Pradawny, przybierając pozę najdumniejszego i najpróżniejszego człowieka na Ziemi.
            – Zajebiście! – ucieszył się mieszaniec, a wampir sugestywnie poszturchiwał siostrę w ramię, napawając się sławą. – Twoja matka nie była zbyt skora do współpracy, więc może ty mi pomożesz.
            – Znasz naszą matkę? – Veronique zdziwiła się jeszcze bardziej, w międzyczasie starając się odpędzić od siebie natarczywego brata.
            – I tak, i nie. Jednak… może nie rozmawiajmy w deszczu.

           

5 komentarzy:

  1. I znowu koniec w takim momencie. No cóż... Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na następny rozdział xD
    Weny życzę i pozdrawiam ^^
    I dzięki, ze wstawiłaś go już teraz ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj z powrotem. Bałam się, że kolejne, bardzo dobre opowiadanko, umrze śmiercią nienaturalną. Tęskniłam, a tu nic, znaku życia. Uwielbiam Kaina i Verę ( nie każ mi tego odmieniać , bo zrobię z siebie pośmiewisko), a teraz jeszcze dojdzie ( chyba) jeszcze jeden postrzeleniec. Z niecierpliwością czekam na nową notkę i mam nadzieję, że nie będzie to trwać zbyt długa.
    Pozdrawiam. Ada.

    OdpowiedzUsuń
  3. Już dawno mam cię w linkach, ale nie miałam czasu skomentować. Ja ponownie wracam do wampirów i zaczynam pisać o nich :)
    Rozdział bardzo fajny, klimatyczny i pięknie wszystko opisujesz!
    Mega plus za opowiadanie :) Czekam na kolejny, :* już obserwuje :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ah, Kain i ta jego wrodzona skromność. Normalnie jakbym widziała siebie na każdym kroku, ubóstwiam go i nic w świecie tego nie zmieni. Zajebisty mężczyzna, jako wampir jeszcze lepszy, szkoda, że nigdzie takiego na świecie nie można znaleźć. Może jakoś w trójkę, Veronique, Kain i Max natknął się na jakiś pomysł, bo Lilith to raczej nie będzie zadowolona z ich współpracy. Gdy opisywałaś moment, w którym wampirzyca wyciągała zatrutą kulę, normalnie czułam dreszcze na całym dziele. Zupełnie jakbym to ja miała trutkę w nodze, dość nieprzyjemne uczucie. A rozmowa Natha, Georga i Adriana jeszcze bardziej mi się spodobała. Ogólnie to ja od Twej powieści oczu nie mogę oderwać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    ech czemu nie może widywać się z bratem, powinni mu pozwolić, może przyprowadza go do matki...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń