niedziela, 13 lipca 2014

ROZDZIAŁ 20. Pytania i odpowiedzi.



 Czuję się tak dobrze,
Postępując źle.
I czuję się tak źle,
Postępując dobrze.
Nie mógłbym skłamać,
Wszystko co mnie zabija, sprawia, że czuję że żyję.
One Republic "Counting stars"


            Niska dziewczyna o jasnych włosach wydała z siebie przeciągłe westchnienie, gdy tylko zamknęła drzwi sklepu zoologicznego. Kolejny dzień pracy dobiegł końca, pomyślała Olivia. Stojąca parę kroków dalej Lisa Bones przyglądała się jej uważnie. Odgarnęła przy tym niesforne rude włosy, zaczesując je dłonią na lewy bark.
            – Powiesz mi w końcu czy nie? – spytała, wlepiając niebieskie oczy w przyjaciółkę; zniecierpliwiona skrzyżowała ręce na piersi niczym nadąsana dziewczynka.
            Olivia uśmiechnęła się tajemniczo, skrywając dłonie w kieszeniach materiałowych spodni w szkocką kratę. Zrywający się co chwilę wiatr łopotał jej obszerną, na oko za dużą, czarną tuniką.
            – Co mam ci powiedzieć? – spytała, ruszając z miejsca i wymijając ją.
            – Nie rób ze mnie idiotki, Liv! – żachnęła się Lisa, szczelniej okrywając się białym płaszczykiem, po czym pobiegła za oddalającą się rozmówczynią. – Od jakiegoś czasu chodzisz z głową w chmurach. Teoretycznie nie spotykasz się z nikim prócz mnie w pracy i Tedem w domu. No, jeszcze czasem Maggie zaszczyci was swą obecnością – kłapała niczym katarynka, idąc u boki blondynki, która jak na razie w odpowiedzi tylko co jakiś czas prychała pod nosem. – Ted cię nie interesuje z oczywistych względów. No, chyba że odkąd widziałam go po raz ostatni dzisiaj rano w sklepie, zdążył przejść zmianę płci, w co szczerze wątpię. Maggs, jak już kiedyś zauważyłaś, jest dla ciebie aseksualna. Ja jakoś nie odczułam, byś była mną zainteresowana. Zresztą dobrze wiesz, że mi do życia niezbędni są mężczyźni…
            – Lisa! – Olivia przeciągnęła imię przyjaciółki, wywracając przy tym oczami. – Już nie rób takich podchodów. Zadaj w końcu to pytanie.
            – No dobra. – Rudowłosa dziewczyna zaśmiała się, a dźwięk ten przywodził na myśl dzwoneczki poruszane wiatrem. – Ta cała Veronique… Jak poszło? Co robiłyście? Gdzie byłyście? – Gradobicie pytań spadło na Olivię niczym kamienna lawina; niemal natychmiast zaczęła żałować, że dała Lisie przyzwolenie.
            – Nie robiłyśmy nic specjalnego. Poszłyśmy do mnie… – Olivia podchwyciła znaczące spojrzenie Lisy. – Nie patrz tak! Do niczego nie doszło – powiedziała, odwracając twarz tak, by ukryć rumieniec.
            – Swoją drogą… strasznie dziwna ta Veronique – zasugerowała Lisa, przypominając sobie okoliczności, w jakich „poznała” tajemniczą dziewczynę.
            – Jest inna, ale to jeszcze nie robi z niej dziwadła – odparła Olivia. – Ale mimo to ją lubię. Wydaje się być zamknięta w sobie, i jak ja otacza się tylko znanymi i zaufanymi osobami.
            – Przynajmniej macie ze sobą coś wspólnego. Jak myślisz? Jest tobą zainteresowana tak jak ty nią?
            – Nie mam pojęcia. Może. – Olivia zamyśliła się na chwilę. – Jednak wiem, kto kim na bank jest zainteresowany; tę chemię było aż czuć w powietrzu.
            Lisa tylko spojrzała zaintrygowana na przyjaciółkę i bez słowa czekała na to, co ta powie.
            – Mam na myśli jej brata i Maggie – sprostowała w końcu.
            – To on też do was przyszedł?
            – No tak. Ver wspominała, że jest nadopiekuńczy, czy coś w tym rodzaju, ale mi się wydaje, że Kain to po prostu typowy starszy bratem.
            Lisa znieruchomiała, przystając na środku chodnika. Zapał i ekscytacja, jakie malowały się jeszcze przed sekundą na jej twarzy, zniknęły. Teraz panował na niej chłód i strach. Olivia przystanęła niecałe dwa metry przed nią i uważnie się jej przyglądała.
            – Lisa?
            – Powiedziałaś, że jak się nazywa jej brat? – spytała przez ściśnięte gardło.
            – Kain. Nietypowe imię, prawda?
            – Tak – wychrypiała tępo. – Bardzo nietypowe.
            Resztę drogi Lisa nie odezwała się ani słowem, sprawiając ważenie, jakby gorączkowo się nad czymś zastanawiała. Nad czymś nie do końca przyjemnym.

            – To zły pomysł. Matka może wrócić w każdej chwili. Jak jej wytłumaczysz, że w naszym salonie siedzi hybryda? – Veronique stała oparta o futrynę, głośno wyrażając swoją dezaprobatę.
            Kain zerknął na nią pobłażliwie.
            – Rzeczywiście. Zszokuje ją widok hybrydy, gdy nawet nie mrugnęła okiem, jak tamtej nocy sprowadziłaś do domu człowieka.
            Max patrzył to na jedno, to na drugie. Podczas gdy Veronique była wyraźnie spięta i zestresowana, Kain zdawał się najbardziej wyluzowaną osobą na świecie. Pradawny rozsiadł się na kanapie, opierając rozpostarte ramiona na oparciu, i patrzył rozbawiony na siostrę stojącą niemal w kuchni.
            – Spokojnie – odezwał się Max. – Powiem wam, jak się sprawy przedstawiają, i znikam. Jakoś nie mam zamiaru po raz drugi prowokować tej rudej wariatki.
            – Nasz matka jest ekscentryczna, ale to nadal nasza matka. Mógłbyś się wyrażać o niej w naszej obecności z odrobiną szacunku? – spytał Kain, uśmiechając się delikatnie.
            – Jasne. Wybacz – zgodził się Max, wyczuwając sztuczność tego uśmiechu, a drugiemu Pradawnemu nie miał zamiaru się narażać.
            – Mów, co wiesz – ponagliła gościa wampirzyca, obserwując go czujnym okiem.
            – Pytaj o wszystko, ślicznotko.
            Spomiędzy warg Veronique wydobył się groźny pomruk.
            – Puść to mimo uszu. Strasznie wrażliwa z niej persona – mruknął Kain.
            – Czego chcesz od Lilith? – spytała, nie zwracając uwagi na komentarz brata.
            – Ja? Teraz niczego. – Wzdrygnął się. – Czego chciałem, to jest odpowiednie pytanie. – Droczenie się z Veronique sprawiało Maxowi ogromną satysfakcję.
            – Zacznij mówić po dobroci, mieszańcu! – syknęła.
            – Ja bym jej posłuchał – szepnął Pradawny, nachylając się ku mężczyźnie.
            – Nie ma co… – Cmoknął Max, patrząc kątem oka na Veronique. – Poczucie humoru godne góry lodowej. – Mimo uszczypliwej uwagi jego zwierzęce wzrok mówił coś innego; z nieukrywaną fascynacją przyglądał się ciału wampirzycy.
            Co ja bym z tobą robił, dziewczyno!
            Veronique rozszerzyła ze zdumienia oczy, gdy tylko usłyszała jednoznaczne myśli mężczyzny. Zmieszana uciekła wzrokiem, przeklinając siebie w duchu za to, że postanowiła spenetrować jego umysł. Gdyby nie to, że przez tyle lat nauczyła się kontrolować swoje emocje, zapewne jej blada twarz okryłaby się różowym rumieńcem. Z powodu lubieżnej myśli, poczuła się miło połechtana. Jej uroda przyciągała ludzi jak magnes, jednak rzadko ktoś z jej podobnych zwracał na nią uwagę, bo tak naprawdę w porównaniu z innymi z tego mroczniejszego świata nie wyróżniała się niczym specjalnym. Była zwykłą, najpospolitszą wampirzycą z linii Pierworodnych.
Niechętnie, lecz z ciekawością zerknęła na Maxa. Podobał jej się. Chociaż jak dla niej charakter miał okropny. Pod tym względem dużo nie różnił się od Kaina. Na własne myśli prychnęła, postanawiając się skupić na tym, na czym aktualnie powinna.
            – Może to zabrzmi głupio, ale na serio jesteście dziećmi Lilith? – spytał szczerze zaintrygowany Max, gdy tylko oderwał wzrok od Veronique.
            – Jakby to ująć – zaczął Kain, teatralnie drapiąc się po podbródku. – Jeśli chcesz to na piśmie, to muszę cię rozczarować. W tamtych czasach, gdy przyszedłem na świat, akty urodzenia żłobiono w kamiennych tabliczkach, moja akurat wczoraj wyślizgnęła mi się z rąk, gdy akurat porządkowałem rodzinne archiwum. – Skończywszy wypowiedź, wyszczerzył perliste zęby w uśmiechu; Veronique tylko pokręciła z niedowierzania głową. Niejednokrotnie zastanawiała się, skąd jej brat brał te wszystkie historyjki.
            – Jasne, czaję. – Max zaśmiał się szczerze.
            – Skoro skończyliśmy ten cyrk, to może w końcu odpowiesz na pytanie? – burknęła, tracąc już cierpliwość.
            – Oczywiście, ślicznotko, Wedle podań i legend, Lilith była pierwszą wampirzycą. To za jej sprawą zaczęliście istnieć. Ona zapoczątkowała boską klątwę, od której jesteście nieśmiertelni, od której nawet z grzechu dwojga ludzi mogą zrodzić się tacy jak wy. Jakimś cudem – Max prychnął, zauważając, jak absurdalnie brzmiało to słowo, gdy mówiono o wampirach – Lilith jest mentalnie połączona z każdym, kto nosi w sobie wampirzy gen. I vice versa. Lilith może zlokalizować każdego istniejącego wampira, czy taką istotę, jaką jestem ja. Każdy z nas, gdy tylko wystarczająco mocno się skupi, może namierzyć ją samą. Problem rodzi się wtedy – tu wskazał na Veronique – gdybyś ty, nie będąc potomkinią Lilith, chciała namierzyć innego wampira.
            – Chyba że byliby spokrewnieni – burknął od niechcenia Kain, który nawet nie wiadomo kiedy zmienił pozycję.
Teraz siedział pochylony, słuchając uważnie każdego słowa.
            – Lub łączyła ich więź Nowonarodzony-Stwórca – wyszeptała Veronique, na moment pochmurniejąc.
            – Dokładnie. Tak się składa, że potrzebuję odszukać pewnego jegomościa – dokończył Max.
            Rodzeństwo spojrzało po sobie, patrząc prosto w oczy.
            – A tamci? – spytał Kain, wyłapawszy myśli nurtujące siostrę.
            Max, usłyszawszy pytanie, wypuścił z siebie powietrze i uniósł brwi, jakby skonstruowanie odpowiedniej odpowiedzi przychodziło mu z wielkim trudem.
            – Strzały, które usłyszeliście, były sprawką Georga, zaś ten niebieskowłosy dzieciak to mój młodszy brat, Nathan. Nie uszło waszej uwadze, że od razu się połapał, że nie jesteście ludźmi.
            – Trudno było to przeoczyć – przyznał Kain.
            – Tak jak ja, jest hybrydą. Z tym wyjątkiem, że urodziła go ludzka kobieta.
            – Czyli…? – zaczęła niepewnie Veronique.
            – Mamy tego samego ojca. Wampira.
            – Ciekawe… – Kain wydawał się czymś zaintrygowany. – Dlaczego twój brat nie urodził się wampirem? Przecież skoro jego matka poszła w tango z krwiopijcą, siłą rzeczy musiałby się urodzić jednym z nas.
            – Niekoniecznie – przerwała mu Veronique. – Belgia, 1486. Przypomnij sobie te dwie siostry, bodajże Emmę i Lottę. Emma byłą wampirzycą, zaś Lotte hybrydą. Obie miały tę samą matkę. Lotte spłodził wampir, co do Emmy nie było pewności.
            – To takie coś jest możliwe? – zdziwił się Max.
            – Jak już mówiłeś wcześniej. Niektórzy z nas rodzą się z grzechu. Gdy ich matka poznała krwiopijcę, była jeszcze prawą, wierzącą i sumienną kobietą. Wzięła ślub z wampirem, owocem tego związku była Lotte. Czasy się zmieniły, nieśmiertelny ją opuścił, a samotna matka zaczęła pałać się prostytucją. Nie znam do końca tej historii, dziewczyny nie były zbyt wylewne, jednak oficjalna wersja brzmi, że gdy kobieta stała na ulicy, zaczepiając mężczyzn, jeden najwyraźniej miał inne plany, niż zabawić się z nią i zapłacić. Zgwałcił ją. Zaszła w ciążę. Wyobraź sobie jej zdziwienie, gdy na świat przyszła dziewczynka z kruczoczarnymi włosami, oczami granatowego koloru i o temperaturze wyraźnie niższej od normalnego człowieka. Emma urodziła się Pierworodną, miała wszystkie cechy dla tego odłamu. – Veronique była jak najbardziej poważna.
            – Co się z nimi stało później? Mam na myśli Lottę – spytał Max.
            – Gdy przejazdem byliśmy w tamtych stronach, jeszcze przed pierwszą wojną światową, Lotte okazała się być już stuprocentową wampirzycą – uściślił Kain. – Dziwne, że nigdy na to nie zwróciłem uwagi. No cóż, skoro rozluźniliśmy atmosferę ciekawą historią z naszego jakże długiego życia, to przejdźmy do dalszej części. – Kain spojrzał groźnie na Maxa. – Po cholerę ten cały Georg do ciebie strzelał?
            – To łowca. Najlepszy, jakiego znam. – Obu wampirom zajarzyły się oczy. – Spokojnie. Jak widzicie, nadal żyję. Staruszek ma zbyt miękkie serce.
            – Skoro to łowca, to co robi z nim twój brat? – spytała Veronique, najzwyczajniej darując sobie wędrówki w umyśle Maxa.
            – Wychował go.
            Rodzeństwo znów zerknęło ku sobie.
            – To o tej grupie łowców musiała mówić Lilith. – Kain usłyszał głos siostry w swojej głowie. – Wszystko by się zgadzało. Musiała wiedzieć o tym dzieciaku i pewnie dlatego tak nas przed nimi przestrzegała.
            – Coś kręcisz – powiedział Kain, a ton jego głosu wskazywał, że przestał być pokojowo nastawiony.
            – Co masz na myśli? – spytał Max.
            – To, że nie mówisz nam całej prawdy. Kto jeszcze z nimi współpracuje?
            – Jest z nimi jeszcze jeden, Polak, niejaki Majewski – przyznał Max.
            – A tak wracając do poprzedniego tematu – wtrąciła Veronique. – Mówiłeś, że potrzebujesz kogoś odnaleźć. Skąd ta pewność, że ci pomożemy?
            – Pewności nie mam, ale czuję, że oboje jesteście tym zainteresowani. Nie wiem czemu, ale ty, ślicznotko,  w szczególności.
            – A kogo tak właściwie szukasz? – spytał Kain, mrużąc oczy.
            – Siergieja Nobokova.

            Fluorescencyjne światło magazynowych lamp oświetlało pomieszczenie. W powietrzu unosił się zapach rdzy i oleju silnikowego wymieszanego z odorem rozkładających się ryb. Ktoś z wrażliwym węchem mógłby w tej mieszance wyczuć krew, ale tylko nieliczni posiadali tak czułe zmysły. Nagle, z bulgoczącym dźwiękiem ekspresu, odór został przełamany wonią świeżo zaparzonej kawy. Odgłos kropel deszczu dudniących w metalowy dach mieszał się z szumem dochodzącym z telewizora, który wyświetlał różnorakie obrazy. Widoki zmieniały się w szybkim tempie. Smukła dłoń, w której spoczywał pilot, sprawowała władzę nad tym, co pojawiało się na ekranie. Wiadomości z Rosji zmieniły się w stado wygłodniałych lwów ściągających stado zebr, te zaś po chwili utonęły w odmętach Pacyfiku, ukazując piękno raf kolorowych, by zaraz przekształcić się w ogromne London Eye. Obrazy przestały się zmieniać, a egzotyczne bursztynowo-zielone oczy wpatrywały się w grupkę funkcjonariuszy badających wnętrze zapyziałego budynku, w którym głównym elementem dekoracyjnym była gnijąca na ścianach krew.
            Kitty poczuła ciepłą dłoń na ramieniu. Na chwilę oderwała wzrok od telewizora i spojrzała w górę. Uśmiechnęła się delikatnie, widząc znajomą postać.
            – Zdewastowane biuro, krew należąca do więcej niż jednej osoby oraz spopielone zwłoki przed budynkiem. A na dodatek wszystko cholernie blisko naszego magazynu – odezwał się mężczyzna, zaciskając palce na szczupłym barku kobiety. – Coś mi tu śmierdzi i nie mam na myśli naszej nory.
            Kitty na powrót spojrzała na ekran. Miała takie same przeczucia, co Gabriel. Czuła, że to nie była robota normalnego człowieka czy grupki osób.
            – Gdzie twoi bracia? – spytała, wstając z czerwonej pufy i stając naprzeciwko wilkołaka; czekając na odpowiedź, delikatnie przesunęła ostrym paznokciem po jego torsie, zostawiając ślad w postaci rozciętej koszuli.
            – Rafael jest z nim, a Michael? Wybacz, skarbie, ale mało mnie interesują jego poczynania. – Gabriel spojrzał na kobietę z błyskiem w oku.
            Kitty zawsze go pociągała, jednak nigdy do niczego nie doszło. Była między nimi chemia oraz niezdrowe pożądanie, które oboje doprowadzało na granice wytrzymałości. Mimo tego nigdy nie zrobili kroku naprzód, by dać się ponieść żądzy. Katowali siebie wzajemnie dwuznacznymi spojrzeniami, niby przypadkowym dotykiem, wymienianiem znaczących spojrzeń, czy flirtem. Robili wszystko, prócz tego, co tak naprawdę chcieli. Może zwyczajnie nigdy nie mieli ku temu okazji. Rzadko zostawali sami, gdy już się to udało, to na krótki okres, niewystarczający nawet na to, by zaparzyć herbatę, a co dopiero zająć się inną, bardziej przyjemną czynnością. 
            – Co słyszysz? – spytała, spoglądając na jego twarz.
            Gabriel był wierną kopią braci. Te same oczy w kolorze morskiej wody, iskrzące się pod wpływem emocji żółtym blaskiem. Wąski, niemal rzymski nos, z drgającymi płatkami nozdrzy, wyłapującymi każdy, nawet najmniej wyczuwalny zapach. Policzki oraz brodę zdobił twardy, szorstki, czarny zarost. Jasne usta były wykrzywione w lubieżnym uśmiechu. Spomiędzy warg dało się wyczuć woń alkoholu. Gabriel nigdy nie odmawiał sobie procentów. Bracia mieli go za alkoholika, Michael dodatkowo za dziwkarza, który nie potrafił darować sobie żadnej przedstawicielki płci przeciwnej.
            Gabriel przymknął powieki. Kitty doskonale widziała siateczkę naczyń krwionośnych rysujących się pod cienką, niemal przeźroczystą skórą. Wilkołak przekrzywił głowę i uniósł kącik ust, silnym ramieniem przygarniając kobietę do siebie.
            – Słyszę rzężenie lodówki, buczenie jarzeniówek nad nami, karetkę pogotowia pędzącą na sygnale jakieś dwa kilometry stąd, kłótnię dwójki mężczyzn po drugiej stronie Tamizy. Słyszę telewizor oraz wszystkie inne elektroniczne rzeczy. Twój oddech jest nierówny, wydajesz się być podekscytowana, a serce bije ci jak oszalałe. I tyle. Nic poza tym – powiedział głębokim, lekko zachrypniętym głosem.
            – Jesteśmy sami – dodała niby od niechcenia.
            – Na to wygląda – odparł, zanurzając poharataną dłoń w jej gęstych, czarnych, prostych włosach; wziął głęboki wdech, napawając się zapachem swojej towarzyszki. – Nikt nie pachnie tak jak ty. Szkoda tylko, że ten otumaniający zapach nijak się ma do twego okropnego charakteru, a uroda do niewyparzonego języka.
            – Wybacz, że jestem wulgarna, i że wiem, czego chcę. A teraz chcę ciebie. Dosyć mam tych podchodów, Gabrielu – powiedziała szybko, z każdym słowem przysuwając twarz bliżej. – Weź mnie – wyszeptała, czując, jak fala gorąca rozlewa się po ciele, gdy ciepły język mężczyzny brutalnie wtargnął do jej ust.
            Gabriel przejechał dłońmi po plecach Kitty, drapiąc je delikatnie, po czym zacisnął palce na jej pośladkach i szybkim, mocnym ruchem uniósł dziewczynę, a ta oplotła nogami jego biodra. Całowali się żarliwie, zupełnie zapominając o otaczającym ich świecie. Gabriel z Kitty w objęciach ruszył w stronę aneksu kuchennego. Gdy tam dotarł, bez zbędnych uprzedzeń posadził ją na stole.
            Kitty oderwała się na chwilę od ust mężczyzny i spojrzała mu pożądliwie w oczy. Nie pytając o pozwolenie, szarpnęła z dwóch stron t-shirt’u, który miał na sobie. Materiał przegrał z siłą wilczycy. Poszarpane białe skrawki opadły cicho na podłogę.
            Gabriel nie pozostał dłużny. Z zadziornym uśmiechem rozerwał połacie jej czarnej koszuli, a guziki wystrzeliły w różne strony. Zadowolony z braku stanika zaczął pieścić nagie piersi.
            Kitty odchyliła głowę, czując pocałunki w zagłębieniu szyi. Syknęła, gdy ostre zęby kochanka naruszyły fakturę skóry. Zaśmiała się, czując zapach krwi. Wplotła dłoń w jego gęste włosy i mocnym szarpnięciem nakazała mu spojrzeć w swoją twarz. Na jego bladych wargach znać było czerwoną ciecz. Zachłannie przywarła do jego ust, zlizując juchę koniuszkiem języka. Woń posoki sprawiła, że oboje zdawali się być w jakimś amoku.
            Gabriel jęknął, czując coraz większy ucisk w spodniach. Darując sobie dalsze podchody, jedną ręką rozpiął rozporek, a druga przysunął Kitty bliżej siebie. Ta tylko zachęcająco rozszerzyła nogi. Tyle mu wystarczyło. Szybkim ruchem podwinął jej spódniczkę i odsunął przeszkadzające stringi.
            Kitty zachłysnęła się powietrzem, jej ciało przeszedł dreszcz przyjemności i nienaturalnego podniecenia. Zarzuciła ręce na barki Gabriela, zaczęła poruszać biodrami, z przymkniętymi oczami odszukała jego usta. Na powrót złączyli się w pocałunku. Tym razem bardziej zachłannym, bardziej brutalnym.
            Stół trzeszczał pod nimi żałośnie, jednak oni nie przestawali. Z każda sekundą zatracali się jeszcze bardziej. Ich oczy z ludzkich stały się zwierzęce, ukazujące dzikość ich natury. Paznokcie zmieniły w pazury orające skórę. W całym tym akcie zaczęli się ranić, jednak im to nie przeszkadzało. Ich rany goiły się niemal tak szybko, jak się pojawiały.
            Gabriel pchnął Kitty tak, że musiała się położyć na blacie. Mężczyzna zaczął całować jej piersi, objął ją mocniej w pasie. Przyspieszył. Oboje byli już niemal na mecie. Echo ich głosów odbijało się od ścian magazynu. Kitty wbiła pazury w jego plecy, nogami docisnęła jego biodra do swoich, i wtedy wygięła się w mocny łuk. Gabriel wszedł w nią jeszcze parę razy, po czym sam z westchnieniem opadł na jej pierś.
            Nagle w magazynie rozległo się klaskanie.
            – Brawo! – Ktoś krzyknął, klaszcząc teatralnie w dłonie. – Cóż za emocje, cóż za temperament. Ach, czemu nie miałem kamery. Gdybyście tylko siebie widzieli – prychnął przybysz schodząc powoli po schodach.
            – Natsu! – warknęła Kitty, szybkim ruchem osłaniając piersi materiałem koszuli.
            Gabriel, klnąc pod nosem, naciągnął spodnie, zasłaniając pośladki. Kochankowie odskoczyli od siebie jak oparzeni, w ekspresowym tempie starając dojść do porządku.
            – Nie kłopoczcie się, widziałem dość – powiedział wampir, zmierzając w ich stronę. – Dostałem dla was wytyczne – dodał, siadając na jednym z krzeseł.
            – Masz słuch równie dobry jak nasz, nie mogłeś, do cholery, zaczekać na zewnątrz?! – powiedział Gabriel, starając się z całych sił nad sobą zapanować.
Jednak buzujące w nim emocje i podniecenie nie ułatwiało mu sprawy. Wilkołak cofnął się na parę kroków tylko po to, by w przypływie złości nie rozszarpać Natsu gardła.
            – Miałem taki zamiar. Byłem wręcz pewien, że sprowadziłeś sobie kolejną pannę. Jednak gdy usłyszałem, że to nasza piękna gwiazda tak jęczy, nie mogłem się powstrzymać i wemknąłem się oknem na piętrze – odparł, puszczając perskie oko w kierunku rozeźlonej dziewczyny. – Kitty, Kitty, Kitty – zacmokał, kręcą przy tym głową. – To ja się staram, prawię ci komplementy, wyręczam w niektórych zadaniach i nic. A zostajesz z nim sam na sam i już rozkładasz mu nogi? Gdybym wiedział wcześniej, zaoszczędziłbym sporo pieniędzy… i nerwów – powiedział, a każde słowo zdawało się przesączone jadem.
            – Prędzej zdechnę, niż dam się przelecieć pijawce – burknęła, spluwając przy tym na podłogę.
            – Mówiłeś, że masz coś dla nas. – Gabriel wrócił do tematu.
            – Czasami go nie rozumiem, ale najwyraźniej uwielbia być spektakularnym. Ty, Gabrielu, masz się zbliżyć do niejakiej Lisy Bones. Postaraj się dowiedzieć coś o tych, co mieszkają przy Rideway Street.
            – A ja? – spytała wilczyca, nadal skrupulatnie trzymając dłonią koszulę tak, by skryć piersi.
            – Ty? Masz wybór. Albo od jutra działasz ze mną w zespole, albo odszukasz tego dzieciaka, co cię okradł.
            – To chyba jasne, co wybieram – wysyczała, po czym ruszyła w kierunku schodów.
            Gabriel i Natsu nie ukrywali swoich lubieżnych spojrzeń utkwionych w jej kołyszących się biodrach.
            – Nie wiem, czy ci pogratulować, czy współczuć – odezwał się wampir, gdy ta zniknęła na piętrze.
           

            Ted Macell szedł zgarbiony, starając się tym sposobem nie dopuścić, by lejąca się z nieba woda wpełzła mu za kołnierz. Zimne krople skapywały z grzywki oraz z nosa. Za sprawą wieczoru oraz ulewy nie widział żywej duszy. Mężczyzna pluł sobie w brodę, że nie postanowił wrócić do domu taksówką. Spacer z rodzinnego domu nie okazał się najlepszym pomysłem.
            Mężczyzna już miał skręcić w odpowiednią uliczkę, gdy nagle jego uwagę przykuła trójka osób. Przystanął na chwilę, zastanawiając się, co było tak niezwykłego w postaciach kroczących parę metrów dalej, po drugiej stronie ulicy.
            Wytężył wzrok, starając się zrozumieć, co właśnie widział. Był niemal pewny co do dwójki. Dałby sobie rękę uciąć, że byli to Kain oraz Veronique, jednak nie potrafił rozpoznać osobnika idącego pomiędzy nimi.
            Nie wiedzieć dlaczego, instynktownie skrył się w cieniu budynku. Nie rozumiał swojego zachowania. Przecież ich znał, więc po co się chował?
            I wtedy to pojął.
            Całej trójce jarzyły się oczy.

           
           

           

6 komentarzy:

  1. Awww <3 Nareszcie ^-^
    Podoba mi sie. Nawet bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  2. No, sytuacja się zagęszcza i coraz więcej postaci. A wiesz, że to nieładnie przerywać komuś stosunek? Brak zaspokojenia może nieźle wkurzyć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Całkiem, całkiem... Podoba mi się nawet bardzo. Jestem ciekawa jak rozwinie się historia z Veroniq i Olivią. Myślę,że do siebie nie pasują, ale kto wie co tam autorom w głowach siedzi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak ja uwielbiam, gdy bohaterom przerywa się w ważnych momentach. To właśnie wtedy na me usta wpływa złowieszczy uśmiech, że też musiał to być Natsu. Przynajmniej dostali jakieś zadania i nie będzie nudno, bo będzie śledzenie Lisy, ciekawie, ciekawe. Ted, nie, nie zdołam go polubić. Nawet nie wiem dlaczego, po prostu jest denerwujący. Ale Kain, Kain to pobija wszystko, do jego postaci nie mam żadnych zastrzeżeń. I chemia pomiędzy nim a Mag? Nie zauważyłam tego, albo mi tu umknęło. Max, niech odnajdzie tego Siergieja i da im spokój.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    czyżby Lisa coś wiedziała, zareagowała na imię Keina, no i zastanawia mnie Ted oby nie wpadł w kłopty
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń