czwartek, 21 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ 21. Immortalis.



 Czasem rzeczy stoją na drodze myślom, 
których nie mogę wyrazić.
Wszystko skierowane na Ciebie.
Nienawidzimy się kochać każdego dnia.
Nasze życia powykręcały się w każdą stronę.
Korn "What we do"


            Arthur stał oparty o jedną z ulicznych latarni. Jasne oczy jarzyły się w mroku, stwarzając iluzję nieruchomych błękitnych świetlików. Mężczyzna nie przejmował się, że ktoś mógłby zauważyć tę nietypową cechę. Otaczające go zewsząd budynki, w których oknach paliły się przytłumione światła, były częścią jednej z największej dzielnic wampirów Londynu. W tych ciemnych zaułkach, na pierwszy rzut oka nieprzyjemnych, co krok spotykało się istoty nadnaturalne, jednak to właśnie wampiry zdominowały okolicę. Umiejętnie pozbyły się ludzi, a ci nieliczni, którzy odważyli się zostać, byli na usługach krwiopijców – czyniący to z własnej woli z nadzieją, że kiedyś staną się tacy jak ich panowie.

            Arthur rozejrzał się. Co i rusz mijali go pobratymcy, niektórzy chylący mu czoła. Doskonale zdawali sobie sprawy, że był nieśmiertelnym szlacheckiego pochodzenia.

            W świecie wampirów status krwi to coś, o co dbano. Nigdy nie pozwalano na zakłócenie panującej od wieków hierarchii. Pradawni, Pierworodni wywodzący się z arystokracji, Nowonarodzeni wdrążeni do szlachty, Pierworodni niższego szczebla i na samym końcu Nowonarodzeni bez rodowodu. Tę ostatnią grupę stanowiły osoby, które zostały porzucone przez Stwórcę. Mimo upływu wielu stuleci hierarchia nie ucierpiała. Każdy znał swoje miejsce.

            Arthur dbał o tradycję, o to, by system się nie zawalił, a gdy przyłapał kogoś na tym, że nie przestrzegał panujących odwiecznie zasad, nie powstrzymywał się od wymierzenia kary i okazania tego, kim był i że należał mu się szacunek.

            W powietrzu unosił się zapach posoki. Niemal co parę metrów jarzyły się szyldy knajp zapraszających stworzenia nocy na świeżo spuszczoną krew. Biznes kwitł. Drzwi stały otworem, a różne gatunki muzyczne zlewały się w bezpłciowy jazgot. Tylko jedne wejście pozostało zamknięte. Neonowy napis w jaskrawym niebieskim kolorze głosił Immortalis. Z tego budynku nie dochodził żaden dźwięk. Mogłoby się wydawać, iż przybytek był opuszczony, jednak kolorowe pulsacyjne światła bijące z okien przeczyły przypuszczeniom.

            Arthur stał niecałe pięć metrów od dwóch muskularnych bramkarzy chroniących wejścia. Niezbyt przyjemny zapach, który był tak drażniący dla wampirzych nozdrzy, w mig zdradzał, że miało się do czynienia z wilkołakami. Wampir uśmiechnął się szyderczo. Musiał przyznać, że postawienie wilków na straży przybytku okazało się genialnym posunięciem. Żaden nieśmiertelny o zdrowych zmysłach nie ośmieliłby się zadrzeć z kimś, kto jednym kłapnięciem zębów podpisałby na awanturniku wyrok niechybnej, bolesnej, wprawiającej w obłęd śmierci.

            Spojrzał na zegarek oplatający mu nadgarstek lewej ręki. Brązowy szeroki pasek wykonany z najznakomitszego gatunku skóry trzymał dużą okrągłą tarczę, której wskazówki pozłacane szczerym złotem odliczały upływający czas. Fuknął zdenerwowany, już mając wypowiedzieć salwę przekleństw, gdy ich zauważył.

            Szli ramię w ramię środkiem ulicy, ich oczy jarzyły się złowrogo w mroku. Ci, stojący im na drodze, jakby instynktownie odchodzili na bok, ukradkiem zerkając na nietypowe trio. Tylko nieliczni rozpoznawali Kaina. Niemal legendarnego wampira, którego istnienie większość z młodszych wampirów negowało. Veronique nie była sławna, ale jej oczy oraz włosy zdradzające urodzenie nakazywały okazywać szacunek, zaś emanująca z jej ciała aura skutecznie odstraszała niedoświadczonych osobników. Co się tyczyło Maxa, to był zagadką samą w sobie, a nie każdy lubił niewiadome. Cała trójka podeszła do wampira podpierającego latarnię.

            – Wybacz, że musiałeś czekać – odezwała się Veronique, patrząc przepraszająco na kuzyna. – Jestem pod wrażeniem – dodała, rozglądając się. – Nie sądziłam, że tak szybko wszystko załatwisz.

            – Nie ma o czym mówić. Powiedzmy, że miałaś dobre wyczucie czasu, gdy do mnie zadzwoniłaś – odparł, przesuwając wzrokiem po pozostałej dwójce. – Kain. – Skinął głową na powitanie Pradawnemu. – I? – spytał, zatrzymując wzrok na nieznanym mu mężczyźnie.

            – Max. Cześć – przywitał się entuzjastycznie mieszaniec.

            Arthur otaksował go z góry na dół.

            – Cuchniesz trochę jak wilkołak – skwitował, krzywiąc się brzydko. – A twoje ubrania, zdaje się, pamiętały lepsze czasy – mówiąc to, wskazał podbródkiem poszarpane i zakrwawione spodnie.

            – Ciężka noc – burknął Max – a jeszcze się nie skończyła. Co się zapachu tyczy, to jestem hybrydą.

            – Zanim powalisz nas kąśliwą uwagą na temat nieodpowiedniego dobierania zwierząt domowych, to posłuchaj, co moja siostra ma ci do powiedzenia – odezwał się Kain, nim Artur zdążył otworzyć usta.

            Wampiry spojrzały po sobie. Kain wyglądał na kogoś, kto coś wiedział, ale nie zamierzał wyjawić swojej tajemnicy, zaś Arthur… stwarzał obraz kogoś, kto wiele by dał za to, by ten drugi zamilkł na wieki. Od niechcenia uniósł brwi, a blizna szpecąca mu policzek drgnęła nieznacznie.

            – Więc porozmawiajmy w środku – powiedział, wskazując ręką Immortalis.



            – Halo? – Olivia usłyszała Veronique w słuchawce.

            – Hej, Veronique, może byśmy się spotkały? – spytała dziewczyna.

            Siedziała na blacie w kuchni, wokół palca wskazującego owijała sobie telefoniczny kabel. Ze zdenerwowania przygryzała wargi, mentalnie szykując się na odmowę.

            – Jasne, czemu nie – uzyskała odpowiedź, jednak głos jej rozmówczyni zdawał się temu przeczyć.

            – Wiem, że jest późno – mówiąc to, Olivia zerknęła na wyświetlacz zegara cyfrowego, którego neonowo czerwone kreseczki zdradzały, że było grubo po północy.

            – Nie, nie o to chodzi. – Głos w słuchawce zaprzeczył. – Po prostu trochę nie najlepszy moment sobie wybrałaś na telefon do mnie.

            Olivia skrzywiła się. Pierwsze, o czym pomyślała, to że Veronique się już z kimś spotykała, gdy wtedy to wychwyciła. Właściwie słyszała to na początku rozmowy, ale musiała to zignorować. W tle mogła wyłapać strzępy czyjejś rozmowy.

            – Nie jesteś sama, prawda? – spytała, chociaż i tak znała odpowiedź.

            – Jestem w klubie i naprawdę nie mam czasu na gadanie. Załatwiam bardzo ważną sprawę.

            – W klubie? – Dziewczyna chciała to ukryć, ale nie udało się jej zamaskować wyrzutu w sposobie jakim to powiedziała.

            – To skomplikowane – usłyszała jej aksamitny głos. – Oddzwonię.

            Dźwięk zakończonego połączenia był dla Olivii niczym cios w serce. Dziewczyna jakby bez sił odwiesiła słuchawkę i zmarkotniała spojrzała smutnym wzrokiem na stojącego w przejściu przyjaciela.

            – I co? – spytał Ted niby od niechcenia.

            Nie wspomniał Olivii o tym, co widział parę godzin wcześniej, gdy wracał od rodziców. Wciąż miął przed oczami trzy pary jarzących się ślepi. Błękitnego światła Veronique, złotego Kaina oraz czerwonego od nieznanego mu mężczyzny. Jedyne, o czym wspomniał współlokatorce, gdy ta przed paroma minutami zeszła do kuchni, to o tym, że widział nietypowe rodzeństwo, a ta, jakby ją sam szatan gonił, rzuciła się do telefonu i wykręciła napisany w notesie numer Veronique.

            – Nie jestem pewna, czy mnie olała, czy serio nie mogła ze mną rozmawiać, bo jak to określiła: „załatwia ważną sprawę” – odparła, krzyżując ręce na piersi.

            – W klubie? – Ted zadał to samo pytanie, z takim samym wyrazem twarzy, jak to zrobiła przed minutą Olivia.

            Ta tylko wzruszyła ramionami, wzdychając przy tym przeciągle.

            – Nie sądzisz, że ta dziewczyna jest dziwna i trochę przerażająca? – spytał Ted, starając się, by wyszło to jak najbardziej naturalnie, po czym przeszedł do salonu.

            Długo  nie musiał czekać. Olivia niemal od razu zeszła z blatu, a jej bose stopy uderzyły o posadzkę z plaśnięciem. Dziewczyna poszła za przyjacielem, jednak zamiast tak jak on usiąść na sofie, skuliła się w fotelu, jakby chciała się ukryć przed całym światem.

            Ted spojrzał na nią szczerze zaintrygowany. Nigdy wcześniej nie widział, by chodziła taka przygaszona, a zarazem podekscytowana. Gdy tylko ktoś wspomniał o tajemniczej Veronique, oczy Olivii nabierały radosnego blasku, zaś wargi wykrzywiały się w uśmiechu. Gadała wtedy jak najęta, wychwalając i idealizując dziewczynę, którą widziała zaledwie dwa razy. Można było pomyśleć, że ktoś rzucił na nią jakiś urok.

            Nie podobało mu się to. Nie był zazdrosny ani nic w tym stylu. Po prostu miał cholernie złe przeczucia. Do tego dochodziły dwie rewelacje dotyczące panny Vigee-Lebrun: jej imię i nazwisko widniejące w spisie średniowiecznej francuskiej szlachty oraz te świecące w ciemności oczy.

            Miał pewność tego, co widział. Wpierw sam myślał, że to iluzja spowodowana jakimiś halogenami, jednak tamta uliczka była bardzo skąpo oświetlona. Nie zauważył tam żadnych kolorowych jarzeniówek, które mogłyby wywołać taki, a nie inny efekt.

            – Lisa zadała mi dzisiaj po południu dokładnie takie samo pytanie, a widziała Ver nie dłużej niż pięć minut.

            – Czyli nie wyssałem sobie tego z palca. Naprawdę, Liv, trzymaj się od niej z daleka, co? – zaproponował, bojąc się reakcji przyjaciółki. – Niczego o niej nie wiesz. Ani ona, ani jej brat, gdy u nas byli, słowem nie pisnęli na temat swojego życia. Nic. Totalne zero.

            – Może nie są wylewni. Ted, gdy mnie poznałeś, praktycznie się nie odzywałam – fuknęła.

            – Tak, ale z chorobliwej nieśmiałości i miałaś wtedy dziesięć lat – odparł, po czym po chwili ciszy dodał: – Nie zabronię ci się z nią spotykać, ale bądź ostrożna. Ta dziewczyna wydaje się przerażająca. Kto wie, jakie skrywa sekrety.



            W pokoju Olivii, który znajdował się na piętrze na lewo od schodów, panował półmrok. Na niebieskich ścianach tańczyły cienie rzucane przez kolekcję porcelanowych laleczek znajdującą się na wysokiej do piersi komodzie z bukowego drewna. Zaraz przed wystrojonymi lalkami, których stroje zdawały się być odzwierciedleniem minionych epok, w równym rzędzie stało dziesięć zapalonych świeczek wypełniających pokój ciepłym światłem oraz słodkim aromatem wanilii i czekolady. Obok komody, na drzwiach z prawie niewidoczną spod plakatu czerwoną okleiną, z ogromnego formatu na pomieszczenie łypały trzy pary oczu śnieżnych wilków.

            W oknie falowały zaciągnięte bordowe zasłony z wyhaftowanym ornamentem. Zaraz przy parapecie stała sztaluga – pamiątka po wielkiej fascynacji Olivii malarstwem. Przy niej na małej szafce – teraz w celu ozdobnym – ułożono dwa różnej wielkości słoje umazane farbami, z których wystawały nastroszone i zaniedbane już pędzle. Wokół tego podupadłego kącika artystycznego wykładzina dywanowa, którą wyłożono pokój, była poplamiona, co bardzo rzucało się w oczy na niemal granatowym materiale.

            Łóżko ustawiono w kącie pod ukosem tak, że, leżąc na nim, po lewej miało się okno, a po prawej drzwi oraz komodę, zaś naprzeciwko nudną, niepasującą do reszty pomieszczenia szafę z lustrzanymi przesuwanymi drzwiami.

            Przestrzeń pomiędzy oparciem łóżka a rogiem pokoju Olivia zagospodarowała wieszakiem na płaszcze. Na jego rozgałęzieniach powiesiła zalaminowane zdjęcia oraz niebiesko-czerwone lampki choinkowe.

            Nie najlepszy moment sobie wybrałaś.

To skomplikowane.

Jestem w klubie.

Załatwiam ważną sprawę.

Sforsowany umysł Olivii odtwarzał zdania wypowiedziane przez Veronique. Im dłużej się nad nimi zastanawiała, tym bardziej przybierały złowróżbny wydźwięk.

Kto wie, jakie skrywa sekrety, przypomniało się jej, jak rozmowę telefoniczną skomentował Ted.

Dziewczyna wtuliła twarz w czerwone poduszki, a na głowę naciągnęła niebieską pierzynę. Nie potrafiła spać. Wciąż i wciąż odtwarzała sobie rozmowę z Veronique, starając się zrozumieć jej sens. Próbowała znaleźć wytłumaczenie – logiczne wyjaśnienie, co takiego ważnego i skomplikowanego można załatwiać w klubie w środku nocy.

Do głowy wpadało jej wiele pomysłów, każdy kolejny gorszy od poprzedniego. Już zdążyła sobie zwizualizować Veronique tańczącą na rurze w szemranym klubie, a tę wizję zastąpić obrazem czarnowłosej piękności spotykającej się z mężczyznami za odpowiednią kwotę, by zaraz potem wyobrazić sobie, jak ta kupuje narkotyki lub sama je rozprowadza.

Ciszę w pokoju przerwał donośny dzwonek komórki. Krótki, aczkolwiek piskliwy sygnał sprawił, że Olivia niczym poparzona wykopała się spod kołdry i pochwyciła telefon leżący na nocnej szafce. Mrok rozjaśniło blade światło wyświetlacza, a zabielone oczy wpatrywały się w tekst.

Pewnie już śpisz. Zadzwonię rano.

V.



Nieprzyciągające uwagi z zewnątrz Immortalis w środku okazywało się iście ekskluzywnym i drogim klubem. Na wejściu w słabo oświetlonym korytarzu, gdzie ledwo było słychać muzykę dochodzącą z głębi lokalu, na gości czekał ubrany w kosztowny garnitur wampir z wykrywaczem metalu w dłoni. Po przeszukaniu nakładał na nadgarstek gościa jaskrawopomarańczowa opaskę z logiem klubu, po czym gestem zapraszał do dalszej części lokalu.

Po przejściu korytarza stawało się na progu wejścia do ogromnej sali. Efekt, który towarzyszył podczas przekroczenia progu, niejednemu mógłby zawrócić w głowie. Po wyjściu z cichego holu do uszu niezapowiedzianie wkradała się niemal ogłuszająca muzyka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w niejednym klubie znajdowały się wygłuszone pomieszczenia, jednak w Immortalis działała magia.

Po przyzwyczajeniu się do hałasu można było podziwiać lokal. Tych, którzy po raz pierwszy gościli w Immortalis, zachęcał widok egzotycznych tancerek zamkniętych w pozłacanych klatkach; spod nich co jakiś czas wylatywała sztuczna mgła. Z sufitów zwisały łańcuchy, do z doczepionymi niebieskimi lampami. W czterech rogach sali zamontowano reflektory, a każdy skierowany był na scenę, gdzie jak co wieczór dawała koncert kapela. Tej nocy grał zespół z kobietą na wokalu, a jej mocny, lekko zachrypnięty głos sprawiał, że po ciele przechodziły przyjemne dreszcze.

Paręnaście metrów od sceny stał bar, który prócz lady był wykonany z grubego pancernego szkła. Na przezroczystych półkach został wyeksponowany alkohol, a wszystko utrzymano w neonowo niebieskim kolorze. Naprzeciwko, w stosownej odległości od parkietu, znajdowały się loże. Każda wygłuszona zaklęciem. Aksamitne granatowe sofy aż zachęcały, by na nich spocząć i w spokoju porozmawiać. W jednej z lóż siedzieli Arthur, Kain, Veronique oraz Max. Każdy sączył po drinku.

– Czyli ty chcesz poznać ojca, a ty po prostu nadal jesteś szalona – powiedział Arthur, wskazując palcem Maxa, później na siedzącą obok wampirzycę.

– Staram się jak mogę, kuzynie – odparła; w tym czasie poczuła, jak w  kieszeni zawibrowała jej komórka. Nie namyślając się, wyjęła telefon i odczytała wiadomość.

Nie śpię. Zadzwoń, jak tylko będziesz mogła.

Olivia.

Wampirzyca schowała telefon i na powrót skupiła się na rozmowie.

– Mówiłeś, że udało ci się załatwić spotkanie z Siergiejem. Gdzie on jest? – spytał Kain, podpierając brodę na dłoni i wlepiając złote oczy w arystokratę.

– To nie tak, że on przyjdzie tu do tego stolika – odparł Arthur, uśmiechając się tajemniczo, widząc zdezorientowanie na twarzy nielubianego osobnika. – Immortalis to lokal należący do Nobokova. Niebieskie rosyjskie imperium wampirów w samym sercu Londynu – zakpił.

– Jakoś wcześniej o tym nie słyszałem – żachnął się Kain, a siedzący naprzeciwko niego Pierworodny roześmiał się szyderczo.

– Nobokov prosperuje tu zaledwie od dwóch lat. Jednak mimo to dorobił się fortuny. Można by powiedzieć, że rządzi tą dzielnicą. Ci, co długo nie byli w mieście bądź też żyją na uboczu, tak jak wasza rodzina, nie mają o tym pojęcia. Chociaż wydaje mi się to mało prawdopodobne, by Lilith nic o tym nie słyszała.

– Moja matka i Nobokov… to długa i krwawa historia – odparł Kain, upijając łyk alkoholu.

– Mam rozumieć, że załatwiłeś mam audiencję? – zapytała Veronique, unosząc brwi.

– Gdy zaproponowałem ci pomoc, od razu starałem się skontaktować z Siergiejem, ale był bardzo nieuchwytny. To, że teraz tu jesteśmy, zaraz po tym jak do mnie zadzwoniłaś, to czyste szczęście. Od razu po twoim telefonie skontaktowałem się z Yvette, menadżerką Immortalis, która oznajmiła mi, że jej szef ma dziś czas i nas przyjmie, co za tym idzie, serdecznie nas zaprasza do lokalu. Później skontaktowałem się z tobą i resztę już znasz.

– Mój instynkt mi podpowiada, że to nie będzie nudne spotkanie – powiedział Max, a w tym czasie do ich stolika podeszła kobieta.

Była wysoka, odziana w czarną prostą sukienkę. Jasne pukle włosów miała spięte w koński ogon.

– Szukam Arthura – odezwała się z mocnym wschodnioeuropejskim akcentem.

– To ja – powiedział błękitnooki wampir.

– Pan Nobokov zaprasza. Proszę, udajcie się za mną.

7 komentarzy:

  1. Wybacz zwłokę, ale gości miałam cały weekend...

    Rozdział bardzo fajny, długi i lekko mi się go czytało.
    Jestem ciekawa końcówki, co się wydarzy? Czuję, że coś się stanie...
    Szybciutko nam pisz, bo jestem ciekawa!!! <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczyna się dziać, to spotkanie nie skończy się dobrze, moim zdaniem. A. zazdrość Oliwii jest trochę nie na miejscu. Bo tak naprawdę to V nie dała jej żadnych sygnałów, nie są parą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurde... Niby czytalam i czytalam, ale jakos tak mało mi tego xd
    Olivia nie przypadla mi jakos specjalnie do gustu... ;s

    OdpowiedzUsuń
  4. Najbardziej, co podoba mu się w Wampirach to ich hierarchia, która jest niezachwiana od bardzo długiego okresu czasu. Podziwiam je za to, ogólnie są moją jedną z najbardziej podziwianych przeze mnie ras. Nie wiem co, ale mają w sobie coś, co mnie do nich ciągnie. Tak jakby magnes, który bardzo dobrze potrafi mnie do nich przyciągnąć. Kurde, teraz tyle rzeczy mnie rozproszyło mnie, że nie pamiętam już co chciałam napisać. Pod 22. będzie poprawa, bo to już końcówka, którą mam do nadrobienia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    ciekawe jak przebiegnie spotkanie z Siergiejem, Olicia jest zainteresowana Vernique, ale czy Ver tez?
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Hymm... Intrygujący ten cały Siergiej. Do tego jaj inni mam mieszane uczucia związane z tym spotkaniem :/ No cóż czytam dalej

    OdpowiedzUsuń