środa, 24 grudnia 2014

ROZDZIAŁ 23. Zły moment.


Powiedziałem, że nigdy Cię nie puszczę, i nigdy tego nie zrobiłem
Powiedziałem, że nigdy nie pozwolę Ci spaść, i zawsze mówiłem szczerze
Jeśli nie miałabyś tej szansy, to nigdy bym tego nie zrobił
Zawsze mnie tam znajdziesz.
A Day To Remember "Have Faith In Me"
 
            Rodzeństwo opuściło gabinet Nobokova. Stali nieopodal wyjścia na zaplecze. Oboje mieli wzrok utkwiony w roztańczonym tłumie, po którym przesuwały się epileptyczne kolorowe światła. Muzyka dudniąca z głośników ogłuszała, a uderzenia basu czuć było w każdej komórce ciała.
            Veronique przeczesała czarne włosy, wzdychając ciężko. Przesuwała wilgotnym językiem po uwydatnionych z powodu emocji kłach. Targała nią nieodparta ochota na krew.
            – Czyli miałaś rację – odezwał się Kain, kręcąc z niedowierzania głową. – Cholera… – wymsknęło mu się, gdy zatrzymał wzrok na rozjuszonej siostrze.
            Sam był zdenerwowany, ale nie okazywał tego otwarcie. Niedbale skrzyżował ręce na szerokiej piersi, wydając z siebie nieokreślony dźwięk mający na celu zwrócenie uwagi Veronique.
            Ta zerknęła na brata z kamiennym wyrazem twarzy. Ściągnięte brwi utworzyły u nasady nosa brzydką zmarszczkę. Na usta cisnął się jej grymas niebędący oznaką radości czy ulgi. Mimo podejrzeń, że Alexander żył, potwierdzenie domysłów trafiło w nią niczym obuch w tył głowy. Zaś kłamstwa Lilith o rzekomej śmierci kochanka paliły ją żywym ogniem gniewu i nienawiści.          
– Co zamierzasz zrobić z tymi rewelacjami? – spytał Pradawny, bezpruderyjnie czytając siostrze w myślach.
            – Nic – odparła. – I spieprzaj z mojej głowy. Nie pozwalaj sobie – zagroziła mu, rzucając wyzywające spojrzenie błyszczących w półmroku oczu.
            – Lilith… – zaczął.
            – W dupie mam Lilith! – fuknęła niczym naburmuszona kotka. – Nie ma jej tu. I niech dziękuje za to siłom wyższym, bo klnę się na wszystko, że gdyby stała teraz przede mną, własnoręcznie wyrwałabym jej ten kłamliwy jęzor i ją nim nakarmiła!
            – Ver, jesteś nabuzowana. – Kain upomniał młodszą wampirzycę. – Uspokój się, bo jeszcze stracisz kontrolę i kogoś zabijesz.
            – Jedyna osoba, którą chcę zabić, mieszka z nami pod jednym dachem.
            – Nie musimy wracać do domu – zaproponował.
            – Ty rób, co chcesz. Ja wychodzę. Może rozerwanie paru gardeł poprawi mi humor – powiedziała gorzko, po czym zaczęła łokciami torować sobie drogę do wyjścia.
            Wyszła w mrok. Nieśmiertelni przemykali obok niej, unikając konfrontacji spojrzeń. Dostrzegając wściekłą Pierworodną, otaczali ochronnym ramieniem swoich zwyczajnych towarzyszy i umykali z pola widzenia Veronique. 
Kain wybiegł za nią z Immortalis. Dogoniwszy siostrę, bez słowa objął jej wąskie barki w braterskim uścisku. Veronique poruszyła się gwałtownie, strzepując z siebie balast.
            – Przestań – powiedziała cicho z doskonale wyczuwalną nutą wrogości, po czym szybszym tempem ruszyła w górę ulicy, kierując się na wschód.
            Pradawny, nie namyślając się, ruszył za nią. Ta, słysząc jego kroki, odwróciła się gwałtownie.
            – Nie! – warknęła, podnosząc głos.
            Kain odleciał w tył, plecami uderzając o fasadę jednego z mijanych budynków. Zdezorientowany wybałuszył spojrzał na rozjuszoną Pierworodną. Jej oczy świeciły niczym błękitne ogniska, a czarne włosy unosiły się lekko, poderwane w powietrze za pomocą nieposkromionej wampirzej aury emanującej z ciała. Powietrze wokół Veronique drżało. Można było wyczuć uwolnioną moc drażniącą skórę, jak miliony wyładowań elektrycznych. Wraz z tym wybuchem ludzie towarzyszący nieśmiertelnym podczas nocnej przechadzki runęli na asfalt bez życia, nie potrafiąc bronić się przed mroczną energią.
            To właśnie ta niewidzialna siła odrzuciła antycznego wampira.
            Kain widywał to już nie raz. Veronique przy nim często traciła nad sobą panowanie, ale nigdy na taką skalę. Jeszcze się nie zdarzyło, by wybuch jej aury kogokolwiek zabił. Owszem, bywało, że sąsiedzi lub postronni ludzie mdleli w pobliżu ich domu, gdy wampir za bardzo zdenerwował młodszą siostrę, ale jak dotąd nikogo to nie wpędziło do grobu.
            Pradawny pospiesznie ocenił sytuację, nim wstał.
            W  polu widzenia dostrzegł siedem martwych osób, jednak nie mógł mieć pewności, ilu śmiertelnych bywalców wampirzej dzielnicy nagle wyzionęło ducha. Dwoje Pierworodnych oraz trzech Nowonarodzonych wpatrywało się z przerażeniem, wściekłością i niezrozumieniem w swoich nie żyjących kochanków, przyjaciół, znajomych.
            – Ver… uspokój się – powiedział Kain niemal szeptem.
            – Po prostu mnie zostaw – odparła beznamiętnym tonem i, nie zwracając uwagi na trupy oraz rozeźlonych pobratymców, ruszyła w tylko sobie znanym kierunku.
            Pradawny, wpatrując się w oddalającą sylwetkę, podniósł się z ziemi, otrzepując zabrudzone ubranie. Zgromadzeni na ulicy łypali na niego gniewnie, jakby obarczali go winą za zaistniałą sytuację.
            – Zabierajcie te zwłoki! – krzyknął tonem nieznoszącym sprzeciwu. – I tak pewnie się przemienią w strzygi… pasożyty. – Ostatnie słowo niemal wypluł.
            Nigdy nie potrafił zrozumieć zwyczaju karmienia ludzi krwią nieśmiertelnych. Uważał to za chore obezwładnienie ludzkiego ciała i umysłu, zaś człowiek uzależniony od wampirzej krwi robił wszystko to, o co prosił go żywiciel. Było to gorsze spętanie niż hipnoza. Często takie zabiegi prowadziły do tego, że ludzie po śmierci zmieniali się w coś pomiędzy wampirem a człowiekiem. W coś plugawego, odrażającego i emanującego agresją, wściekłością oraz niepohamowanym głodem na krew, czasem i mięso.
            Wystraszone wampiry zaczęły uwijać się jak mrówki. Ciała przerzuciły sobie przez ramiona niczym worki z cementem, po czym zniknęły z pola widzenia, nie chcąc się narażać Pradawnemu. Ulica opustoszała. Wydawała się cicha, jednak po chwili Kain usłyszał odgłos cmokania wyrażającego dezaprobatę. Skonfundowany zwrócił się w kierunku, z którego dobiegał irytujący dźwięk.
            Zza jednego budynku wyłoniła się drobna postać. Niska, rudowłosa dziewczyna o dziecięcej twarzy i dość dużych piersiach wpatrywała się niebieskimi oczami, bez strachu, w wampira. Dłonie miała wciśnięte w obcisłe spodnie w kolorze krzykliwego różu, a zielony top zapraszał napisem do wgryzienia się w pośladki.
            – Kłopoty w perfekcyjnej rodzinie? – spytała piskliwym głosikiem, uśmiechając się przy tym cynicznie.
            Złote oczy Kaina zabłyszczały.
            – Elisabeth, co za niespodzianka! – krzyknął, klaszcząc w dłonie z udawaną radością. –  Jeszcze ciebie mi tu brakowało – burknął pod nosem tak, by nie usłyszała.
            – Chyba po to, by uniknąć takich sytuacji jak ta przed chwilą, ja zamordowałam moją rodzinę – dodała, podchodząc bliżej Pradawnego.
            – A mówią, że to ja jestem zły, bo zabiłem brata.
            Dziewczyna zadarła głowę, by spojrzeć na dużo wyższego osobnika.
            – Słyszałam plotki, że dwoje Pradawnych jest w mieście, ale nie chciałam w to wierzyć. W końcu, troje to już mały tłum,
            – Czego chcesz, Elisabeth? Twoja obecność zawsze oznacza kłopoty… albo śmierć wielu osób. – Wampir zamyślił się. – W sumie. To zazwyczaj jedno i drugie.
            – Mamy problem.
            – Mówiąc „my”, masz na myśli siebie, a ja mam ci pomóc – uściślił. – Znam cię, Elisabeth, jesteś, zaraz po mojej matce, chodzącą plagą tego świata.
            Dziewczyna uśmiechnęła się szczerze.
            – Uznam za komplement – powiedziała bez cienia skrępowania. – Jeszcze nikt nie porównał mnie do Lilith, mimo że to ona spowodowała to, kim jestem.
            – Sama przypieczętowałaś los, Elisabeth. Zabiłaś swoje pierwsze dziecko zaraz po narodzinach, bezczynnie przyglądałaś się, jak twój brat okaleczał ponad pięćdziesiąt osób, otrułaś własnego męża – wyliczał na palcach. – Torturowałaś i mordowałaś własną służbę. Moja matka nie ma z tym nic wspólnego.
            – To ona zaproponowała, bym wraz z nią zakosztowała krwi – żachnęła się dziewczyna. – To wtedy stałam się tym, czym teraz jestem.
            – Wszechmocny i tak zbyt długo pozwolił ci być człowiekiem. Nadal nie pojmuję, jaka to kara, bycie skazanym na nieśmiertelność – mówiąc to, teatralnie się zamyślił.
            – Mów, co chcesz, Kain, ale dla mnie to klątwa, która kazała mi patrzeć, jak umierają moje rodzone dzieci – odparła poważnym tonem. – Może gdyby nie to, moje córki i syn…
            – Och, błagam cię, zamilcz – jęknął Kain. – Twoje ckliwe historyjki na mnie nie działają. Po prostu powiedz, czego chcesz, Batory.
            Dziewczyna skrzywiła się.
            – Bones, jak już. – Kain prychnął rozbawiony. – Batory było złowróżbne. Ludzie oceniali mnie zbyt pochopnie.
            – Elisabeth Bones? Serio? 
            – Ile razy mam ci powtarzać? Mów mi Lisa.


            Veronique leżała w wysokiej trawie. Wpatrywała się w bezchmurne niebo, podziwiając konstelacje. Leniwie uniosła dłoń, starając się złapać błyszczące w przestrzeni kosmicznej gwiazdy. Zaciśniętą pięść ułożyła na piersi. Czuła, jak pod warstwą ubrań, skóry, kości i mięśni, z miarowymi, długimi przerwami, biło jej serce.
            Zawsze lubiła wsłuchiwać się w puls śmiertelnych. Przypominał jej Alexandra, nim stał się wampirem. Jego serce, gdy był blisko niej, dudniło z zawrotną prędkością. Przy czym jej, dające o sobie znać zaledwie dwadzieścia razy w ciągu minuty, zdawało się martwe.
            Veronique przymknęła oczy, starając się skupić. Próbowała przywołać z zakamarków pamięci postać Alexandra. Jego twarz, bursztynowy kolor tęczówek, złociste włosy łaskoczące ją co rano, gdy pocałunkami wybudzał ją ze snu. Próbowała przypomnieć sobie jego śmiech przywodzący na myśl odgłos dzwonków. Poczuła, jak zbiera jej się na płacz. Usiadła gwałtownie. Nagły ruch spłoszył parę leśnych ptaków żyjących w poszyciu. Wzbiły się z łoskotem skrzydeł w granatowe niebo.
            – Przepraszam – wyszeptała. – Gdybym tylko wiedziała… wróciłabym po ciebie. – Powiedziawszy to, spojrzała na wciąż zaciśniętą pięść. Zaśmiała się cicho pod nosem. – Pamiętasz, jak próbowałam złapać słońce? Powtarzałeś, że nie muszę tego robić, bo ono jest w moich oczach. Wątpię, byś je teraz tam dostrzegł – urwała, jakby czekała na odpowiedź.
            Zamiast usłyszeć czyjś głos, odpowiedziało jej pohukiwanie sowy.
            – Nie mam pojęcia, czy te sny, wizje, jakkolwiek to nazwać, były twoim zamierzonym celem mającym sprawić, bym postradała zmysły. Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale jeśli tak, to wiedz, że nigdy bym cię nie porzuciła. Byłeś tym jedynym – zamilkła.
Rozprostowała palce zaciśniętej pięści. Wnętrze dłoni było puste. Tak jak dawniej nie potrafiła złapać słońca, tak teraz nie uchwyciła gwiazd.
Z nostalgią pokręciła głową, zamykając oczy, widziała nachodzące ją wspomnienia sprzed wieków. Znów była szlachcianką łamiącą reguły. Była niesforną nastolatką, irytującą wiecznie stonowaną i dumną matkę. Jeździła konno po Rivialu w towarzystwie ojca, który swym srogim wyglądem niejedną osobę przyprawiał o gęsią skórkę. Ponownie widziała wpatrzone w nią bursztynowe oczy i zapraszający uśmiech. Mogła poczuć ciepło wąskich warg, gdy po raz pierwszy został skradziony jej pocałunek. Znowu szczęście rozpierało ją od środka.
Uchyliła powieki z nadzieją, że modna marynarka i jeansy opinające jej nogi znikną, a zamiast nich będzie ubrana w szykowną suknię ubrudzoną trawą.
– Byłam pewna, że umarłeś… – wyszeptała jakby ze skargą w głosie.
Wstała z wilgotnej ziemi i spojrzała na różową jutrzenkę. Z dala od zgiełku miasta świt wyglądał zupełnie inaczej. Veronique nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że patrzyła na to piękno natury nie tylko swoimi oczami. Czuła, jakby był obok niej. Mogłaby przysiąc, że przez chwilę poczuła jego zapach.
Uśmiechnęła się gorzko, a on, czekając przed magazynem na Rafaela, odwzajemnił ten uśmiech.
            – Ładny wschód słońca – powiedział nadchodzący wilkołak.
            – Obiecujący – odparł tajemniczo Alexander.




            Biblioteka uniwersytecka o poranku zazwyczaj świeciła pustkami. Osoby znajdujące się w niej dało się policzyć za każdym razem na palcach obu rąk. Tego dnia nie było inaczej.
            Pracownicy, którzy mogli poszczycić się tytułem doktora, siedzieli zaszyci w swoich gabinetach, stroniąc od kontaktu ze światem, pogrążeni w notatkach, badaniach, księgach. Lekko zgarbiona pani kustosz przemykała między wysokimi dębowymi regałami ze szmatką w ręku, poszukując kurzu zaśmiecającego jej ukochane tomiszcza. Ted obserwował zza otwartych drzwi archiwum poczynania kobiety. Gdy ta zauważyła, że chłopak zamiast pracować stał jak kołek, pogroziła mu palcem, karcąc skrzekliwym głosem:
            – Macell, do roboty! Te dzienniki same się nie sklasyfikują!
            – Tak jest, pani Smith! – odkrzyknął potulnie. – Stara ropucha – burknął pod nosem, nachylając się po kolejne pudło.
            Ted nie miał co narzekać, gdyż lubił swoją pracę, jednak współpracowników i przełożonych niekoniecznie. Interesował się historią i z nią wiązał plany na przyszłość. Pierwszy etap studiów zaliczył bezproblemowo. Planował zrobić doktorat, jednak nie wybiegał tak daleko w przód. Cieszył się, tym co miał.
            Mężczyzna zwinnym ruchem nadgarstka otworzył tekturowe pudło ostemplowane kolorowymi pieczątkami, co wskazywało, że ów pakunek przebył długą drogę po Europie. Delikatnie wyciągnął pierwszą foliową torebkę. Założywszy specjalne rękawiczki, wyjął z niej kwadratowy dziennik. Przyjrzał się oznaczeniom na nalepcie, po czym wpisał odpowiednie numery do katalogu i przeszedł z fantem do docelowej półki. Tak minęły mu dwie godziny. Gdy złapał ostatni karton, zauważył, że kod wskazywał na książki poświęcone średniowieczu.
            – Super – sarknął, czując dodatkową robotę. – Pani Smith! – zawołał, wychylając głowę z archiwum.
            – Ted, stało się coś? – Zamiast starowinki, przy drzwiach pojawiła się przemiła asystentka dyrektora biblioteki.
            – Tak. Klasyfikowałem dzienniki, gdy natrafiłem na to pudło z książkami – powiedział, wskazując zgubę.
            – Cholera. Wczoraj Matt musiał go nie zauważyć. – Kobieta zdawała się być przejęta. – Francuzi się wkurzą, gdy zobaczą, że brakuje im egzemplarzy.
            – Chcesz mi powiedzieć, że to są książki z wymiany, które wczoraj miały zostać odesłane do macierzystej biblioteki? – spytał Ted, mając nadzieję, że się przesłyszał.
            – Niestety. Pogadam z szefem. Pewnie wyślemy je w przyszłym tygodniu. Zanieś je na zaplecze i przepakuj do plastikowego kontenera, by się nie zniszczyły. Cześć!
            – Pierzony Matt – przeklnął Ted, podnosząc paczkę.
          Przeszedł na zaplecze, które mieściło się na samym końcu wielkiego budynku. Nie był z tego powodu zadowolony, gdyż pakunek ważył ponad piętnaście kilogramów. Gdy dotarł na miejsce, niemal nie czuł rąk. Narzekając pod nosem i przeklinając dzień, zdjąwszy wolny kontener z metalowej półki, od razu zabrał się do roboty. Zdenerwowany, chwytał tomy niepewną ręką, aż w końcu los mu się odpłacił za niedbalstwo.
           Gruba księga spadła na ziemię, co spowodowało, że stare stronice rozsypały się po całym kantorku. Przerażony Macell patrzył na swoje dzieło. Nie wiedział, czy miał płakać, śmiać się, czy krzyczeć. Zabił książkę. I to pewnie nie byle jaką. Pewnie była warta setki, a może tysiące funtów. Czuł się, jakby zamordował królową.
           – To mi się tylko śni – wyszeptał, rozglądając się po pomieszczeniu usłanym cienkim niczym skrzydła motyla papierem. – Co ja teraz zrobię? – spytał spanikowany sam siebie.
         Zaczął się kręcić w kółko, starając się nie podeptać stronic. W końcu się uspokoił. Zauważywszy puste teczki, wpadł na diabelny pomysł.
            – Zgarnę do aktówki i po sprawie. Była książka, nie ma książki – mamrotał jak szaleniec, klęcząc na podłodze i na oślep zbierając kartki. – Nikt się nie zorientuje. Zwalą na kuriera albo na lotnisko, statek, pociąg… Boga? Przecież nie obwinią mnie. O. MÓJ. BOŻE. – Ted zaniemówił, wpatrując się w stronę, na której widniał portret pięknej dziewczyny. – Wiedziałem, że cię skądś znam – wyszeptał z  fascynacją, podnosząc pożółkłą stronę kruchego papieru z posadzki. – Witaj, Veronique – powiedział, odczytując podpis pod obrazkiem.
VERONIQUE VIGEE-LEBRUN, FRANCJA  A.D. 1247, AUTOR NIEZNANY

6 komentarzy:

  1. Gdy opisywałaś tę siłę, która drzemie w Veronique, dosłownie czułam ciarki na plecach oraz włoski na karku, stające mi dęba. Fenomenalnie to opisałaś, a ja genialnie to sobie wyobraziłam. Właśnie za to tak bardzo cenię to opowiadanie, pozwala uwolnić naszą wyobraźnię na ile tylko zdołamy. Musi się wiązać niebywale niebezpieczeństwo z taką mocą. Jak Kain sam stwierdził wcześniej nie dochodziło aż do takich napadów, chociaż nie wiem czy powinnam to tak nazywać. To dość specyficzna rzecz. Zdołała zabić aż siedmiu dorosłych, jak mniemam, wampirów, spora liczba. A kto wie czy nawet nie więcej? Wiem, że Veronigue musi odpocząć, sama bym musiała po takich przeżyciach, które właściwie utwierdziły ich domysły, co do Lilith. Pojawiła się nowa postać, a mianowicie Elisabeth Bones, mam wrażenie, że może tutaj nieco namieszać. Zaraz, Batory było złowróżbne, a Bones to już niby nie? Rafael natrafił na Alexandra, czy może oni trzymają się razem? Hm... muszę się tego jak najszybciej dowiedzieć. Wiedziałam, że będzie coś z tymi książkami. Jestem ciekawa jak zamierzasz to wszystko rozegrać, prowadzisz tyle wątków, a to wciąż jest ze sobą spójne i układa się w logiczną całość.
    Czekam na 24. i dużo weny Ci życzę! :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż poczułam to uderzenie o asfalt, czytając o Veronique. Szczerze, to czytam Twój blog od niedawna, ale sądzę, że rzadko kiedy można spotkać tak dobry tekst na blogach. Gratuluję :).
    Tymczasem ja zapraszam Cię na mój nowy blog z opowiadaniem, mam nadzieję, że przeczytasz i skomentujesz :).
    www.tatarak-w-chinach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy następnia notka? ;) czekam z niecierpliwością ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę tylko przepisać z zeszytu na komputer :) Wiem, że dawno nic nie dodałam, ale sama nie wiem kiedy mi ten czas zleciał ;)
      W między czasie zapraszam na moje inne blogi, które można znaleźć z podstronie "autorka" :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Witam.
    W związku z ostatnimi zmianami na Rejestrze blogów podkategoria fantasy została podzielona na pięć podgatunków (dark, heroic, high, low, urban). Proszę o wybranie jednego z podgatunków i poinformowanie mnie o tym pod postami znajdującymi się na stronie głównej lub w zakładce „pytania i prośby”. W razie wątpliwości szczegółowe informacje na temat podgatunków można znaleźć TUTAJ.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    świetne, czyli jednak Alexander jest w tej grupie z wilkołakami, Ver och jak ona się wkurzyła,,,
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń