sobota, 2 maja 2015

ROZDZIAŁ 24. Krwawe rozmowy.



Jak pozostajesz tak silna?
Jak skrywałaś to przez tak długo?
Jak mogę uśmierzyć ból?
Jak mogę ocalić.... 
...Upadłego anioła, w ciemności
Three Days Grace "Fallen angel"

– Gdybyś miała wybrać inne życie, to jakie by ono było? – Usłyszała tak dobrze znany głos.
            Głos, który sprawił, że pierwszy raz w życiu zadrżała z podniecenia.
            – Chyba  – zaczęła dokładnie dobierając słowa – chciałabym być normalną dziewczyną. Nie musiałabym oglądać tych wszystkich spojrzeń przepełnionych strachem, spowodowanych moim pochodzeniem – odparła szczerze, patrząc w bursztynowe oczy, siedzącego naprzeciw niej siedemnastolatka.
            Mimo otaczającej ich nocy, jego skóra była zroszona potem. Powietrze było parne, świerszcze dawały głośny koncert, a na  podmuchach ciepłego wiatru tańczyły wysokie źdźbła traw.
            – Z powodu innych zrezygnowałabyś z majątku, tytułu i… – Młodzieniec zdawał się ważyć to ostatnie słowo, aż w końcu, nachylając się ku dziewczynie, wyszeptał je. – Nieśmiertelności?
            – Jak to jest być człowiekiem? – spytała, zrywając samotny biały kwiat. – Jak to jest czuć zmęczenie, ból, żal, smutek, gniew, życie uciekające przez palce? – pytała, mnąc w dłoniach jasne płatki.
            Jej jaśniejące w mroku oczy, młodzieńcowi zdawały się być oddalonymi gwiazdami na niebie.
            – Przecież ty też czujesz – odparł. – I to bardziej – dodał, jakby ze skargą.
            – Ale nie jako człowiek. Nigdy niczego nie poczuję w pełni, choćbym nie wiadomo jak mocno tego pragnęła. Ty możesz, bo nad tobą wisi widmo śmierci, Alexandrze.
            Zadrżał, słysząc swoje imię, wypływające spomiędzy jej warg.
            – Chcesz coś poczuć? – spytał niemal buńczucznie, przybliżywszy się do niej.
            Ona tylko nieśmiało skinęła głową. Widział czające się w jej oczach zakłopotanie.
            – To pocałuj mnie, Veronique – powiedział niemal błagalnie; od dawna tego pragnął. – Pocałuj mnie, tak , jakbyś miała pewność, że oboje jutro umrzemy.
            – Nie chciałabym byś umarł, Alexandrze – odparła z przejęciem w głosie.
            – Po prostu mnie pocałuj – wyszeptał, a wampirzyca wpiła się w jego usta.

            Veronique niczym oparzona zerwała się do siadu, otwierając szeroko jarzące się w półmroku oczy. Zdumiona rozejrzała się wokół. Siedziała wśród wysokiej trawy, z dala od miasta. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a z nieba spadały ciężkie krople deszczu.
            Veronique nie miała pojęcia kiedy zasnęła. Pamiętała tylko wschód słońca oraz narastający głód. Gdy ten drugi stał się nie do wytrzymania, opuściła las, udając się na polowanie, które miało być krótkie i szybkie, bez ofiar śmiertelnych. Jednak, zasmakowawszy pierwszych kropel krwi, pieszczących podniebienie, straciła nad sobą kontrolę.
            Zdezorientowana porą dnia, wstała z miejsca. Była zakrwawiona, przemoczona oraz, mimo środka lata, przemarznięta. Nie miała pojęcia jak długo leżała w trawie, biernie moknąc. Veronique chciała wrócić do ciepłego i suchego domu, lecz sama myśl o nim sprawiła, że na powrót w jej głowie zamajaczył obraz Lilith i tego jej cynicznego uśmieszku. Na wspomnienie matki, powietrze wokół Veronique zadrgało nieznacznie.
Zrezygnowana stanęła w pół kroku, lecz po chwili namysłu, podjęła wędrówkę do miasta, a w głowie obmyślała coraz to bardziej makabryczne skutki spotkania z matką.
Wampirzyca, wyobraziwszy sobie śmierć Lilith, skrzywiła się pod nosem. Bądź co bądź, Lilith otoczyła ją opieką, kiedy nie miała nikogo innego,  oraz obdarzyła matczyną miłością. Nieraz szaloną i impulsywną, ale jednak miłością.
Rozmyślania Veronique przerwała komórka, która dzwoniąc, zakłóciła leśny spokój.
– Miałaś dać znać, jak poszło z Nobokovem. – Usłyszała pretensjonalny głos Arthura, gdy tylko odebrała.
– Przepraszam, zapomniałam – odezwała się, przechodząc nad zwalonym konarem. – Spotkanie okazało się tak owocne, że nie pamiętam ostatnich dwunastu godzin – przyznała, starając się ukryć lekki strach oraz zażenowanie.
Strach – czy czasem, szalejąc po mieście w krwiożerczym amoku, nie ściągnęła na siebie uwagi. Zażenowanie – gdyż mając ponad siedem wieków, nie wypadało tracić nad sobą kontroli.
– Co się stało? – Arthur zdawał się być zszokowany.
– Dowiedziawszy się paru interesujących rzeczy, straciłam panowanie nad aurą, co zapewne spowodowało śmierć wielu ludzi, bywających w dzielnicy nadnaturalnych…
– To byłaś ty? – spytał Arthur, z nadzieją, że usłyszy zaprzeczenie.
– Wieści chyba szybko się rozchodzą – sarknęła Veronique, stając na skraju lasu.
– A co było później? Domyślam się, że spowodowanie śmierci stu piętnastu ludzi to tylko początek…
– Ilu?! – Veronique, usiadła pod drzewem, kryjąc twarz w wolnej dłoni.
– Stu piętnastu. Dobrze się czujesz?
– Tak. Nie. Nie wiem – majaczyła w szoku. – A jak myślisz, co było potem? – spytała retorycznie. – Odizolowałam się z dala od miasta, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam, a gdy się obudziłam, odkryłam, że jestem uwalana w krwi – poskarżyła się.
– Może mogę ci jakoś pomóc?
– Arthur, zrobiłeś wiele, kontaktując mnie z Nobokovem.
– Ja…
– Aegnorze, nie. – Od dawna nie zwracała się do kuzyna tym imieniem. – Jeśli chcesz mi pomóc, to proszę cię, opuść miasto. Wyjedź gdzieś daleko od tego wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z Lilith, bo czuję, że to coś więcej, niż zmartwychwstanie Alexandra.
– Czyli jednak… żyje? Masz pewność?
Veronique przymknęła oczy, przypominając sobie wschód słońca oraz sen, który zdawało jej się, że śnili wspólnie.
– Tak, jestem pewna – odparła stanowczo. – Proszę, wyjedź z miasta.
– Powodzenia, Veronique.
Połączenie zostało przerwane, a Veronique od razu wybrała numer. Ledwie usłyszała pierwszy sygnał, a ktoś podniósł słuchawkę.
– Olivia?


– Co?! – krzyknął Kain, wpatrując się w Lisę nieodgadnionym wzrokiem.
W dwójkę wampirów, siedzących przy stoliku pod oknem z widokiem na Soho Square, skierowało się wiele zaciekawionych spojrzeń.
– Ciszej – syknęła Lisa. – Wszyscy się na nas gapią.
– Nie moja wina, że ze wszystkich miejsc na Ziemi, musiałaś wybrać akurat ten bar. Równie dobrze mogliśmy porozmawiać gdziekolwiek – wysyczał równie jadowicie.
– To moja gwarancja, że nie zrobisz mi krzywdy, za to, że dwieście lat temu zostawiłam cię samego na tej okropnej wyspie – odparła poważnie, krzyżując ręce pod bujnym biustem, w który Kain lubieżnie się zagapił.
Jednak po chwili otrzeźwiał i wycelował  palcem w wampirzycę.
– To był tylko seks, na dodatek kiepski. A po tym, co mi przed chwilą powiedziałaś, naprawdę mam ochotę cię ukatrupić – powiedział bez krzty sympatii, po czym rozsiadł się wygodniej w krześle.
– Seks wcale nie był taki kiepski, skoro powtarzaliśmy to, co noc, przez ponad dwa miesiące – fuknęła.
– Naprawdę? Robisz mi wykład na temat tego, czy podobał mi się nasz seks sprzed dwustu pieprzonych lat, zaraz po tym, jak przyznałaś się, że w piwnicy masz cholernego rozjuszonego wilkołaka?! – Nie wytrzymawszy, Kain na koniec rzucił w rozmówczynię solniczką.
Lisa mimo wszystko była równie szybka i nim szklana fiolka roztrzaskała się jej o czoło, już trzymała ją między palcami.
Po barze zaczęły krążyć szepty, dotyczące hałaśliwej pary.
Lisa rozejrzała się nieśpiesznie.
– Świetnie – burknęła. – Teraz już nie tylko się gapią, ale i o nas rozmawiają.
– Aż tak ci to przeszkadza? Pewnie myślą, że jesteśmy parą nieszkodliwych wariatów.
Lisa prychnęła rozbawiona.
– Ty i nieszkodliwy? To dopiero oksymoron.
– Niewiarygodne – warknął, załamując ręce.
– Tak, jak nasz seks – wyszeptała, nachylając się ponad stolikiem.
Kain tylko przewrócił oczami, nawet tego nie komentując.
– To co z tym wilkołakiem?

 
– Veronique! Jak ty wyglądasz? – zawołała Olivia. – Wchodź szybko do środka.
Veronique stała na progu, obejmując się ramionami. Z wdzięcznością przyjęła zaproszenie i fakt, że zewnętrza lampa nie działała. Wołała sobie nie wyobrażać reakcji Olivii na zakrwawioną bluzkę – jeansowej kurtki pozbyła się po drodze, a ręce przemyła w kałuży.
Deszcz, który zastała po otworzeniu oczu nie ustępował. Wampirzyca zdążyła przemoknąć do tego stopnia, że czuła krople wody pełzające po ciele.
– Przepraszam za kłopot – powiedziała już po wejściu do ciemnego przedpokoju.
Zsunęła z siebie równie mokre trampki i, zauważając tworzącą się wokół siebie kałużę, dodała:
– Lepiej przynieś jakiś ręcznik, nim rozniosę ci wodę po domu.
– Zapomnij – zaprzeczyła Olivia. – Biegnij do łazienki i  weź gorącą kąpiel, ja w tym czasie przygotuję ci coś ciepłego do jedzenia.
– Ale…
– Żadnego ale, Ver – wtrąciła Liv. – Przynajmniej mogę ci się odwdzięczyć za tamtą noc – powiedziała, po czym położywszy wampirzycy dłoń pomiędzy łopatkami, stanowczo pchnęła ją w stronę schodów.
Veronique, widząc, że niebezpiecznie zbliżały się do światła lampy, wiszącej nad schodami, obróciła się i złapała Olivię za przegub.
– Znam drogę – powiedziała, patrząc w zielone oczy dziewczyny.
Ta, nie mogąc wytrzymać spojrzenia, spuściła wzrok.
– Boże – wyszeptała przerażona, gdy łuna bladego światła, sączącego się z salonu, nikle oświetliła przedpokój. – To krew?
Veronique podążyła za spojrzeniem Olivii. Niemal cały front koszulki był poplamiony krwią.
– Jesteś ranna? – spytała Olivia bez udawanej troski w głosie.
Rozszerzone ze zdumienia i strachu oczy utkwiła w stoickiej twarzy wampirzycy.
– Nie – odparła stanowczo Veronique. – Mówiłam ci przez telefon, że miałam ciężką noc… dzień w sumie też.
– Ale to nadal nie tłumaczy tej krwi… Masz ją nawet na szyi… – Olivia dotknęła plamki powyżej obojczyka i roztarła ją pod palcem. – Powiedz mi co się stało? Jeśli to możliwe, to chcę ci pomóc – nalegała.
–Mówiłam już, że nic mi nie jest – powiedziała Veronique, siląc się na dobroduszny ton. – Proszę… nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi.
Olivia wyszarpnęła rękę z więżącej ją dłoni. Przez chwilę biła się z myślami, zastanawiając się, czy nie wyprosić Veronique z domu. W końcu się odezwała:
– Nie znam cię. – Veronique obserwowała Olivię w milczeniu. – Ted twierdzi, że nie powinnam nawet o tobie myśleć.
– Może ma rację. To mądry facet.
­– Potrafisz to stwierdzi po jednym spotkaniu?
– Mam niezłą intuicję. Słuchaj, pójdę sobie, a ty zrób, jak radził ci przyjaciel – powiedziała naprędce Veronique, odwracając się do wyjścia.
– Przestań – fuknęła Liv. – Mam własny rozum i nikt, nawet ty, nie będzie mi mówić, co mam robić. Nie chcesz gadać? Proszę bardzo! Ale… – Olivia wpatrywała się w plecy Veronique; biła od niej dezorientacja i strach. – Jeśli za tymi plamami krwi kryje się jakaś paskudna historia, to lepiej to z siebie wyduś… Inaczej zniszczy cię własne sumienie.
Veronique zaśmiała się pod nosem i zerknęła za siebie, a jej oczy spotkały się ze spojrzeniem Olivii, która kipiała złością.
– Za tymi plamami krwi jest wiele lat historii, Olivio. Jednak nie mogę ci jej zdradzić, bo nie chcę zrobić sieczki z twojego mózgu.
– Sieczki? – prychnęła Olivia, przeczesując złote pasma włosów, odgarniając je za uszy. – Teraz mi ja robisz – powiedziała z pretensją w głosie. Westchnęła z rezygnacją. – Idź się wykąp – to powiedziawszy, udała się do kuchni.

 
Kain szedł za Lisą, która w przeciwieństwie do niego, była w dobrym humorze. On nie tryskał optymizmem na myśl o czekającym na nich wilkołaku. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak niebezpieczne i nieobliczalne mogły być to stworzenia. Na swoim koncie miał już nie jedną potyczkę z tymi humanoidalnymi kreaturami – to było nieuniknione, gdy przez wiele tysiącleci wędrowało się z miejsca na miejsce, po drodze przecinając terytoria watah wilkołaków.
Wiele wampirów, nie tylko tych młodych i niedoświadczonych, ginęło w konfrontacji  z siłą i drapieżnością połączoną z toksyczną dla nich śliną i myślącym, ludzkim mózgiem lykana. Nawet Kain, pomimo swoich lat i ogromnych pokładów mocy, nie raz musiała ratować się ucieczką z walki z więcej niż jednym wilkołakiem.
Kain zerknął na idącą przed nim wampirzycę. Próbował sobie wyobrazić, jak tak krucha i drobna kobieta potrafiła pojmać dorosłego lykana, uchodząc z tego bez draśnięcia. Może i była wampirzycą i, tak jak Kain, Pradawną – którą ponad trzysta lat temu Bóg, z chorym poczuciem humoru, skazał na nieśmiertelność – jednak nawet to nie tłumaczyło tego w jaki sposób dokonała niemal niemożliwego.
W końcu przystanęli.
Lisa obróciła się i z uśmiechem wskazała okazały dom.
– Ta-da! – wyśpiewała, na co Kain skrzywił się, przeklinając w duchu samego siebie, jak mógł kiedyś z nią spółkować.
Ach, czyż tropiki nie wyzwalały w nas najgorszego?, pomyślał ironizując, na samo wspomnienie upojnych nocy spędzonych  z Elisabeth, gdy ponad dwieście lat temu na okres roku porzucił towarzystwo matki i siostry.
– Ładny domek – przyznał, patrząc na budynek.
Był to średniej wielkości wolnostojący dom, usytuowany z dala od głównej ulicy. Najbliżsi sąsiedzi mieszkali nie całe sto metrów wcześniej.
Kain rozejrzał się wokół, myśląc, że to idealna kryjówka dla wampira, którego posiłki zwykły głośno krzyczeć.
– Można powiedzieć, że go odziedziczyłam – powiedziała z morderczym błyskiem w niebieskich oczach; Kain niejednokrotnie zastanawiał się, dlaczego ich kolor po przeistoczeniu nie uległ zmianie.
Złoty kolor oczu oraz rude włosy były charakterystycznymi cechami Pradawnych.
Kain podszedł do starej towarzyszki.
– Za każdym ciągnie się kawał historii… zupełnie, jak smród za obszczanym pijaczyną.
Lisa spojrzała spod byka na Kaina. Ten tylko szeroko się uśmiechnął, bynajmniej nie z radości.
– Chodź – powiedziała już bez uprzejmości, i poprowadziła Pradawnego na tył domu.
Po kolei podniosła pięć wielkich kamieni, osłaniających wejście do piwnicy, po czym otworzyła dwie kłódki, zasuwkę, a na samym końcu uniosła klapę. Gdy to zrobiła z ciemnego, cuchnącego pleśnią i wilgocią wnętrza, dobiegło ich nieludzkie warczenie.
– Panie przodem – Powiedziała Kain, krzywiąc się na samą myśl o wilkołaku.
Zeszli w ciemność. Kain rozejrzał się niespokojnie, rozróżniając w mroku kształty regałów, piętrzących się stert makulatury, opartych o szafkę z narzędzi ogrodowych i wielu innych, na jego oko, normalnych rzeczy. Jednak to, czego szukał, spostrzegł w najdalszym krańcu pomieszczenia.
Dwa jarzące się w mroku punkciki o barwie krystalicznie czystego oceanu. To stamtąd dochodziło warczenie.
Wtem zapaliło się światło. Nieprzygotowany na to Kain zmrużył oczy.
– Cholera jasna , Lisa! Chcesz nas wszystkich oślepić?! – warknął w kierunku wampirzycy, trzymającej dłoń na włączniku.
Kain zamrugał kilkukrotnie, po czym skierował spojrzenie tam, gdzie jaśniały wykołacze ślepia.
Patrzył na niego czarnowłosy mężczyzna. Parodniowy zarost porastał jego twarz. Z pomiędzy uniesionych warg wystawały sześciocentymetrowe kły oraz rząd ostrych – gotowych rozszarpać wszystko, co stanęło by im na drodze – zębisk. Oceaniczne oczy płonęły niepochamowaną wściekłością. Zmarszczone brwi zdawały się być bardziej wydatne i krzaczaste niż powinny. Szczęka była lekko zniekształcona – węższa oraz podłużna, zaś nos przypominał w połowie zwierzęcy, w połowie ludzki. Włosy, sięgające żuchwy, nie były w stanie zamaskować szpiczastych, porośniętych brązową sierścią uszu.
– Jest w takim stanie, bo się zezłościł, czy… – zaczął Kain, podchodząc krok bliżej mężczyzny.
Ten kłapnął zębiskami, naprężając ciało, jakby był gotów do skoku. Nagły ruch sprawił, że łańcuchy, którymi został przykuty do ściany, zadzwoniły, przypominając wilkołakowi, że nadal był skrępowany.
– Cholera! – Kain, jak szybko zrobił krok, tak szybko się cofnął, spoglądając kątem oka na Lisę, wyciągającą dłoń z  jednego ze słoików.
Zaciskając, mieniące się srebrem, palce w pięść, podeszła do starego stołu roboczego, gdzie w równym rzędzie leżały strzykawki wypełnione fioletowym płynem. Lisa wzięła jedną z nich w wolną rękę.
Wilkołak widząc to, zawarczał jeszcze głośniej, a kości czaszki zaczęły się łamać i przemieszczać pod skórą, czemu towarzyszyło nieprzyjemne dla uszu trzaskanie i trzeszczenie.
Kain wpatrywał się w zachodzącą na jego oczach przemianę. Z chorą fascynacją obserwował krwawiące ludzkie oczy oraz rosnące w  masę ramiona. Nie potrafił oderwać wzroku od wykrzywiających się palców i wyrastających z nich pazurów. Patrzyłby dalej, gdyby nie Lisa, która bez cienia strachu sypnęła wilkołakowi w twarz proszkiem mieniącym się metalicznymi refleksami.
Wilkołak zawył przeraźliwie, po czym zaczął kaszleć i krztusić się na przemian.
Lisa korzystając z okazji szarpnęła delikwenta za włosy i, odsłoniwszy porośniętą sierścią szyję, wbiła w żyłę grubą igłę, dociskając kciukiem plastikowy tok strzykawki.
Lykan zacharczał. Z ust toczył krwistą pianę. Ni to skamlał, ni to krzyczał. Zwierzęce przemiany, które w nim zaszły powoli zaczęły się cofać. W końcu, wciąż zakuty w łańcuchy, padł na zimną podłogę targany konwulsjami.
– Co do… – wykrztusił Kain, podchodząc bliżej, jednak zachowując bezpieczny dystans.
– Zaraz się ocknie – odparła Lisa, odrzucając pustą strzykawkę na stół.
– Jesteś pewna, że jestem ci potrzebny? – spytał, patrząc na wampirzycę z niemałym podziwem w oczach.
– To, że udało mi się go złapać, nie znaczy, że było to banalnie proste – powiedziała, stając u boku starszego od niej wampira.
– A czy kiedykolwiek powiedziałem, że takie było? – zironizował.
– Skopałam mu tyłek, gdy wtargnął mi do domu, ale zawdzięczam to paczce soli, którą cisnęłam mu w oczy. Gdybym wtedy nie gotowała kolacji pewnie byłoby po mnie – opowiedziała.
– Jeden Pradawny w tą, czy w tą – zakpił Kain, wywracając oczami. – Co to ma być? – spytał, unosząc strzykawkę z pozostałościami po jakimś srebrzystym płynie.
– Zapewne moje trzy pierścienie, śladowe ilości zastawy mojej prababki i patera, którą dostałam na czterysta czterdzieste ósme urodziny – zironizowała, nie udając zirytowanie. – Srebro, Kain, a cóż by innego?!
– No tak – prychnął, odrzucając fant, po czym zaśmiał się, spoglądając na Lisę. – Naprawdę zniszczyłaś swoje srebra?
– Zamknij się – warknęła. – Jakoś nie mam w zwyczaju, trzymania w domu sproszkowanego srebra na wypadek ataku wilkołaka.
– Nazwałbym to ironią losu – odparł z satysfakcją. – Srebro, tojad – zaczął wyliczać, dotykając poszczególnych fiolek – może jeszcze mi powiesz, że te łańcuchy to zrobiłaś z rynien, gnana nagłą potrzebą.
– Łańcuchy są tu od dawna, Kain – odparła złowróżbnie.
Wampir uśmiechnął się chyrze pod nosem, przenosząc wzrok na odzyskującego przytomność mężczyznę.
– Pewne zachowania nigdy się nie zmieniają. Nieprawdaż, Elisabeth? – Zamyślił się na chwilę, po czym spytał:
– Co chcesz z nim zrobić?
– Dowiedzieć się kim jest i czemu mnie zaatakował.
– A potem?
– Zabić? – spytała niepewnie.
– Droga, Liso – zaczął Kain, nie kryjąc tego, że miał ją za idiotkę – wilkołaków się nie zabija. A dlaczego? Bo to  stworzenia stadne. A co robi stado? – Spojrzał głęboko w niebieskie oczy. – Dba o swoich, a co za tym idzie, łatwo w nich rozniecić żądzę zemsty.
– Nawet nie macie pojęcia, jak łatwo – wychrypiał mężczyzna, unosząc się na łokciach. – Widać nie jesteś głupi – stwierdził, siadając pod ścianą i spluwając krwią pod stopy Kaina.
Ten z obrzydzeniem cofnął nogę.
– Kim jesteś? – spytała Lisa chłodnym tonem.
– Ja powinienem o to zapytać. Ten pieprzony lizodup nie wspominał, że też ssiesz ludzkie szyje, jak dziwka kutasa.
– Poeta – sarknął Kain, krzyżując ręce na piersi.
– O czym ty bredzisz? – Lisa stała z rozłożonymi rękoma, zbita z tropu.
Wilkołak zaśmiał się ochryple, krztusząc się przy tym. Jego wzrok był mętny od krążącego  w żyłach tojadu.
– Dostałem zadanie wybadania terenu i wypytanie ciebie, krwiopijcza księżniczko, o pewnych ludzi. Ludzkich ludzi. Jak widać – zadzwonił łańcuchami – moje informacje nie były rzetelne skoro tu siedzę.
– On niczego nam nie powie. Ten gatunek tak ma. Lojalność wedle stada ponad wszystko. Nie wyobrażasz sobie nawet, co są w stanie zrobić dla alfy – powiedział Kain do Lisy.
– Przecież go teraz nie rozkuję, bo marnie skończę – syknęła.
– Masz to, jak w banku, księżniczko – oparł wilkołak. – Jednak jeśli mnie nie wypuścisz, to prędzej, czy później moi bracia zapukają do twych drzwi.
– Bracia – wyszeptał Kain, kręcąc głową. – Robi się coraz  ciekawiej. Powiedz mi jedno… jak cię zwą? – spytał, patrząc wyczekująco na mężczyznę.
– Pierdol się – warknął, spluwając w stronę Kaina krwią.
– Rozumiem – odparł Kain, przeciągając samogłoski. – Więc, pierdol się,  powiedz mi, czy miałeś zamiar skrzywdzić tę chodzącą zarazę? – mówiąc to, wskazał na Lisę.
Ta spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Nie – odpowiedziała wilkołak.
– To czemu ją zaatakowałeś?
– Miałem porozmawiać z normalną dziewczyną, a drzwi otworzyła mi wampirzyca z krwi i kości. Spanikowałem – doparł, siląc się na uśmiech.
– A czego miałeś się dowiedzieć? – Kain kontynuował przesłuchanie. – Uwierz mi, pierdol się, a honorowy ze mnie wampir, że chcę tylko informacji. Powiedz, co wiesz, a cię wypuszczę. Co ty na to, pierdol się?
– Ulica Rideway, bodajże… mówi ci to coś?
Kain uniósł brwi, a Lisa zakrztusiła się powietrzem, co zwróciło jego uwagę.
– Co znowu? – syknął w jej kierunku, już szczerze zirytowany.
Mieszka tam moje przyjaciółka, pomyślała.
Pradawny uśmiechnął się tajemniczo, słysząc myśli wampirzycy.
– Dla kogo pracujesz, pierdol się?
– Skończ już w tym pierdol się, dobra?! – krzyknął wilkołak.
– Przecież tak się nazywasz. Sam to powiedziałeś – nabijał się Kain.
– Jestem Gabriel i nie pracuję dla nikogo. Mój brat zawarł umowę z pewnym wampirem. Podobno to jakiś ważniak, należący do  szlachty. Jego przydupas tytułuje go panem. Ale ja nie służę temu krwiopijcy, tylko wykonuję polecenia brata – powiedziała srogo Gabriel, tonem wskazującym na to, że dość już miał tej  bezcelowej  gadki.
Zatrucie tojadem również nie ułatwiało mu skupienia się. Czuł się coraz gorzej. Gabriela bolał każdy mięsień, a nerwy pulsowały mu choćby rażone prądem.
– Więc masz brata alfę. – Kain zacmokał. – Przykre tak non stop się podporządkowywać.
– I mówi to ten, którego gatunek trzęsie portkami przed jedną waszą kobietą. Lilith, zgadza się? – Gabriel odbił piłeczkę.
– Owszem, jest potężna, ale nie jest jedyną Pradawną stąpającą po tym padole – sprostowała Lisa.
– Tak, słyszałem. Jest ich pięcioro: dwie kobiety, trzech mężczyzn.
– Ktoś tu odrobił pracę dobową z teorii, brawo. – Kain zaklaskał.
– Z praktyką już gorzej – szepnęła Lisa.
– Dobrze, Gabrielu, ostatnie pytanie. Czego dotyczyła umowa zawarta przez twojego brata alfę?
– Nie wiem, co ci dadzą te puste informacje, skoro nawet dla mnie są bezwartościowe, ale pieprzyć to… o ile na pewno mnie wypuścisz.
– Dotrzymuję danego słowa, a ta niewiasta obok mi w tym nie przeszkodzi.
– Mogłabym wyłupić ci oczy i użyć ich jako oliwek do Martini – warknęła do Kaina.
– Mogłabyś, ale jesteś za słaba i za głupia, by to zrobić – odparł beznamiętnie, nawet na nią nie patrzeć. – Proszę, kontynuuj – ponaglił Gabriela gestem ręki.
– Sam niewiele wiem… jedynie tylko, że szukamy… Pierworodnej francuskiego pochodzenia. – Z ledwością wypowiedział te słowa.
Chciał dodać coś jeszcze, ale zakręciło mu się w głowie. Zwymiotował krwią i runął nieprzytomny na posadzkę.
– Ile ty mu tego podałaś? – spytał zdziwiony Kain.
– Od wczorajszego wieczora? – Lisa zamyśliła się. – Litr wywaru z tojadu oraz ponad trzysta gram srebra.
– Rozkuj go. Trzeba się go pozbyć nim nam tu wyzionie ducha.
– Przesadzasz – żachnęła się, rozkuwając Gabriela.
– Ciekawe jakbyś ty wyglądała po dwunastogodzinnej kuracji werbeną – odparł, zarzucając sobie wilkołaka na plecy.
 _____________________________________________
<pada na kolana> 
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, że musieliście
 tak długo czekać na ten rozdział.
Nie mam na to usprawiedliwienia. Liczę jedynie, 
że zostaliście, że czekaliście i ujrzę Wasze komentarze, 
które będą dowodem na Waszą obecność. Obiecuję,
że rozdział 25 pojawi się do końca miesiąca.
Pozdrawiam Was wszystkich.
P.

5 komentarzy:

  1. No ja mam nadzieję ;) Jak zawsze nienaganny styl, błędów nie będę wypisywać (bo po co, jak sama wiesz, gdzie są) no i oczywiście fabuła... Mua! Wspaniała i porywająca. "Pierdol się" mnie rozwaliło na łopatki xD Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział *.*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej.
    Hmmm, mogę się zakochać w Kainie? Wariat mnie rozwala na łopatki tym swoim podejściem do życia, nawet nieśmiertelnego. Z jednej strony jest wybuchowy, a z drugiej tak opanowany, że strach się bać.
    W paru miejscach Ci się kochana końcówki pozmieniały.
    Czekam na nexta, ale jak wiem z własnego doświadczenia, czasem wen jest tak wredny, że nic nie jesteś w stanie napisać przez długi czas.
    Pozdrawiam, Ada.

    OdpowiedzUsuń
  3. No nie powiem długo cię niebyło. Zaglądałam tu codziennie do kwietnia. Potem przestałam, ale coś mne dzisiaj tkneło..... no i jestem! Rozdział genialny. Ciekawe czego chcą te wilkołaki od Veronique. Powiem szczerze, że zakochałam się w tym blogu. Mam nadzieję, że nowy rozdział niedługo się pojawi. Życzę weny i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nareszcie znalazłam czas... i jest mi wstyd, naprawdę wstyd. Chyba już nigdy nie będę mogła być choć raz na bieżąco z czymś, co wydobywa spod Twojego pióra. Miesiąc, eh... ciekawe, ile następnym razem będę zwlekać tylko z kilkoma minutami czytania i nie więcej pisania komentarza.
    Czytając ten rozdział, zdałam sobie sprawę, jak mało zaczynam pamiętać z tego opowiadania. Kurczę, szkoda. Ale w połowie jakoś sobie przypomniałam, przez co niektóre informacje zaczęły wpadać na odpowiedni tor. Dodam jeszcze, że posłuchałam "After the Fall" i niemalże natychmiast się zakochałam w tym utworze, choć nie ma tekstu, a raczej w takich nie gustuję. Wracając do treści opowiadania, bo głównie tutaj się znalazłam, by podzielić się swoimi spostrzeżeniami z Tobą, jako autorką tej historii. Tak, zauważyłam kilka błędów interpunkcyjnych, ale nie będę Ci ich wytykać, bo sama niekiedy mam z tym problem. Poza tymi ni zauważyłam innych, chociaż nie, były jeszcze literówki, lecz to zupełnie nie przeszkadza w czytaniu. A przynajmniej mnie to aż tak bardzo nie gryzie w oczy. Coś mi się zdaje, że jednak Aegnor nie posłucha naszej Veronique i zostanie w Londynie, chociażby po to, aby mieć na nią oko. Sto piętnaście (dobrze pamiętam?) osób zabitych to dość spor dorobek, a to zaledwie przez jedną czynność. Hm, powiadasz, że Kaina łączyło coś dwieście lat temu z Elisabeth? Cóż, tego akurat się nie spodziewałam, więc lekko mnie zaskoczyłaś taką informacją, ale o to chodzi. Dobrze, że fabuła nie jest do przewidzenia, cały czas się coś dzieje. Sama wiem, jak trudno jest utrzymać spójność w tym, co się tworzy. Ciekawe, jak długo uda się Ver zbywać ciekawość Olivii, bo wiadomo, jak to czasami ciężko jest się powstrzymać od tego, żeby się w końcu nie wygadać. Coś mam wrażenie, że niedługo i tak się dowie, kim jej bliska koleżanka tak naprawdę jest. O proszę, Lisa przetrzymuje w domu wilkołaka Gabriela. Dobra, ja naprawdę kocham Kaina, aż za bardzo przypomina mi pewna personę, z którą mam styczność każdego dnia. A może to właśnie dla tego tak bardzo ubóstwiam jego postać? Może, może, kiedyś z pewnością się tego dowiem. To tak, celem wilkołaków jest odnalezienie jakże słodkiej francuzki, którą wszyscy czytelnicy tak dobrze znają. Szykuje się coś, czuję to.
    Jestem pod wrażeniem, udało mi się w końcu skomentować ten rozdział, teraz zabieram się za następny :>

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    Kein i jego podejście do życia mnie rozwala, ciekawe czy skojarzy o kogo im chodzi...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń