wtorek, 2 czerwca 2015

ROZDZIAŁ 25. Alexander.


Jak ja to tu zakończę?
To tak, jakbym zawsze miał krew na rękach
Wszystko, co zyskuje jest jednym, a ja idę w tysiąc do końca
(…) Bierzesz mnie na skraj. Spychasz mnie za daleko (…)
Powiedz, dlaczego wszystko, co kocham odebrano mi?
Dlaczego odebrano mi to, co kocham?
Three Days Grace „Tell me why”

            Wodziła wzrokiem po pomieszczeniu. Ludzie, a przynajmniej część z nich, zdawała się wykonywać swoje role: barmanów, kelnerów. Reszta siedziała w nienaturalnych pozach. Ci, których ciała znalazły oparcie w krzesłach, wydawali się przygnębieni z głowami opadającymi na ramiona. Jeszcze inni wyglądali na pijanych przy elegancko nakrytych stołach, mając zastawę za poduszki.

            Wszystko na pierwszy rzut oka było normalne – począwszy od wystroju restauracji, a na widokach za oknem skończywszy.

            London Eye migotało w oddali na tle wieczornego nieba, które przecinał śmigłowiec. Fioletowo-czerwone promienie zachodzącego słońca podkreślały kłębiące się nad miastem chmury zwiastujące kolejną gwałtowną letnią ulewę.

            Idealny obrazek zakłócały szczegóły, na które nie zwracali uwagi przypadkowi przechodnie, czy to przez pośpiech, a może za sprawą mrocznej aury otaczającej restaurację. Nie mniej jednak, przemykający obok wejścia oraz ogromnego okna ludzie nie dostrzegali, że jedna z kelnerek miała mokrą od łez twarz, mimo że na ustach widniał promienny uśmiech. Nikt nie raczył spojrzeniem stołów okrytych białymi obrusami, poplamionych czerwienią.

            Lilith westchnęła znudzona, oglądając żyjące za oknem miasto. Często tęskniła za szalonymi latami, gdy boso  przemierzała leśne ścieżki, martwe pustkowia, śnieżne tundry, goniona pierwotnym instynktem — głodem.

     Leniwie zakołysała kieliszkiem, po czym łapczywnie go opróżniła. Ledwo odstawiła szkło, pojawił się kelner. Pradawna zerknęła w bok na trupio bladego młodzieńca od godziny uzupełniającego zawartość kielicha własną krwią.

            – Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić, pani? – spytał flegmatycznym głosem, przyciskając do  rozcięcia wzdłuż ramienia ręcznik.

            Krew nie płynęła już ciągłym strumieniem.

            Lilith wzięła napełniony do połowy kieliszek z grymasem niezadowolenia na twarzy. Przez chwilę wpatrywała się w krzepniejącą krew, po czym oznajmiła:

            – Jak dla mnie, to możesz sobie nawet kark skręcić.

            Ledwo zamoczyła usta, usłyszała charakterystyczny chrzęst, a na podłogę padł obsługujący ją kelner. Wyglądał niczym lalka, której dziecko odwróciło głowę o sto osiemdziesiąt stopni.

            Lilith prychnęła zirytowana. Nie cierpiała, gdy zahipnotyzowani przez nią ludzie nagle tracili umiejętność rozpoznawania sarkazmu.

            – Mogłabyś z tym coś zrobić? – zwróciła się do kobiety kompulsywnie wycierającej ladę.

            – Co konkretnie?

            – Cokolwiek, byleby nie leżało u moich stóp – odparła Lilith, osuszając kieliszek, oblizując rant.

            Jak tylko dotarło do niej, że znowu nie miała co pić, zirytowana rzuciła nim przed siebie. W momencie, gdy szkło nie wytrzymało spotkania z głową osuszonej z krwi kobiety, drzwi do restauracji stanęły otworem.

            Lilith niebezpiecznie błysnęły oczy, lecz po chwili na ustach pojawił się jadowity, mrożący krew w żyłach uśmieszek.

            – Jeśli nie chcesz, by cię wytropiono, to nie zostawiaj za sobą szlaku z trupów, Lilith.

            – Kto powiedział, że się ukrywałam?

            Odpowiedział jej pogardliwy śmiech.

            Mężczyzna minął parę stolików, nawet nie patrząc w martwe oczy ofiar głodu Pradawnej. W końcu stanął przed obliczem Lilith, nie spuszczając z niej spojrzenia bursztynowych oczu. Poczuł, jak coś napierało na jego umysł, starając się poznać myśli, plany oraz pragnienia. Nie opierał się temu. Wiedział, że to i tak nie miało sensu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej, czy później Lilith zawsze dostawała to, czego chciała. Sam był tego chodzącym potwierdzeniem.

            Lilith uśmiechnęła się, bynajmniej nie z radości, przekrzywiając przy tym głowę niczym zaintrygowane zwierzę.

            – Zaczynasz cuchnąć tak jak one – stwierdzała. – Myślisz, że masz genialny plan, że mnie przechytrzysz? Dlaczego nie dasz sobie z tym spokoju? Dlaczego nie pogodzisz się z rzeczywistością i nie zaczniesz żyć od nowa? Bez niej. – Ostatnie słowa wypowiedziała ze szczególnym naciskiem.

            – Co mam ci powiedzieć, Lilith? – spytał, wzruszając ramionami.

            – Może to właśnie twój problem, Alexandrze, że zawsze dużo mówisz?

            Alexander odsunął krzesło, po czym na nim usiadł. Dłonie ułożył przed sobą na stole i, lekko się pochylając, zapytał łobuzersko:

            – Czemu po prostu nie cofniesz uroku?

            Lilith zaśmiała się jakby usłyszała jakiś absurd.

            – I co dalej? Staniesz przed nią i myślisz, ze wybaczy ci te wszystkie lata bez odzewu, że puści w niepamięć ukochane Porte de Demons?

            – Nie musiałaby mi niczego wybaczać, jakby dowiedziała się prawdy o jej egoistycznej, narcystycznej, zepsutej do szpiku kości matce – odparł spokojnie.

            – Jesteś drzazgą w moim oku, Alexandrze Cortez – wycedziła przez zęby.

            – Vigee-Lebrun – poprawił ją, dumnie się prostując. – Nie zapominaj, że pan Armand mnie uznał. – Alexander zauważył, jak na wspomnienie byłego kochanka Lilith zadrżała warga. – Zastanawiam się, czy w snach widzisz jego twarz, tę wykrzywioną w agonii, gdy umierał z powodu twojej pazerności – wycedził przez zęby, zaciskając pięści w przypływie gniewu. – Zastanawiam się, jak potrafisz patrzeć Veronique, własnej córce, w oczy, wiedząc, co zrobiłaś ponad siedemset lat temu. A Kain? – Lilith spięła się. – Powiedz mi, Lilith, czy twój syn wie o twoich ingerencjach w jego życie?

            – Skąd…?

            – Stąd – mówiąc to, puknął się palcem w skroń. – Gdy się denerwujesz twój umysł jest dla mnie niczym otwarta księga. – Westchnął zadowolony. – To chyba jedyna rzecz, mająca z tobą związek, której nie przeklinam. Krew Veronique we mnie.

            – Patrzę na ciebie i wiesz co widzę? – spytała Lilith, nie siląc się na grzeczność. – Karalucha. Jak i ciebie, tak i te paskudztwo ciężko wytępić.

            – Nie mogłaś przewidzieć, że przeżyję, prawda? – zakpił.

            – Po co do mnie przyszedłeś? Bo chyba nie dlatego, by się przede mną kajać i błagać, jak to robiłeś niejednokrotnie na przestrzeni wieków, łażąc za moją rodziną po całym świecie.

            – Nie, nie po to.

            – Wiem, co knujesz – przypomniała mu. – To, że nawiążesz z nią kontakt po przez twojego Nowonarodzonego niczego nie zmieni.

            – Naprawdę nie dało ci do myślenia, że od ponad stu lat nie widziałaś mnie, ani o mnie nie słyszałaś? – spytał retorycznie, mrużąc oczy, po czym, wstając z krzesła, dodał: – Przyszedłem do ciebie po raz ostatni, Lilith, by zakomunikować ci, że masz tylko dwa wyjścia. – Spojrzał na nią z pogardą. – Wyjawisz prawdę Veronique i cokolwiek ona zdecyduje, pozwolisz jej na to, a ze mnie ściągniesz ten pieprzony urok.

            – I co z tego będę mieć? – spytała rozbawiona.

            – Kain dalej będzie egzystował w słodkiej niewiedzy.

            – A drugie wyjście?

            – Twoje piękne dzieci dowiedzą się wszystkiego ode mnie, a wtedy nie będzie ci do śmiechu.

            – Naprawdę sądzisz, że tym wygrasz?

            – Jak mówiłem, nie próżnowałem przez ostatni wiek – powiedział, kierując się do wyjścia. – Wiedza, Lilith, to prawdziwy klucz do sukcesu.


Alexander stanął przed restauracją. Uśmiechnął się z ojcowską czułością, spoglądając w lewo na opartego o jedną z ulicznych latarni mężczyznę o wyrazistych azjatyckich rysach twarzy. Włosy miał o intensywnie atramentowym odcieniu, a oczy barwy ciemnego brązu przechodzącego w czerwień.

– Natsu. – Alexander przyjrzał się wapirowi. – Prosiłem abyś został w magazynie.

– Dobrze powiedziane: prosiłeś. Nie wydałeś rozkazu – odparł azjata, podchodząc do Alexandra. – Zamierzasz mnie ukarać, panie? – spytał, stając u boku swego stwórcy oraz zaglądając przez restauracyjne okno. – Lilith. Czyli Kain nie był wytworem mojej wyobraźni.

– Nie, nie był – odparł Alexander, ruszając w kierunku Tamizy.

– Rozumiem, że nie uprzedziłeś tych psopodobnych wariatów, ale mnie mogłeś powiedzieć – żachnął się Natsu, a jego oczy zajaśniały w mroku.

– Miałem ryzykować, ze się wystraszysz i uciekniesz, gdzie pieprz rośnie? – Alexander, mówiąc to, przeczesał dłonią złociste pasma włosów, juź nie tak długich, jak niegdyś.

– Moja lojalność jest silniejsza niz strach, panie – oodpowiedział powaznie. – Śmiesz w to wątpić po tylu latach?

– Nie, przyjacielu, lecz na twoim miejscu skończyłbym z tą wyniosłością. – Natsu uniósł brwi skonsternowany wypowiedzią stwórcy. – Nie bądz głupi – zganił go Alexander. – Wystarczy, ze powiem słowo, za pięć minut będziesz sterczał na lotnisku, czekając na odprawę.

– Więź to nie lojalność.

– Skończmy ten temat. – Alexander machnął niedbale ręką, nie odzywając się już słowem.

Natsu miał świadomość, ze tematy poświęcone więzi, przywiązania, miłości oraz tęsknoty były dla Alexandra tematami tabu.

Natsu obserwował stwórcę kątem oka, tak jak to robił niejednokrotnie przed wiekami, gdy obaj zyli w cieniu Porte de Demons.

Natsu Kotes nie wiedział o ataku na posiadłość rodu Vigee-Lebrun. Gdy ten miał miejsce, a szlachta została postawiona na nogi, on wraz z rodziną przygotowywał kuchnię na poranek. W kuchni brakowało okien, a grube skały pochłaniały większość dźwięków. Jednak potężny huk, jaki wydała upadająca brama zaniepokoił rodzinę tajlandczyków.

Uspokoiwszy matkę oraz siostry Nastu postanowił dowiedzieć się, co było przyczyną hałasu. Ledwo wyszedł na główny poziom zamku wpadł na niego rozpędzony wampir. Siła uderzenia o mocny tors nieśmiertelnego zwaliła go z nóg, a gdy upadł poczuł ostry ból z tyłu głowy. Jak otworzył oczy było juz po wszystkim.

Na chwiejnych nogach wrócił do kuchni, a obraz malujący się przed oczamu wywrocił mu wnętrzniści do góry nogami. Zwymiotował, obryzgując treścią zoładka to, co zostało z jego matki. Widząc zwłoki rodzicielki wiedział, że szukanie sióstr było bezcelowe. Jedyne o co sam siebie pytał, to czemu nadal żył. Nie przyjmował do wiadomości, że omdlenie uchroniło jego tętnice.

W szoku, nie pamiętając nawet jak, opuścił zamek i znalaźł się w miasteczku, gdzie okiem nie sięgnąć lezały trupy, czołgały niedobitki, a wampiry jak ostatnie szkodniki leczyły rany żerując na wszystkim, co miało puls.

I wtedy w jednej z uliczek, gdzie niejedkokrornie chodził matce po zioła do lokalnego aptekarza, ktoś złapał go za kostkę. Natsu stanął. Spojrzał na bruk. I tkwił tak w uściaku dłoni Alexandra, któremu z oczy uciekało życie, zupełnie jak krew opuszczająca jego pokiereszowane ciało.

Chciał odejść. Pozostawić najmłodszego członka rodziny Vigee-Lebrun na śmierś, lecz nie potrafił, bowiem zawsze Alexandra podziwiał. Sam pragnął, jak zwykły stajenny, wynieść się do rangi szlachcica. Wystqrczyło dać się ugryźć.

Natsu nie miał pewności, czy Alexander nie pozbawi go życia, jednak nie posiadał już nikogo komu by na nim zależało, więc pchany rozpaczą oraz masochiatyczną ciekawością uklęknął przy wykrwawiającym się wampirze i podstawił mu do ust nadgarstek, mówiąc krótkie ,,pij”.

– Tłumaczyłem ci już tyle razy byś kontrolował myśli – odezwał się Alexander, wyrywając tym samym potomka z zadumy. – Uwierz mi, że oglądanie któryś raz z koleji własnej agonii nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy – pouczył go.

– Słucham?

Alexander uśmiechnął się, kryjąc ból w oczach.

– Znów wspominałeś tamten dzień – wyjaśnił.

– Och… to… – odparł Kotes.

– Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego tak często wracasz myślami do tamtego poranka.

– Przepraszam – pokajał się Natsu. – Nie miałem zamiaru zawracać ci głowy.

– Ale? – spytał Alexander przystając.

Spojrzał na podopiecznego z iście ojcowskim oddaniem. Natsu Kotes stał się dla Alexandra drugą najważniejszą osobą na świecie. Jednak miłość jaką go dażył była inna niż ta, ktorą czuł do Veronique. Alexander kochał Natsu jak syna, którego nigdy nie miał. Nie potrafiłby kochać Kotesa inaczej, mimo że był starszy z urodzenia o dziesięć lat. Jednak dla obu męźczyzn było to bez znaczenia, bo to Alexander opiekował się Natsu po przemianie, to on go wychował i nauczył życia po życiu. Dla nich liczyły się ich więzy krwi.

– Dlaczego mnie przemieniłeś, Alexandrze? – spytał Natsu, patrząc uważnie w oczy stwórcy. – Mogłeś mnie osuszyć z krwii i zostawić na śmierć, tak jak to robili to twoi krewni.

– Mogłem, ale tego nie zrobiłem – odparł Alexander. – Zaniast tego podałem ci moją krew, tak jak ty mnie. Okzałem ci dobroć, gdy umierałeś, tak ty mnie okazałeś. Doglądałem cię pre trzy dni i trzy noce, wyczekując aż otworzysz oczy.

– Przysługa za przysługę. To niczego nie tłumaczy. Wykrwawiłeś mnie, podziękowałeś, jak umiałeś najlepiej i mogłeś opuściś Porte de Demons niż zostawać litościwie sie mną opiekując.

– Miałem cię porzucić? – spytał chłodno Alexander.

Natsu niepewnie kiwnął głową.

– Nie – odezwał się Alexander. – Mieć świadomość, że się zostało porzuconym przez stwórcę to najgirsze uczucie.

– Alex… – zaczął Natsu, jednak został natychmiast uciszony gestem ręki.

– Wracaj do loftu i przekaż Rafaelowi by na mnie czekał. Masz tam zostać do mojego powrotu – rozkazał oschle Alexander, po czym poszedł w swoją stronę.

Natsu z miejsca wykonał polecenia, czując wampirzy przymus palący mięśnie nie chcące wspólgrać z wolą i sprzeciwami, które mogły tylko huczeć w czaszce.


___________________
Przepraszam za poślizg, ale od rana miałam
problemy z internetem. Poza tym wybaczcie
jakość rozdziału: akapity, itp. Byłam zmuszona
pisać go na telefonie w dziadowskim programie.
Jego długość również nie powala, ale taki był
zamysł, by w jednym rozdziale wprowadzić na
nowo Alexandra. Mam nadzieję, że chociaż to
rekonpensuje powyższe mankamenty.
Wasza P.

2 komentarze:

  1. Czyżbym była pierwsza? Duże zaskoczenie.
    Fascynuje mnie hipnoza, więc w sumie zaciekawiłaś mnie wątkiem Lilith i tego kelnera. Ta czynność z pewnością przydaje się przy każdej niebezpiecznej sytuacji. Zadziwiające, z jaką łatwością można zapanować nad ludzkim umysłem. Nie powiem, sama chciałbym mieć taką zdolność, tak... z pewnością w niektórych momentach byłby bardzo pomocna. Nie wiem dlaczego, ale ta scena od razu skojarzyła mi się z filmem "Iluzja", który podbił moje serce niemalże po pięciu minutach oglądania. Ale nie na tym powinnam się teraz skupić. Jakoś od początku nie podobała mi się postać Alexandra, lecz w tym momencie mogę powiedzieć z ręką na sercu, że mnie do niego przekonałaś. Zapewne przez te lata nauczył się, jak funkcjonować w tymże świecie, także może to przez doświadczenie, jakie zdołał nabyć, w jakimś stopniu jego postać wykreowała się o wiele ciekawiej niż na początku. Także tak, teraz mogę powiedzieć, że lubię go jako bohatera, aczkolwiek nie postawię go ponad Lilith. Co to, to nie. Ciekawe, co jeszcze ukrywa Pradawna ukrywa przed swoimi dziećmi. Oj, aż mnie ciarki przechodzą na myśl, że Alexander może to ujawnić. I coś mi się zdaje, że tak czy siak Kain i Veronique się o tym dowiedzą. Ja bym nie wierzyła wampirowi na słowo, aż za bardzo bym go podejrzewała o jakieś przekręty lub ukryte sensy między wierszami w składanych obietnicach.
    Dopisałabym coś jeszcze do kolejnej akcji, ale czas mnie nagli i obawiam się, że potem mogłabym zapomnieć o tym, że coś Ci tutaj pisałam, więc zostawiam komentarz i zmykam.
    Dużo weny Ci życzę i czekam na ciąg dalszy! :3 Może tym razem nie będę spóźniona.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    ciekawe co jeszcze ukrywa Lilith, coś mi się wydaje, ze Vernique i Kein i tak się dowiedzą, z tego wynika, że Lilith wiedziała o Alexandrze...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń