sobota, 29 sierpnia 2015

ROZDZIAŁ 26. Koniec tajemnic.



 Jestem czarną skazą
Twojego idealnego życia.
Jestem ciemnością,
Którą starasz się ukryć,
Ale ona cię pokrywa
Wylewa się na ciebie.
Red "Darkest Part" 

Veronique, odświeżona i przebrana w czyste ubrania, siedziała na sofie w przytulnym salonie, pijąc gorącą herbatę. Ciągle obserwowały ją zielone oczy.
Olivia nie zadawała pytań, gdyż obawiała się odpowiedzi. Przełknęła fakt krwi niewiadomego pochodzenia, którą miała na sobie Veronique i pozwoliła wampirzycy zostać na noc, chociaż potwornie się bała. Strach mieszał się z ciekawością.
Olivia stała oparta o futrynę, łączącą salon z kuchnią. Przypatrywała się postaci w sofie, zastanawiając się i snując najróżniejsze przypuszczenia, co do sytuacji w jakiej się znalazła. Rozmyślała również o słowach Teda, o jego prośbie, by trzymała się od niej z daleka.
– Dlaczego ja? – spytała w końcu Olivia, nie kryjąc zdenerwowania.
Veronique zerknęła na nią. Wiedziała, że dużo łatwiej byłoby gdyby ją zahipnotyzowała, karmiąc nieprawdziwymi faktami. Jednak nie chciała tego robić. Nie lubiła nadużywać mocy.
Olivia poczuła ukłucie niepokoju. Wiedziała, że w Veronique było coś osobliwego, coś nieludzkiego, mimo że wyglądała jak zwyczajny człowiek. Jednak to absurdalne wrażenie pozostawało. Pamiętała, że gdy po raz pierwszy ją spotkała, też się bała. Bała się i ciekawiła.
Pokręciła głową, przeklinając w myślach to irracjonalne pragnienie poznania jej.
– Dlaczego ja? – spytała ponownie, wpatrując się w oczy Veronique.
Nie wiedziała, dlaczego, ale miała złudzenie, że były jaśniejsze niż podczas ich ostatniego spotkania.
– Może nie mam nikogo innego – odparła Veronique, wygodniej rozsiadając się w sofie.
– Nie wierzę ci – powiedziała ostro Olivia. – Gdy do ciebie zadzwoniłam, słyszałam że nie byłaś sama.
– To ma być argument? – zdziwiła się Veronique, unosząc brwi. – Byłam z bratem – dodała wymijająco.
– Rozumiem, że Kain rozmawiał sam ze sobą, zmieniając barwę głosu i akcent. Swoją drogą, skoro jesteście spokrewnieni to dlaczego mówicie inaczej? – Olivia zauważyła to już wcześniej, ale nie miała powodów, aby się nad tym rozwodzić. – Ty mówisz i brzmisz jak rodowita Francuzka, a Kain, jakby pochodził z bliskiego wschodu.
– Masz dobry słuch… – westchnęła wampirzyca. – Kain nie rozmawiał sam ze sobą. Był z nami mój kuzyn. A co do akcentu, ja i on nie wychowywaliśmy się razem.
– Czyli masz rodzinę, do której mogłabyś się zwrócić. – zauważyła. – A podobno w Anglii nie macie nikogo – przypomniała słowa Kaina z ich pierwszego spotkania. – Więc dlaczego ja? – dopytywała, nerwowo przestępując z nogi na nogę. – Tym bardziej, że naszą znajomość można liczyć w dniach, na dodatek na palcach jednej ręki – mówiąc, to wymownie pokazała trzy palce.
– Bo jesteś neutralna, bo mnie nie znasz, bo nie masz pojęcia, co dzieje się pod twoim nosem, bo nie wiesz, że niektórzy, których mijasz codziennie na ulicy mają z sobą cholernie długą przeszłość. Tak długą, że nie jesteś w stanie tego pojąć – wyliczała Veronique monotonnym głosem.
Olivia sapnęła zdenerwowana. Niczego z tego nie zrozumiała.
– Dlaczego nie powiesz mi prawdy? – jęknęła z rezygnacją w głosie.
Veronique uśmiechnęła się tajemniczo.
– Sęk w tym, że cały czas mówię ci prawdę, Olivio.
– To czemu mam wrażenie, że sobie ze mnie stroisz żarty? Veronique, ja przez ciebie wariuję. To nie jest normalne. Odkąd cię spotkałam nie potrafię o tobie nie myśleć. Nawet teraz powinnam cię wyprosić. Na miłość boską, byłaś cała we krwi! – mówiła, wchodząc do salonu i gestykulując szaleńczo. – Wciąż tylko zastanawiam się kim jesteś, czym się zajmujesz, czemu jesteś taka tajemnicza...
– I co wymyśliłaś? – spytała Veronique, wciągając głęboko powietrze.
Do tej pory nie zaprzątała sobie głowy Olivią Dark, bo nie miała ku temu powodów. Teraz z zaskoczeniem, czując tak dobrze znaną woń, która roztaczały wokół siebie tylko zakochane bądź zauroczone osoby, wiedziała już, że z tego mogą wyniknąć same kłopoty.
– Jestem niemal pewna, że należysz do narkotykowej mafii – odparła poważnie Olivia, nawet nie patrząc jej w oczy.
Veronique zamrugała parę razy, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała, a gdy w końcu to do niej dotarło, odrzuciła głowę zanosząc się szczerym i beztroskim śmiechem.
– Co w tym zabawnego? – warknęła Olivia, oblewając się rumieńcem.
– Nawet nie masz pojęcia, jak daleko jesteś prawdy – odparła, spoglądając na nią ukradkiem, podczas czego jej oczy zajarzyły się nieznacznie, co trwało ułamek sekundy.
Jednak tyle wystarczyło, by nie umknęło to uwadze Olivii. Dziewczyna zamrugała parę razy. Była pewna, że już to kiedyś widziała.
– Stało się coś? – spytała niewinnie Veronique, mając świadomość tego, co ujrzała rozmówczyni.
– Wydawało mi się… Nieważne – ucięła, masując nasadę nosa
Veronique z ciekawością obserwowała skonsternowaną dziewczynę. Była ciekawa, czy sobie przypomni ich pierwsze spotkanie i jarzące się błękitnym blaski wampirze oczy.
– To prawda? – spytała Veronique. Olivia uniosła brwi. – Że ciągle o mnie myślisz – uściśliła.
Olivia odwróciła się, nie chciała, by Veronique dostrzegła malujące się na jej twarzy zażenowanie.
– Chyba wytłumaczyłam ci dosadnie, o co mi chodziło – burknęła.
Veronique, słysząc jej przyspieszone bicie serca, prychnęła pod nosem.
– Nie okłamiesz mnie – powiedziała.
– Każdego da się oszukać – odparła hardo, patrząc na nią.
– Jesteś tego pewna?
Veronique wpatrywała się intensywnie w zielone oczy Olivii. Chciała zajrzeć jej w umysł tak, aby to poczuła. Wdzierającą się bez ostrzeżenia siłę, odnajdującą bez problemu najwstydliwsze wspomnienia, wymuszającą przyznanie się do własnych pragnień i słabości.
Olivia zatoczyła się w tył, tracąc na chwilę równowagę. Miała wrażenie, jakby ktoś uderzył ją obuchem w czoło. Wystraszona przytrzymała się fotela, nie umiejąc wytłumaczyć, co się właśnie stało, czemu nagle tyle myśli zaczęło się kotłować w jej głowie.
Veronique spuściła wzrok. Nie potrafiła logicznie wytłumaczyć, dlaczego podkładała Olivii jak na tacy swoje zdolności. Może chciała aby rozwiązała zagadkę i odkryła jej tajemnicę. Wtedy nie łamałaby prawa Lilith, które wymusiła na dzieciach, po śmierci Claudii, kobiety Kaina, gdy wiele lat wstecz zatopił w jej szyi kły, pragnąc ją przemienić. Miast tego wyssał ją do ostatniej kropli.
Wampir bardzo to przeżył. Do tego stopnia, że zaczął obwiniać Lilith za śmierć Claudii. Wyrzucał matce, że skoro wiedziała, co chciał uczynić powinna zrobić to za niego. Wściekła Lilith w kłótni wygarnęła synowi, że Claudia była martwa w chwili, w której on wyznał jej prawdę o sobie. Od tamtej pory tak Kain, kal i Veronique dostali zakaz na spoufalanie się z ludzi na płaszczyźnie wampir - człowiek. Jedynym akceptowalnym wyjątkiem było posiadanie zahipnotyzowanego człowieka, który spełniał funkcję worka z krwią.
Veronique nie chciała takiego losu dla Olivii. Sama nie wiedziała, czego pragnęła dla tej dziewczyny. Nie znała jej, a jednak czuła się za nią odpowiedzialna, czuła przyciąganie do niej, a przede wszystkim zależało jej na tyn aby Olivia, po poznaniu prawdy, domyśleniu się jej, sama zadecydowała, czy ta znajomość miała jakikolwiek sens.
W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach strachu. Veronique spochmurniała. Nie miała na celu jej wystraszyć.
– Kim ty jesteś? – wyszeptała Olivia.
W domu rozniósł się dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Veronique zmarszczyła nos, czując Teda, który właśnie pojawił się w salonie, a wesoły uśmiech, który miał na twarzy, zniknął, gdy ujżał siedzącego w sofie gościa. Veronique niespiesznie odwróciła się do niego i spojrzała w oczy.
– Dzień dobry – przywitała się, czując, że coś było na rzeczy.
Ten zacisnął dłonie w pięści i zerknął ku przyjaciółce.
– Co ona tu robi? – spytał, nie kryjąc jawnej niechęci do Veronique.
– Siedzi, Ted – warknęła Olivia, mająca już szczerze dosyć.
Przeklinała w myślach dzień, kiedy trafiła na Veronique w parku, na to, jak zgodziła się przyjąć jej pomoc. Przeklinała swoją słabą psychikę oraz to, jak łatwo było jej się w kimś zauroczyć. Przeklinała Teda, który odkąd poznał Veronique robił jej same wyrzuty. Wściekła burknęła coś niezrozumiałego pod nosem, po czym wyszła, kierując się na piętro do swojego pokoju.
Veronique i Ted zostali sami, a atmisfera między nimi była tak gęsta, że można było ją kroić nożem. Veronique uniosła zaintrygowana brwi, nie będą pewną, czy Ted bardziej się jej bał, czy był jej ciekaw. Czuła, że coś sobie uświadomił. Było to widać na jego twarzy, nie musiała zaglądać mu do głowy.
– Mam wrażenie, że masz do mnie jakąś sprawę – odezwała się pierwsza.
Ten ściągnął z siebie kurtkę i wszedł do salonu, rzucając swoją teczkę na fotel. Przyjrzał się twarzy gościa, jakby ją z czymś porównywał. W tamtej chwili wglądał, jak ktoś kto spotkał na ulicy kogoś znajomego, ale nie potrafił sobie przypomnieć, skąd znał daną osobę.
– Nie ujął bym tego tak – odparł mało grzecznym tonem. – Co tu robisz?
– Potrzebowałam pomocy, a Olivia mi ją zaoferowała.
– Sama ci ją zaoferowała – prychnął nieprzekonany. – A może sugestywnie dałaś jej do zrozumienia, że ma ci pomóc – powiedział z naciskiem, kładąc dłonie na oparciu mebla.
Veronique przekrzywiła głowę z zainteresowaniem. Mogłaby przysiąc, że Ted Macell właśnie zainsynuował, że wywarła na Olivii presję. Miała taką wielką ochotę wejść mu do umysłu i odszukać odpowiedzi na nurtujące ją w tamtej chwili pytania. Jednak nie zrobiła tego. Chciała to usłyszeć od niego. 
– Prosiłem ją o to, a teraz poproszę ciebie. Trzymaj się od niej z daleka. Ode mnie też i od Maggie. Tak samo twój brat. I ten obdartus, z którym ostatnio spacerujecie.
Veronique uniosła zdziwiona brwi.
– Obdartus?
– Tak. Mniej więcej wzrostu Kaina, półdługie czarne włosy, niezadbany zarost i czerw… – urwał. Nie chciał wyjść na totalnego wariata. – Byłbym wdzięczny – dodał pospiesznie.
– Przecież nie robię jej krzywdy, Ted. Nawet się nie znamy za dobrze. Jeśli grzechem jest poznawanie ludzi, podczas, gdy się niedawno wprowadziło do nowego miejsca to śmiem twierdzić, że świat naprawdę schodzi na psy – odparła grzecznie się przy tym uśmiechając. – Nie jestem córką bossa narkotykowego, jak myśli twoja przyjaciółka, nie mam porachunków z mafią, ani nie porywam ludzi dla innych mafii – wyjaśniła.
– Mogę zadać ci parę pytań? – spytał nagle, jakby w ogóle jej nie słuchał.
Spojrzał na nią, a ona mogła dostrzec w jego szarych oczach niepewność, ale i determinację. Jego serce waliło jak oszalałe, pocił się niemal na całej powierzchni ciała, a źrenice miał rozszerzone do maksimum. Wydawał się bezbronnym zwierzęciem, gotowym do ucieczki w razie ataku drapieżnika.
– Może usiądziesz? – zaproponowała, starając się stłumić wesołość w głosie, gdyż to pytanie w jej ustach, jako gościa, brzmiało komicznie.
Ted ostrożnie usadowił się w fotelu, ani razu nie spuszczając z niej oczu. Ułożył sobie teczkę na kolanach, a gdy zaczął przegrzebywać ukryte w niej papiery, wciąż kątem oka obserwował Veronique. W końcu znalazł to, czego szukał. Odłożył aktówkę na stół, a w dłoni ściskał jedną kartkę.
Veronique od razu zauważyła, że był to bardzo stary papier. Cienki niczym skrzydła motyla i zapewne równie kruchy oraz delikatny.
– Mogę pytać o osobiste rzeczy? Wiesz, nic o tobie nie wiem, Olivia zresztą też nie. Uważam, że to trochę dziwne, tym bardziej, że ona nie wykazuje chęci urwania tej waszej, ledwo kiełkującej, znajomości. Nawet, gdy byłaś tu z bratem wydawało mi się, że jak tylko o coś was pytano, o coś, co dotyczyło bezpośrednio waszego życia, ucinaliście temat i to bardzo umiejętnie. Szczególnie Kain. Bardzo skupiał się na tym, aby tor rozmowy nie skupił się na waszej dwójce. Świetnie manipulował Maggie oraz Liv, do tego stopnia, że po waszym wyjściu obie nie mogły zamknąć jadaczek i gadały tyko o fantastycznym rodzeństwu. Tyle, że ja też wtedy byłem w domu i wiem, że nie pisnęliście słówka na wasz temat, a one wymieniały się spostrzeżeniami, jakby przeczytały waszą biografię. Absurd. – Ted skończył mówić.
Zmrużył oczy, jak drapieżnik. Mogło się odnieść wrażenie, że był dumny sam z siebie i swojej dedukcji. Rozsiadł się wygodniej w fotelu. Widać wracała mu pewność siebie.
– Wydajesz się inteligentną osobą i przede wszystkim wykształconą – zaczęła Veronique. – W psychologii jest od dawna znane takie pojęcie, jak idealizacja. Osoba idealizująca kogoś doskonale widzi granicę dobrych i złych cech, a w końcu zaprzecza istnieniu tej złej oraz wyolbrzymia tę dobrą, przypisując dodatkowe cechy, których pożąda. Chcesz brzmieć poważnie, insynuujesz, sama nawet nie wiem co, zarzucasz mi i bratu, że manipulujemy ludźmi, tylko dlatego, że gdy miałeś z nami pierwszy raz do czynienia nie poznałeś historii naszego życia.
– Wiem, co to jest idealizacja, Veronique. Wiem również, że jest w tobie coś dziwnego i mam wrażenie, że nie jesteś osobą za którą się podajesz. Nie przeprowadziliście się tu z Francji, dlatego, że wasza matka dostała tu lepiej płatną pracę. Wydajecie się być dorosłymi osobami, więc dlaczego mielibyście tak kurczowo trzymać się rodzicielki? Owszem zażyłość z rodzicem jest w porządku, gdy jest zdrowa. Jak widzisz, ja nie mieszkam z rodzicami, Olivia też nie. A mówiłaś, że ile masz lat? A Kain?
– Nie mówiłam – odparła.
– Więc ile masz lat Veronique? – spytał z chorą fascynacją w głosie, gładząc trzymaną przez siebie kartkę niczym skarb.
– Dziewiętnaście – odparła bez wahania.
– A nie siedemset siedemdziesiąt dziewięć? – spytał, unosząc przy tym brwi i rzucając na stół tajemniczą stronę.
Veronique zdumiona rozwarła usta, widząc fotografię portretu, który został namalowany, gdy skończyła siedemnaście lat. Był to prezent na urodziny. Matka sprowadziła wtedy na zamek Porte de Demons wybitnego młodego malarza, Clovisa, jednak nie zaznał sławy, gdyż odszedł w młodym wieku wyniszczony przez chorobę.
– Veronique Vigee-Lebrun, jak podają księgi historyczne, była jedynym dzieckiem niejakiego Armanda Vigee-Lebruna oraz jego małżonki Divy, kobiety nieznanego pochodzenia. Ród Armanda posiadał włości w nieistniejącym już górskim miasteczku Rivial, które znajdowało się na terenie dzisiejszego Parku Narodowego Vanoise. Historycy spekulują, ba, kłócą się, czy ród Vigee-Lebrun na pewno istniał, gdyż nie ma o nim praktycznie żadnych informacji. Wiadomo tylko, że była to szlachta, gdyż nazwisko to przejawiało się już w wielu spisach historycznych. Nie wiadomo, jak i dlaczego ród upadł, ale fanatycy, opierający swą wiedzę na starych baśniach, legendach oraz podaniach ludowych, twierdzą, że zostali stłamszeni przez własnych poddanych. – Veronique słuchała bez słowa, a Ted opowiadał, jakby miał z tego wielką satysfakcję. – Nie dawało mi spokoju wiele rzeczy, więc zacząłem szukać na własną rękę tych, według mnie głupich bajeczek.  Musiałem sobie logicznie wytłumaczyć coś, co widziałem na własne oczy, musiałem się przekonać, że nie zwariowałem, że ty i ta stronica – powiedział wskazując na Veronique oraz na portret – to nie przypadek. Nieśmiertelny władca, Elizjum, jarzące się oczy, Porte de Demons – zaczął wymieniać. – Mówią ci coś te nazwy?
– Czego chcesz? – spytała, nawet nie zaprzeczając jego słowom.
– Chcę być potwierdziła moje słowa. Nie zwariowałem, prawda? Nie doszukuję się nieistniejącego podobieństwa między tobą, a tą dziewczyną z obrazu. Powiedz, że to nie przypadek, że nosisz rodowe nazwisko rodziny, która w folklorze była uznawana za nieśmiertelnych. Nie zaprzeczysz, że gdy cię zauważyłem w towarzystwie brata i tamtego drugiego, całej waszej trójce jarzyły się oczy – mówił z przejęciem, pochylając się ku niej.
– Co się stanie jeśli nie zaprzeczę? – spytała ostro.
– Będę rozpowiadać na całym uniwerku, że znam nieśmiertelną, aż nie wyląduję w wariatkowie – oparł, siląc się na sarkazm. – Co niby mógłbym zrobić? Jestem tylko pracownikiem uniwersyteckiej biblioteki oraz podrzędnym studentem historii. Samo to czyni mnie świrem. Jeśli nie zaprzeczysz, jeśli dasz mi dowód…
– Ja chyba oszalałam – powiedziała Veronique, biorąc do ręki leżący na stole nóż do kopert.
– Co ty wyprawisz? – spytał Ted, wyraźnie zestresowany.
– Daję ci to czego chcesz – powiedziawszy to, wbiła sobie metal w dłoń, a Ted wrzasnął niczym spanikowana kobieta. – Patrz – nakazała mu Veronique, wyjmując ostrze z ręki.
Po niecałej minucie rana zniknęła, a jedyny ślad świadczący o tym, że kiedykolwiek tam była to krew, która poplamiła stół i dywan.
Ted otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak głos uwiązł mu w gardle, oczy wywróciły białkiem do przodu, aż w końcu zsunął się z fotela na podłogę.
– Ted? – dało się słyszeć nawoływania Olivii, zbiegającej po schodach. – Ted, wszystko w porządku? – zawołała, a po chwili weszła do salonu. – Ted! – krzyknęła, widząc przyjaciela nieprzytomnego na ziemi. – Co się mu stało?
– Zemdlał.



Tamiza płynęła zwyczajnym leniwym nurtem. Mewy latały nad taflą wody, starając się wyłapać pojedyncze sztuki słabszych ryb.
Stara dzielnica magazynowa cuchnęła. Zapach rozkładających się ryb mieszał się ze szczynami bezdomnych i bezpańskich zwierząt. Czasem, wyczulone nozdrza mógłby wyczuć woń krwi, ale tylko nieliczni byli do tego zdolni.
Jeden opuszczony magazyn, który od wielu miesięcy robił za dom dla nikłej, aczkolwiek silnej watahy wilkołaków i dwóch wampirów – Nowonarodzonego i jego Stwórcy  – roztaczał wokół siebie ponurą aurę. Okna, które w większości były zabite deskami, sączyły blade białe światło jarzeniówek. Zardzewiała brama, a zarazem główne wejście, nosiła smugi cieczy, co skutecznie odstraszało włóczące się po okolicy psy oraz inne, nadnaturalne stworzenia.
Michael odpalił szóstego papierosa z kolei. Zaciągnąwszy się dymem, przeczesał dłonią lśniące czarne włosy. Patrzył tempo w podłogę zaciskając mięśnie szerokiej szczęki. Kompulsywnie uderzał piętą o brudne linoleum, szturchając kolanem nogę okrągłego stołu, przy którym siedział wraz z Gabrielem.
Gabriel wyglądał jak siedem nieszczęść. Pod nosem miał zaschniętą stróżkę krwi, sięgającą górnej wargi. Na chorobliwie bladej twarzy perlił mu się pot. Przenikliwe oczy zdawały się być pozbawione białek. Gdy mrugał, po jego zarośniętych policzkach spływały krwawe łzy. Mętnym wzrokiem wgapiał się w oblicze najstarszego brata, a zarazem ich alfy – Rafaela. Drżącymi dłońmi podniósł do ust szklaneczkę z alkoholem. Nawet nie zauważył, że do trunku skapnęła mu kropla krwi.
Kitty, oparta ramieniem o lodówkę, nerwowo obgryzała paznokcie. Irytowała ją już ta cisza. Odgłos jarzeniówek doprowadzał do szału. Spojrzała na Rafaela, który wysłuchawszy opowieści Gabriela, stał jak gdyby nic.
– Powiedz coś w końcu! - warknęła gardłowo, nie umiejąc się już powstrzymać.
Rafael spojrzał na nią bez emocji. Resztę wilków zawsze przerażało jego opanowanie. Był niezwykle spokojny i powściągliwy w emocjach. Nie tracił nad sobą kontroli, nawet podczas pełni, zupełnie jakby nie odczuwał skutków pradawnej mocy, będącej głównym motorem napędowym tych, co mieli nieszczęście, bądź szczęście, urodzić się z wilkołaczym, genem.
Rafaelowi lekko drgnęły kąciki ust. Mogło się odnieść wrażenie, że mężczyzna chciał się uśmiechnąć, jednak jego oceaniczne oczy wciąż miały ten sam wyraz obojętności i znudzenia.
– Chciałabyś usłyszeć coś konkretnego? - spytał, a jego głos był głęboki i ostry. Brzmiał jak wiatr szumiący w koronach drzew podczas wichury.
Kitty drgnęła. Na momencie się opanowała. Często zdarzało się jej pyskować i kwestionować poczynania watahy, ale Rafael potrafił użyć wpływu alfy bez warknięcia. Kitty za odezwanie się bez potrzeby, poczuła tylko lekkie, aczkolwiek nieprzyjemne, pieczenie wzdłuż lini kręgosłupa.
– Bracie, cokolwiek - wydukał ochrypłym głosem Gabriel, patrząc umęczonym spojrzeniem. – Wiem, dałem dupy. Ukarz mnie, warknij, zdziel po twarzy, ale milcz. To jest stokroć gorsze...
– Nie zrobiłeś niczego złego - syknął Michael, dopalając kiepa. – Byłeś naszprycowany, nadal jesteś i to tak, że aż dziw, że żyjesz.
– Michael ma rację – przytaknął Rafael, podchodząc do Gabriela. – Nic z tego co wyjawiłeś tym wampirom nie było tajemnicą – dodał takim tonem, jakby tłumaczył coś dziecku. Uniósł twarz Gabrielowi, chwytając go za podbródek. – Tak naprawdę wykonałeś za Alexandra część pracy.
– Jak to? – spytała, już grzeczniej, Kitty. – Przecież te wampiry...
– Te wampiry to Pradawni, a przynajmniej jeden z nich – odparł uważnie się przyglądając umęczonej twarzy Gabriela. – Wnioskuję, że miałeś do czynienia z Kainem, natomiast o tej kobiecie, Lisie, nie słyszałem, aczkolwiek porozmawiam o tym z Alexandrem, jak tylko wróci – uściślił, gwałtownie puszczając podbródek brata.
– I co w tym dobrego? – spytał zirytowany Michael, gasząc niedopałka i zaraz odpalając następnego papierosa.
– To jest właśnie ta część, o której nie mieliście pojęcia – odparł, splatając palce dłoni za plecami. – Kitty, zaprowadź Gabriela do łóżka, obmyj go z tego cuchnącego trucizną potu, napój dużą ilością wody i czuwaj, jak będzie spać. Ma w sobie tyle srebra i tojadu, że mnie by to zabiło. – Rafael wydał konkretne polecenia, a Kitty od razu doskoczyła do Gabriela, aby pomóc mu wstać z krzesła, gdy wychodzili z kuchni, dodał: – Powściągnijcie się. Nie chcesz chyba z powodu pocałunku zalegnąć obok niego?
Jak tylko dwójka wilkołaków opuściła pomieszczenie Michael posłał Rafaelowi dość wrogie spojrzenie.
– Mogłeś powiedzieć chociaż mi. Jestem twoim betą – powiedział, niemal warcząc, a gdy mówił spomiędzy jego warg ulatywał dym.
– Nie, nie mogłem. Właśnie mając na uwadze taki scenariusz, jaki spotkał naszego drogiego brata, nie pisnąłem nikomu słowem o tym, co planuje Alexander.
– Czasem odnoszę wrażenie, że przekładasz go wyżej niż naszą sforę... – zauważył gorzko Michael.
– Nigdy – odparł stanowczo Rafael. – Już zapomniałeś, co Alexander dla nas zrobił?
Michael prychnął jeszcze bardziej zirytowany.
– Chyba dla niej – mruknął z przekąsem.
– Nie zachowuj się tak. Nie przystoi ci to. Kitty jest jedną z nas, na dodatek stała się kobietą Gabriela. Należy do nas. Jest naszą rodziną. W tym twoją.
– Z tego, co pamiętam, nasi staruszkowie mieli tylko troje szczeniąt – odgryzł się, zgniatając pustą paczkę po papierosach.
– Nie łap mnie za słówka, Michael. – Rafaelowi stężała twarz. – Gdyby wtedy na miejscy Kitty byłbyś ty lub Gabriel, postąpił bym tak samo. Długi trzeba płacić.
– Więc musisz być idiotą. Uratowanie czyjegoś życia to dług nie do spłacenia.
– Michaelu, bracie, ależ my właśnie to robimy. Życie za życie. – Michael spojrzał z zainteresowaniem na Rafaela. – Veronique jest dla niego całym życiem i sensem tej niekończącej się egzystencji – wyjaśnił, po czym nachyliwszy się nad Rafaelem złożył na jego głowie pocałunek. – Wszyscy jesteście dla mnie ważni. Ty, Gabriel oraz Kitty. Dla was byłbym gotów robić o wiele gorsze rzeczy niż zawrzeć umowę z wampirem. Nie zapominaj o tym – powiedziawszy to, udał się na piętro, zostawiając Michaela z własnymi myślami.



9 komentarzy:

  1. Właśnie się zastanawiałam, co z tym opowiadaniem :D W końcu bez jakiegoś opóźnienia, sukces ^^
    Wchodząc na Twojego bloga od razu zauważa się zmianę w szablonie. Chociaż ja w sumie widzę tylko nagłówek – jestem na telefonie. Mimo to przyznaję, że ten o wiele bardziej podoba mi się od poprzedniego. Jest taki klimatyczny i tajemniczy, zupełnie jak historia Veronique, Kaina, Alexandra i watahy (mogę ich tak nazwać?). Na miejscu Olivii prawdopodobnie postąpiłabym podobnie. Jest dziewczyna, z którą ma się znikomą relacje, zna się kilka dni, po czym ona przychodzi do Ciebia cała we krwi. Podejrzenia aż same cisną się na usta. Oczywiście, pomogłabym, ale nie obyłoby się bez takich samych pytań. Podoba mi się postępowanie Ver, wiesz? Tylko odnoszę wrażenie, że sama już nie wie, czego chce i czego oczekuje od jej otoczenia. No cóż, coś przeczuwałam, że Ted nie wytrzyma tylu informacji na raz. W sumie to lepiej dla niego, że zemdlał, jakoś może spokojniej to potem przeżyje. Gorzej będzie, jeśli ktoś na uczelni potraktuje poważnie jego słowa na temat Pradawnej... Wtedy to już może być nie za ciekawie. Nie ukrywam, że Rafeal najbardziej przypadł mi do gustu z całej ich czwórki. Jest opanowany i ma się wrażenie, że zna na wszystko odpowiedź. Ale tak nie jest, stwarza pozory takiej persony, co samo w sobie jest już ogromną sztuką, godną naśladowania. Pozostaje już tylko kwestia Alexandra, coraz mniej wierzę w szczerość jego intencji.
    Dużo weny Ci życzę i czekam na ciąg dalszy! :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Zakochałam się w tej historii! Dosłownie ♡ Super piszesz. Przeczytałam już wszystkie rozdziały i czekam na ciąģ dalszy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy następny rozdział? 😍

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dobre... Mam nadzieje że nie porzuciłaś i niedługo ujrze kolejny rozdział :/ Życzę Ci Weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest porzucone. Rozdział się pisze powolutku. Ostatnio mam mały kryzys twórczy.

      Usuń
  5. Witam,
    no ciekawie będzie jak Ted się ocknie, no i co z Olivią, Rafael jest straszny...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń