sobota, 1 kwietnia 2017

ROZDZIAŁ 28. Brat i siostra.

Łzy,
Zostawiły niewyraźną plamę,
której nie potrafię wyjaśnić.
Ból,
Zostawił dziurę,
W której powinno być moje serce.
Asking Alexandria "The Death of Me"


            Dom wydawał się pusty. Było w nim cicho, może nawet zbyt cicho. Jednak to były tylko pozory. Gdy Veronique przystanęła przy łuku prowadzącym do salonu, skrzyżowała spojrzenie z bratem.
            Kain wyglądał na nad wyraz zrelaksowanego. Siedział sobie w fotelu, lekko pochylony, a w dłoniach trzymał kryształową szklankę z wodą.
            – Matka odchodziła od zmysłów, siostro. A uwierz mi, nie lubię jej czegokolwiek tłumaczyć, wyszukiwać wymówek, które łyknie niczym mały pelikan rybkę, a tym bardziej nie lubię być zostawiony sam na sam z tą wariatką, podczas gdy moja kochana siostrunia musi najwyraźniej odreagować.
            Veronique skrzywiła się, słysząc ton, jakim do niej mówił. Ignorując jakiekolwiek wyrzuty sumienia z powodu tego, że się nie odzywała niemalże przez dwa tygodnie oraz ignorując ostrość słów, jakie padły z ust jej brata, spytała niemal od niechcenia:
            – Gdzie matka?
            – Możliwe, że odreagowuje, jak i ty. Założę się o istnienie wszechmocnego, że właśnie wysysa jakiegoś chłystka… i nie mówię tu o pieniądzach – to powiedziawszy wstał, a Veronique oparła się ramieniem o futrynę.
            Pradawny przyjrzał się jej uważnie, po czym odłożywszy szklankę na stół, podszedł do niej, złapał za kark i przyciągnął do siebie, zakleszczając ją w braterskim uścisku.
            – Myślałem… bałem się, że uciekłaś, jak ja wtedy…
Veronique wpierw się spięła, jednak po chwili bez ociągania zakleszczyła swoje palce na koszuli brata, wtulając się w niego.
– Potrzebowałam czasu, to wszystko – mruknęła mu w rękaw, by po chwili podepchnąć od siebie.
– Musimy porozmawiać – powiedzieli jednocześnie, po chwili ciszy.
Zaraz też się uśmiechnęli. Czasem bywało, że oboje mówili to samo. Zdarzało się to rzadko, a gdy już miało miejsce, cóż, albo matka chodziła wściekła, albo szykowały się kłopoty.
Uśmieszki zaraz zeszły z ich ust, gdy dotarło do rodzeństwa to, że tym razem chodziło o obie te rzeczy. Veronique, skrzywiła się i minęła brata, wchodząc do salonu.
Nie kwapiła się aby zapalić światło. Nie potrzebowali go. Ich oczy przecież doskonale sprawdzały się w ciemnościach.
Oboje zajęli miejsca w sofie, siadając obok siebie. Miny mieli grobowe i ani jedno ani drugie nie miało chyba ochoty zaczynać.
– Ted wie. Olivia też. – Ciszę przerwała Veronique.
– Tylko tyle? – mruknął niepocieszony Kain, po czym ruszył z miejsca. Wziął do ręki szklankę z wodą, osuszył jej zawartość i podszedł do szafki.
– Będę potrzebować czegoś mocniejszego. Naprawdę. Liczyłem, że dowalisz, jak amerykanie atomówką w Hiroshimę, w końcu dwa tygodnie cię nie było. A jedyne, co masz do powiedzenia to, to, że Ted i twoja dupeczka wiedzą… – mówił, nalewając sobie alkoholu. Zaraz jednak trafiła go fala konsternacji i uniósł jedną brew, robiąc przy tym mało inteligentny wyraz twarzy. Rozpostarł ręce, dość gwałtownie, przez to jak i ze szklanki, tak i z butelki trochę alkoholu ulało się na puchaty dywan.
– Ale w sumie to „co wiedzą”? – spytał, patrząc na siostrę.
– O mnie.
– Czyli o mnie też?
Pokiwała głową.
– O matce?
Pokręciła głową.
Kain pokiwał głową i dolał sobie alkoholu.
– Jedyna mądra decyzja na tle dwóch bardzo głupich.
– Nie miałam wyboru – powiedziała zmęczonym głosem.
– Zawsze jest wybór. Do cholery, jesteś wampirem. Masz milion innych opcji. W tym podwójne morderstwo na przykład, czy hipnozę, czy cokolwiek innego, Veronique.
– Nie irytuj się na mnie z powodu czegoś, co było tylko kwestą czasu – pozwiedzała niemalże oskarżycielskim tonem. – To ty i matka nigdy nie potraficie się zachowywać normalnie i na każdym kroku używacie zdolności.
Kain zmarszczył brwi, po czym wzniósł oczy ku sufitowi.
– No wybacz, ale uwierz, jak ci stuknie okrągły tysiąc, sama zaczniesz nawet srać fajerwerkami byleby tylko sobie urozmaicić dzień tej niekończącej się stagnacji, w której jesteśmy zbyt dumni i próżni, by urwać sobie własnoręcznie łeb – burknął, odstawiając szklankę i spojrzał poważnie na siostrę.
Veronique nie musiała nawet pytać, czy było źle. Widziała to w jego spojrzeniu aż nadto wyraźnie.
– No… mów wreszcie – ponagliła go.
Ten przeczesał oburącz swoje rude włosy i zaczął wyliczać.
– Wkurwiona Lilith, Lisa… pamiętasz Lisę? Urocza mała istotka, na dodatek najmłodsza Pradawna jaką widział ten świat, do tego tło z wilkołaków, nie… nie przewidziało ci się wtedy na ulicy, ale czekaj… najlepsze ma dopiero nadejść. Te wilkołaki szukają ciebie. I zgadnij kto im to zlecił.
Veronique zmarszczyła brwi, a wtedy drzwi do domu otworzyły się z niemałym hukiem.
– Pakujcie się, wyjeżdżamy! – zarządziła Lilith od progu.
Pradawna wkroczyła do salonu zapalając światła, na co jej dzieci odruchowo osłoniły oczy.
Lilith popatrzyła na swoich potomków z niecierpliwością.
– Ogłuchliście?
Zaraz jednak poświęciła swoją uwagę Veronique.
– Z tobą rozmówię się potem, młoda damo.
– Nie, nie będzie żadnego rozmawiania, matko – odparła spokojnie Veronique.
– Czemu mamy się pakować? – spytał Kain, krzyżując ręce na piersi.
– Bo… zamarzyły mi się tropiki – odparła, zaczesując kosmyk za ucho. – I co to za ton, Veronique?
– Ton na jaki zasługują kłamcy. Nigdzie nie jadę. Nie mam zamiaru cię dłużej słuchać. Dość zrobiłaś swoim rządzeniem się – odparła Veronique, podchodząc do matki. Ta tylko zmarszczyła brwi.
– Może to nic, a może to wiele, ale nie rozumiem, czemu wmówiłaś mi, że całe Porte de Demons runęło, że cudem mnie uratowałaś, że to była masakra, rzeź i że nikt nie przeżył…
– Cóż – Lilith cmoknęła, patrząc z politowaniem na córkę. Wyciągnęła ku niej dłoń, chcąc musnąć pasmo czarnych włosów, jednak Veronique odtrąciła rękę matki.
Nie była już wściekła, złość minęła. Teraz po prostu jej nie ufała, a to chyba mogło być jeszcze grosze niż chwilowy tajfun manifestacji szczerego wkurwienia.
– Po pierwsze, zrobiłam to, byś nie chciała wracać. Po drugie, musisz być naprawdę głupiutka, kochanie, że tak łatwo w to uwierzyłaś. Lub słaba psychicznie, że przyjęłabyś jakąkolwiek prawdę, czy kłamstwo, które jakoś pomogłaby ci zapomnieć o bliskich jakich tam zostawiłaś.
– Jestem głupia… Masz rację. Byłam głupia, że postanowiłam ci zaufać. Dziękuję za to, że całą tą rodzinę zbudowałaś dla mnie na kłamstwie. Naprawdę, gratuluję. W byciu suką nie masz sobie równych, a jak chcesz się pakować i jechać, proszę bardzo. Tylko nie wmawiaj mi, że ta podróż jest dla mojego dobra. Miłego życia, gdziekolwiek sobie je ułożysz…. Matko – powiedziała, siląc się na pełen spokoju i opanowania ton, jednak w środku była przepełniona czystym rozczarowaniem. Ostatnie słowo niemalże wypluła z odrazą, licząc na to, że Lilith to zaboli. I pewnie zabolało, bo kącik ust jej drgnął, jakby tylko cudem powstrzymała grymas cisnący się na usta.
Veronique minęła Pradawną, trącając ją ramieniem i bez słowa ruszyła schodami na piętro,  po chwili dało się słyszeć trząśnięcie drzwiami.
– Skąd wie? – spytała Lilith Kaina.
 – Tylko to cię obchodzi? – prychnął, łapiąc za szklankę i zapadł się w fotelu. – Z tego całego potoku słów, z którego wnika, że twoja jedyna córka tobą gardzi, najbardziej zarejestrowałaś to, że się jakoś dowiedziała. Nobokov miał rację, próżna z ciebie kobieta, matko – powiedział, oświecając przy okazji rodzicielkę.
– Mogłam się domyślić – sapnęła, łapiąc się pod boki. – I co teraz? Musimy się zbierać, nie ma czasu do stracenia, a ona stroi fochy, jakby miała piętnaście lat.
Kain zmarszczył brwi i zacisnął zęby.
– A widzisz bym się pakował?
– Słucham?
– Nigdzie się stąd nie ruszam. Veronique zostaje, to ja też. Jeśli grunt ci się pod stopami pali, to proszę jedź, ale nie wciągaj nas w swoje sprawy, matko. My niczym nie zawiniliśmy, a jeśli komuś się naraziłaś… Spytam ponownie, pytałem już raz. Czego się boisz?
Lilith dumnie uniosła głowę.
Jedyne czego się bała, to utraty swojej rodziny. Wcale nie była taka pewna, czy dzieci z nią zostaną, gdy dowiedzą się całej prawdy. I czy Alexander mówił prawdę, czy blefował.
– Niczego, synu. Po porostu sama się właśnie dowiedziałam o Nobokovie. Nie chcę by się zemścił.
Kain prychnął i wziął łyka ze szklanki.
– Nobokov nic nam nie zrobi.
– Może pójdę do Veronique i…
– Nie. Dość napsułaś krwi swoim gadaniem. Zostaw ją.
– Od kiedy to ty rozkazujesz mi? – podniosła lekko ton.
Kain syknął niczym grzechotnik, którego drażniło się kijem. Uderzył szklanką o stół, a że ten był szklany to pękł, z czego powstała niemała rysa. I na próżno poszła wymiana
Wbił rozeźlone spojrzenie w matkę, która stała nie wzruszona tym wybuchem.
– Bo mam już dość. Znowu robisz to samo. Tylko pamiętaj. Tym razem mogę nie wytrzymać i nie wrócę.
– Zawsze wracasz – przypomniała mu.
– Nawet dla naszego rodzaju, zawsze kiedyś się kończy – to powiedziawszy wstał i minąwszy matkę skierował się do wyjścia.
– A ty gdzie się wybierasz?
– Tam gdzie cię nie ma – powiedział otwierając drzwi, a nim je zamknął wycelował palcem w Lilith.
– Daj Veronique spokój.



Maggie Macell zawsze należała do tych kobiet, które szybko potrafiły odnaleźć się w nowej sytuacji. To ona była tą z rodzeństwa, która nie drżała na samą myśl o studiach, dorosłości i innych przyziemnych sprawach, które zazwyczaj spędzały ludziom sen z powiek i powodowały wzmożoną produkcje kortyzolu w organizmie.
Nie. Ona zawsze była realistką i brała życie takim, jakie było. Gdy padało, brała parasol. Gdy świeciło słońce, zabierała z domu przeciwsłoneczne okulary - a że mieszkała w Anglii, zawsze miała przy sobie obie te rzeczy.
Tego dnia pogoda płatała nie lada figle. Niebo było pochmurne. Zdawało się, że nad głowami wisiała ciężka masa szaro-burej breji niźli chmur. Do tego było duszno i parno, a gdzieś w oddali słychać było grzmoty. Można by rzec z entuzjazmem - wymarzone lato na wyspach.
Maggie właśnie zerkała po raz dziesiąty na tarczę zegarka, którego żelowy - wściekle czerwony - pasek opinał jej kościsty nadgarstek. Westchnienie irytacji wymsknęło się przez pełne usta, zaś równie szare co niebo oczy, spojrzały w dół uliczki. Gdy ujrzała w końcu postać, na którą czekała już od piętnastu minut, rozszerzyła ramiona, niemym gestem wyrażając swoje niezadowolenie.
Ted, widząc to, zrobił minę niewiniątka i przyspieszył, zmieniając marsz w trucht. Jak tylko znalazł się na przeciwko siostry, cmoknął ją w policzek i potarł ramiona.
– Przepraszam, autobus mi uciekł – wyjaśnił spóźnienie, puszczając jej barki.
Maggie westchnęła tylko i pokręciła głową.
– Masz szczęście, że jestem cierpliwa, braciszku, bo każda normalna osoba dawno by już sobie poszła – powiedziała z zaczepnym uśmieszkiem. – Więc? Czemu tym razem zawdzięczam to kolejne, nagłe, arcyważne spotkanie? Zaczynam myśleć, że coś jest mocno nie w porządku. Wiesz, kocham cię, naprawdę, ale nawet gdy mieszkaliśmy razem z rodzicami nie widywaliśmy się tak często, jak ostatnimi czasy – podjęła, nie dający jej spokoju temat, od razu, gdy jej dłoń zawędrowała pod ramię brata i się na nim uwiesiła.
Ta dwójka była katalogowym przykładem rodzeństwa. W dzieciństwie się uwielbiali, gdy byli w wieku szkolnym bili i nienawidzili, potem znowu uwielbiali, potem bywały cichsze dni, by teraz, będąc dorosłymi ludźmi, być jak para dobrych przyjaciół.
Ted był starszy od siostry i w naturze miał coś takiego, że po prostu chciał ją chronić. Czy to przed złem całego świata, czy przed – wedle niego – złym chłopakiem, czy przed… wampirem.
– Nic. Naprawdę nic, Megs. Po Prostu chyba napada mnie jakaś melancholia, a może nostalgia i tęsknię za tym, jak byliśmy dziećmi – odparł, idąc, patrząc przed siebie.
– Chcesz mi powiedzieć, że tęsknisz za pinezkami pod kocem i plasteliną zamiast masła orzechowego? Na twoim miejscu poradziłabym się psychiatry – mruknęła Maggie, zerkając badawczo na brata. – Ted – sapnęła, szarpiąc brata, aby stanął w miejscu i na nią spojrzał. – O co chodzi? Od dwóch tygodni zachowujesz się co najmniej dziwnie, a w twoim przypadku dziwnie to normalność, do której przywykłam.
– Chcę po prostu wiedzieć, że wszystko jest u ciebie w porządku. Wiesz… jacyś nowi znajomi? Może… chłopak?
Maggie spojrzała na Teda, jak na wariata, po czym odrzuciła głowę i zaśmiała się serdecznie.
– To nie nowi znajomi, ani na pewno nie nowy chłopak, Ted – powiedziała z naciskiem, wznawiając ich spacer. – Dostałam w końcu staż. Jedna firma się zdecydowała. Dlatego nie miałam zawsze czas – wyjaśniła, klepiąc Teda po dłoni. – I zapewniam cię, braciszku, że nie masz powodów do zmartwień.
– To dobrze. Po prostu zawsze miałaś więcej czasu i zdziwiło mnie to, że zawsze przenosiłaś spotkania ostatnimi czasy.
– No niestety, Ted. Nie jesteśmy już dziećmi, które podmieniały budyń mamie na majonez – odparła z nostalgią. – Dorośliśmy… hej… czy to nie… Kain?
Padło pytanie, a jej dłoń mało dyskretnie, wskazała Kaina, Pradawnego wampira, stojącego sobie w biały dzień, po drugiej stronie przejścia dla pieszych i wpatrującego się w rodzeństwo Macell – a konkretnie jego bursztynowe ślepia świdrowały postać Teda.
Leniwie uniósł dłoń i zamachał koniuszkami palców, zaś jak tylko Meggie, witała się szczebiocząc, zaraz po wejściu na chodnik, Ted zbladł i głośno przełknął ślinę.
– Maggie, Ted… trochę minęło, prawda? – zagaił Kain. – Tak się składa, że mam sprawę do jednego z was, do ciebie konkretnie. Masz chwilkę? – spytał beztrosko, a zmieszany i wyraźnie wystraszony Ted nieumyślnie zrobił zamaszysty krok w tył.
Nikt wpierw nie zdążył nawet krzyknąć. Jedynie słychać było ogłuszający dźwięk klaksonu rozpędzonej furgonetki. Zaraz po tym trzask zderzenia czegoś twardego z czymś miękkim. Rozległ się charakterystyczny dźwięk miażdżenia tkanek, pisk hamulców i nagle zapadła cisza.
Cisza nie trwała długo. Wrzask Maggie, którą za ramię mocno złapał Kain, był przeszywający.
– TED!
Ktoś dzwonił po karetkę, ktoś gdzieś krzyczał, samochody się zatrzymały, ludzie wpatrywali się w smugę czerwieni na asfalcie. Twarze były wykrzywione w przerażeniu, obrzydzeniu, a jedna obojętności.
– TED!
Jeszcze jeden rozdzierający serce krzyk siostry, wpatrującej się w ciało brata przeciął przestrzeń i w poetycki sposób złączył się z grzmotem z oddali.

1 komentarz:

  1. Witam,
    cieszę się bardzo, że wróciłaś z tekstem, czekam na kolejne, i mam nadzieję, że wrócisz do opowiadania „po drugiej strona lustra”, mam nadzieję, ze dobrze napisałam tytuł, w każdym razie chodzi mi o to potterowskie opowiadanie...
    a co do samego rozdziału wspaniale, ciekawi mnie co z Tedem, czy przeżyje, a może zostanie teraz wampirem?
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń